
Witaj na stronie Marka Wysockiego
Strona zawiera artykuły, teksty oraz linki do źródeł zewnętrznych
Strona zawiera artykuły, teksty oraz linki do źródeł zewnętrznych

Sam na sam z: Sam'em
Wczoraj spotkałem się na lunch z moim znajomym Sam’em. Jego matka właśnie niedawno zmarła i w zeszłym tygodniu Sam skończył odmawianie codziennego Kadisz. Matka Sama pochodziła z Polski i była członkiem żydowskiego Beitar’u. Do Palestyny wyjechała w 1938 roku po apelu Żabotyńskiego, który przeczuwając rozpoczęcie wojny wzywał Żydów do wyjazdu do ich „Eretz Israel”. W 1946 roku matka Sama należała do grupy żydowskich terrorystów, którzy wysadzili w powietrze część hotelu „King David” w Jerozolimie. Rodzina Sama zmieniała nazwisko kilkukrotnie i do śmierci jego matka poszukiwana była listem gończym wystawionym przez władze Wielkiej Brytanii. Sam wychowany został w domu z silnymi syjonistycznymi wpływami, a z drugiej strony z wdzięcznością i szacunkiem do Polski. Religijny raczej nigdy nie był, ale pogrzeb matki zorganizował na jej prośbę w obrządku judaistycznym. Od Sama dowiedziałem się o Beitar i o pomocy władz Polski, łącznie ze szkoleniem wojskowym dla członków organizacji. Sam także powiedział mi o polskich Żydach, którzy uciekli z Armii Andersa i stworzyli podwaliny państwa Izrael. Wielu z nich zapisało się niestety niechlubnie w historii posuwając się, tak jak jego matka, do terroryzmu i działalności przestępczej. Kilka tygodni wcześniej spotkaliśmy się z Sama’em na kolacji i od samego początku dostało mi się „ile wlezie”. Na Broadwayu wystawiano właśnie żydowskiego komika Jackie Mason’a, który bez żadnych „krempacji dosładzał swój występ polskimi dowcipami” dostając przy okazji burzę oklasków. Najbardziej jednak „ubodła” Sam’a rada komika:, „jeśli chcecie nauczyć się jak przegrywać i uciekać to tylko od Polaków”. Sam, znając dość nieźle z opowiadań matki historię polskiego oręża w II Wojnie Światowej, powiedział mi, że gdyby to o Żydach jakiś Polak tak powiedział ze sceny to byłby skończony, a tu nawet żadnego protestu pod teatrem. Przecież Monte Cassino, Powstanie Warszawskie, Bitwa o Anglię… patrzyłem na niego i czułem jak się najzwyczajniej czerwienię ze wstydu. Sam nie dawał za wygraną i wykrzykiwał, że: „w mordę trzeba natrząsać temu komikowi”. Ludzie w restauracji zaczęli niedwuznacznie na nas spoglądać, a ja nieporadnie starałem się zmienić temat i „pogadać” o polityce w USA. Wczorajsze spotkanie miało niestety jeszcze gorszy dla mnie przebieg. Sam od początku wydawał się wyraźnie zaniepokojony i zmieszany. Zapytałem go w końcu, o co chodzi, a on wypalił prawie krzycząc: „Wy Polacy jesteście sami sobie winni”. Przeczytał właśnie w izraelskiej gazecie o stworzeniu w polskim parlamencie żydowskiego lobby, którego celem będzie dbanie o interesy izraelskie w Państwie Polskim. Sam wyraźnie wzburzony stwierdził, że za chwilę w Polskim Sejmie będą grupy lobbingowe Niemiec, Rosji, Francji, Anglii, Chin, a potem jeszcze Nigerii i Mozambiku tylko polskiego lobby zabraknie. W Knesecie takich ludzi, co chcą lobbingu dla innego państwa okrzyknięto by zdrajcami i osadzono w więzieniu, a cały żydowski naród przekląłby ich, jako kolaborantów. Zapytał mnie też czy Jackie Mason miał rację? Uspokoiłem go i opowiedziałem o zdradzie Anglii i Francji w 1939 roku, o ataku bolszewii na Polskę 17 września i wspólnej paradzie Niemców i Rosjan 22 września 1939 roku w Brześciu Litewskim odbieranej przez niemieckiego generała Heinza Guderiana i bolszewickiego generała (kombrig’a) żydowskiego pochodzenia Siemiona Kriwoszeina, o kwiatach dla radzieckich najeźdźców od żydowskich obywateli Polski. Opowiedziałem o planie bolszewików i zachodnich rządów wyniszczenia polskich patriotów, o rzucaniu na pewną śmierć polskiego żołnierza pod Lenino, Monte Cassino, w Powstaniu Warszawskim, o skrytobójczym zamordowaniu generała Sikorskiego. Opowiedziałem o Katyniu, gdzie cała polska inteligencja i duchowieństwo straciło życie z rąk żydowskiego pochodzenia morderców i z rozkazu żydowskiego pochodzenia oprawcy Berii. O odmowie Polakom uczestniczenia w paradzie zwycięstwa w Londynie, chociaż bez udziału naszych lotników Bitwa o Anglię potoczyłby się zupełnie inaczej, o dywizjonie 303, który zestrzelił w ciągu pięciu tygodni 125 niemieckich samolotów ustanawiając rekord, do którego żaden angielski dywizjon nawet się nie zbliżył, o 144 polskich pilotach walczących w powietrznej bitwie i 29-ciu, którzy oddali swoje życie. Powiedziałem mu także, o wkładzie polskiej Armii Krajowej w zatrzymanie transportów na wschód podczas wojny Niemiec z ZSRR i bezpośrednim przez to wpływie na porażkę pod Stalingradem, o zdradzie w Jałcie i okresie powojennym, gdzie większość aparatu reżimu komunistycznego była pochodzenia żydowskiego, o morderstwach sądowych Szehtera-Michnika, Wolińskiej, Zygmunta Okręta, Szlomo Singera, Mariana Frankiela, Józefa Feldmana czy zbrodniach Salomona Morela, Józefa Światło, Józefa Różańskiego, Anatola Fejgina, Adama Humera, Jakuba Bermana i innych „polskich” Żydów- morderców Polaków. Opowiedziałem o pierwszej „Solidarności”, stanie wojennym, zdradzie w Magdalence i przy okrągłym stole, o Mazowieckim, Michniku, Kuroniu, Modzelewskim, Geremku i reszcie żydowskich zdrajców. Na koniec zapewniłem go, że polskie elity patriotyczne powoli odradzają się i tylko kolejna wojna światowa może zatrzymać naturalne odrodzenie się Polskiego Państwa, oraz co za tym idzie, rozliczenie się z przeszłością. Do końca naszego lunchu Sam nie odezwał się do mnie ani słowem starając się poukładać myśli. Przy wyjściu wyraźnie zakłopotany zapytał mnie:, „dlaczego o tym wszystkim nic nie wiadomo?” po czym dodał z uśmiecham, po polsku „jeszcze Polska nie zginęła”. Rozstaliśmy się umawiając na kolejne spotkanie za parę tygodni.
Marek Wysocki
NY 06-02-2015
Wczoraj spotkałem się na lunch z moim znajomym Sam’em. Jego matka właśnie niedawno zmarła i w zeszłym tygodniu Sam skończył odmawianie codziennego Kadisz. Matka Sama pochodziła z Polski i była członkiem żydowskiego Beitar’u. Do Palestyny wyjechała w 1938 roku po apelu Żabotyńskiego, który przeczuwając rozpoczęcie wojny wzywał Żydów do wyjazdu do ich „Eretz Israel”. W 1946 roku matka Sama należała do grupy żydowskich terrorystów, którzy wysadzili w powietrze część hotelu „King David” w Jerozolimie. Rodzina Sama zmieniała nazwisko kilkukrotnie i do śmierci jego matka poszukiwana była listem gończym wystawionym przez władze Wielkiej Brytanii. Sam wychowany został w domu z silnymi syjonistycznymi wpływami, a z drugiej strony z wdzięcznością i szacunkiem do Polski. Religijny raczej nigdy nie był, ale pogrzeb matki zorganizował na jej prośbę w obrządku judaistycznym. Od Sama dowiedziałem się o Beitar i o pomocy władz Polski, łącznie ze szkoleniem wojskowym dla członków organizacji. Sam także powiedział mi o polskich Żydach, którzy uciekli z Armii Andersa i stworzyli podwaliny państwa Izrael. Wielu z nich zapisało się niestety niechlubnie w historii posuwając się, tak jak jego matka, do terroryzmu i działalności przestępczej. Kilka tygodni wcześniej spotkaliśmy się z Sama’em na kolacji i od samego początku dostało mi się „ile wlezie”. Na Broadwayu wystawiano właśnie żydowskiego komika Jackie Mason’a, który bez żadnych „krempacji dosładzał swój występ polskimi dowcipami” dostając przy okazji burzę oklasków. Najbardziej jednak „ubodła” Sam’a rada komika:, „jeśli chcecie nauczyć się jak przegrywać i uciekać to tylko od Polaków”. Sam, znając dość nieźle z opowiadań matki historię polskiego oręża w II Wojnie Światowej, powiedział mi, że gdyby to o Żydach jakiś Polak tak powiedział ze sceny to byłby skończony, a tu nawet żadnego protestu pod teatrem. Przecież Monte Cassino, Powstanie Warszawskie, Bitwa o Anglię… patrzyłem na niego i czułem jak się najzwyczajniej czerwienię ze wstydu. Sam nie dawał za wygraną i wykrzykiwał, że: „w mordę trzeba natrząsać temu komikowi”. Ludzie w restauracji zaczęli niedwuznacznie na nas spoglądać, a ja nieporadnie starałem się zmienić temat i „pogadać” o polityce w USA. Wczorajsze spotkanie miało niestety jeszcze gorszy dla mnie przebieg. Sam od początku wydawał się wyraźnie zaniepokojony i zmieszany. Zapytałem go w końcu, o co chodzi, a on wypalił prawie krzycząc: „Wy Polacy jesteście sami sobie winni”. Przeczytał właśnie w izraelskiej gazecie o stworzeniu w polskim parlamencie żydowskiego lobby, którego celem będzie dbanie o interesy izraelskie w Państwie Polskim. Sam wyraźnie wzburzony stwierdził, że za chwilę w Polskim Sejmie będą grupy lobbingowe Niemiec, Rosji, Francji, Anglii, Chin, a potem jeszcze Nigerii i Mozambiku tylko polskiego lobby zabraknie. W Knesecie takich ludzi, co chcą lobbingu dla innego państwa okrzyknięto by zdrajcami i osadzono w więzieniu, a cały żydowski naród przekląłby ich, jako kolaborantów. Zapytał mnie też czy Jackie Mason miał rację? Uspokoiłem go i opowiedziałem o zdradzie Anglii i Francji w 1939 roku, o ataku bolszewii na Polskę 17 września i wspólnej paradzie Niemców i Rosjan 22 września 1939 roku w Brześciu Litewskim odbieranej przez niemieckiego generała Heinza Guderiana i bolszewickiego generała (kombrig’a) żydowskiego pochodzenia Siemiona Kriwoszeina, o kwiatach dla radzieckich najeźdźców od żydowskich obywateli Polski. Opowiedziałem o planie bolszewików i zachodnich rządów wyniszczenia polskich patriotów, o rzucaniu na pewną śmierć polskiego żołnierza pod Lenino, Monte Cassino, w Powstaniu Warszawskim, o skrytobójczym zamordowaniu generała Sikorskiego. Opowiedziałem o Katyniu, gdzie cała polska inteligencja i duchowieństwo straciło życie z rąk żydowskiego pochodzenia morderców i z rozkazu żydowskiego pochodzenia oprawcy Berii. O odmowie Polakom uczestniczenia w paradzie zwycięstwa w Londynie, chociaż bez udziału naszych lotników Bitwa o Anglię potoczyłby się zupełnie inaczej, o dywizjonie 303, który zestrzelił w ciągu pięciu tygodni 125 niemieckich samolotów ustanawiając rekord, do którego żaden angielski dywizjon nawet się nie zbliżył, o 144 polskich pilotach walczących w powietrznej bitwie i 29-ciu, którzy oddali swoje życie. Powiedziałem mu także, o wkładzie polskiej Armii Krajowej w zatrzymanie transportów na wschód podczas wojny Niemiec z ZSRR i bezpośrednim przez to wpływie na porażkę pod Stalingradem, o zdradzie w Jałcie i okresie powojennym, gdzie większość aparatu reżimu komunistycznego była pochodzenia żydowskiego, o morderstwach sądowych Szehtera-Michnika, Wolińskiej, Zygmunta Okręta, Szlomo Singera, Mariana Frankiela, Józefa Feldmana czy zbrodniach Salomona Morela, Józefa Światło, Józefa Różańskiego, Anatola Fejgina, Adama Humera, Jakuba Bermana i innych „polskich” Żydów- morderców Polaków. Opowiedziałem o pierwszej „Solidarności”, stanie wojennym, zdradzie w Magdalence i przy okrągłym stole, o Mazowieckim, Michniku, Kuroniu, Modzelewskim, Geremku i reszcie żydowskich zdrajców. Na koniec zapewniłem go, że polskie elity patriotyczne powoli odradzają się i tylko kolejna wojna światowa może zatrzymać naturalne odrodzenie się Polskiego Państwa, oraz co za tym idzie, rozliczenie się z przeszłością. Do końca naszego lunchu Sam nie odezwał się do mnie ani słowem starając się poukładać myśli. Przy wyjściu wyraźnie zakłopotany zapytał mnie:, „dlaczego o tym wszystkim nic nie wiadomo?” po czym dodał z uśmiecham, po polsku „jeszcze Polska nie zginęła”. Rozstaliśmy się umawiając na kolejne spotkanie za parę tygodni.
Marek Wysocki
NY 06-02-2015
Sun Tzu po polsku

Działalność polityczna podobnie jak i działalność gospodarcza ma w
sobie wiele cech do złudzenia przypominających zasady prowadzenia konfliktu
militarnego. Konkurencja w obu wyżej wspomnianych dziedzinach, zwłaszcza w
obecnej sytuacji odejścia od wielu zasad ogólnoludzkiego kodu honorowego,
nabiera coraz bardziej radykalnej formy. Walka o wyborcę lub klienta ociera się
często o najbardziej ekstremalne formy łącznie z atakami personalnymi,
sięganiem do życia rodzinnego i upublicznianiem wszystkiego, co może zaszkodzić
przeciwnikowi. Wszystkie prestiżowe uczelnie w Stanach Zjednoczonych, w których
szlify zdobywają przyszli „menadżerowie”, od kilkunastu lat wprowadziły do
swoich programów nauczania dokładną analizę książki zatytułowanej „Sztuka
Wojny”. Traktat ten napisany ponad dwa i pól tysiąca lat temu przez chińskiego
dowódcę i filozofa Sun Tzu poddaje wnikliwej inferencji wszystkie aspekty
związane z konfliktem poczynając od względów filozoficznych i kończąc na
taktyce działania w poszczególnych sytuacjach na polu bitwy. Oczywiście dzieło
to jest także lekturą obowiązkową we wszystkich uczelniach wojskowych, a każda
formacja oddziałów specjalnych zawiera jego elementy w teoretycznej części
treningu swoich żołnierzy. Jednym z najważniejszych względów poruszanych przez
Sun Tzu jest aspekt stworzenia wspólnej ideologii, która potrafi scalić armię i
natchnąć żołnierzy gotowością życia i umierania wraz ze swoim wodzem. Autor
nazywa tą zasadę określeniem „Tao” i stawia na najważniejszym miejscu pośród
pięciu aspektów prowadzenia działań wojennych lub rozwikłania na swoją korzyść
jakiegokolwiek konfliktu w sferze cywilnej. „Tao” jest drogą i filozoficzną
ideą scalającą wysiłki armii w celu osiągnięcia zwycięstwa, które z kolei
będzie korzystne dla wszystkich zaangażowanych w walkę. Pełne zrozumienie „Tao”
powoduje wytworzenie nierozerwalnych więzi pomiędzy żołnierzami, ich dowódcami
i głównodowodzącym. Każdy, nawet najniższy rangą żołnierz wie, że jest
niezastąpionym elementem, bez którego zwycięstwo będzie niemożliwe i gdyby
został ranny jego towarzysze zrobią wszystko, aby go uratować narażając przy
tym własne życie. Zasada ta stosowana jest od dawna w elitarnych jednostkach
bojowych na całym świecie. Dzięki niej jednostki te utrzymują najwyższy poziom
morale wśród żołnierzy, co jest głównym aspektem skuteczności działania tych
oddziałów. Walka polityczna prowadzona w podobny sposób okazuje się równie
skuteczna, upewniając członków ugrupowania czy politycznej partii o wspólnym
celu i wsparciu w sytuacji ataku ze strony przeciwnej. Chronienie siebie
nawzajem przed atakami politycznych przeciwników wysyła również na zewnątrz
sygnał przekonywujący o sile i zwartości szeregów ugrupowania oraz o bezsensie
ataków jego poszczególnych członków zwłaszcza, gdy skierowane są one „ad
personam”. Nawet, kiedy krytyka członka ugrupowania politycznego posiada
formalne podstawy, organizacja powinna wewnętrznie wyciągnąć konsekwencje, na
zewnątrz pozostając zwartym monolitem.
Nie jestem zwolennikiem partii politycznej zwanej Platformą Obywatelską. Jest to twór polityczny powstały w wyniku ciemnych porozumień pomiędzy jeszcze ciemniejszymi charakterami polskiej sceny politycznej. Działanie jej, jako partii „trzymającej obecnie władze” napawa również wątpliwościami o jej dobrych chęciach w stosunku do Polskiej Racji Stanu. Nie można jej jednak odmówić skuteczności działania opartego o wyżej wspomniane zasady. Prezes partii i obecny premier rządu RP Pan Donald Tusk „wsławił się” wieloma kompromitującymi faktami, które jednak wobec całkowitego poparcia ze strony członków PO nie spowodowały żadnych poważnych reperkusji. Jak pamiętamy historia służby dziadka premiera w Wehrmachcie czy publiczne stwierdzenie, że: „polskość to nienormalność” odbiły się szerokim echem w mediach nie wyrządzając formalnej krzywdy premierowi, a już o dymisji czy chociażby przeprosinach nie było w ogóle mowy. Świadczy to niewątpliwie o sile politycznej tego ugrupowania, choć siła ta niestety powoduje więcej szkód dla Naszej Ojczyzny niż dobrego. Opozycyjna partia PiS nie posiada niestety podobnego „modus operandi”, będąc w zasadzie przeciwległym biegunem tego samego politycznego bezsensu, co udowodniła poprzez okres, w którym bracia Kaczyńscy „trzymając władzę” swoje przedwyborcze obietnice zamienili w „obiecanki” bez pokrycia. Podpisanie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego odebrało wszelkie złudzenia, co do intencji tej wrogiej Polsce formacji, której „wierchuszka” składa się w większości z potomków „czerwonej arystokracji” PRL-u. Beznadzieja proponowana przez obydwa twory polityczne rządzące obecnie Polską spowodowała w ostatnich latach kolejne przebudzenie, zwłaszcza wśród młodszej części polskiego społeczeństwa. Młodzi ludzie zaczynają jednoczyć swoje wysiłki w najprzeróżniejszych formach, jednak wspólnym mianownikiem tych oddolnych, niejednokrotnie chaotycznych działań, staje się patriotyzm i Polska Racja Stanu. Powstały w ostatnich latach Ruch Narodowy i zorganizowane działania kibiców są tego najlepszym przykładem. Kibice drużyn piłkarskich w metodyczny sposób rozpoczęli skuteczną akcję informowania całego społeczeństwa o sytuacji politycznej w kraju i o niechlubnej przeszłości osób decydujących o jego losach. Powstały na bazie działających od dawna organizacji patriotycznych i reaktywowanych przedwojennych organizacjach Narodowych Ruch stał się nową nadzieją wielu Polaków na rozpoczęcie walki z postkomunistycznym układem z Magdalenki i „okrągłostołową” zdradą. Na czele organizacji stanęli młodzi ludzie publicznie głoszący chęć wprowadzenia odnowy narodowej i pozbycia się systemowego nowotworu postkomuny niszczącego ostatki Polskiej Państwowości. Jednym z sukcesów, jaki odniósł ten oddolny, nieformalny Ruch Narodowy jest niewątpliwie organizacja Marszu w dniu 11 listopada.
Święto Odzyskania Niepodległości jest najważniejszym dniem w kalendarzu świąt i rocznic obchodzonych przez Polaków w kraju i poza jego granicami. Tak jak to się działo podczas kilku ubiegłych lat w roku 2013 uświęcone zostało wieloma manifestacjami i marszami na czele z warszawskim, najliczniejszym w całym kraju. Trudno ustalić dokładnie ile osób wzięło w nim udział w tym roku, zapewne były to setki tysięcy, co jest jednak łatwe do ustalenia to zakrawająca na dywersyjną prowokację organizacja całego przedsięwzięcia. Jakby całkiem przypadkowo „nasz polski rząd” postanawia w tym samym czasie zorganizować w Warszawie międzynarodowy zjazd orędowników walki z globalnym ociepleniem, co oczywiście ściągnąć miało całą rzeszę lewackich bojówkarzy z najodleglejszych krańców Europy popierających ideę kultu stworzonego przez Alberta Gora. Przygotowania machiny policyjno-wojskowej do ochrony tej imprezy zakrawały na przygotowania do wojny. Spowodowało to obawy o sprowokowanie krwawych rozruchów w wyniku, czego spora część ewentualnych uczestników Marszu postanowiła pozostać w domu. Wytyczenie przemarszu pod Ambasadą Rosji i buńczuczne wezwania organizatorów o jak najmniejsze zaangażowanie miejskich służb porządkowych i policji były bezpośrednią przyczyną skandalu z próbą podpalenia budynku Ambasady. Organizatorzy zamiast poprosić publicznie o ochronę budynku przez policję dali się jak dzieci wprowadzić w odpowiedzialność za prowokację, zapewne zorganizowaną przez wrogie Marszowi siły, których jak wiadomo w Naszym Kraju nie brakuje. Czyżby byli do tego stopnia nieroztropni czy naiwni? Trudno mi w to uwierzyć, gdyż miałem okazję poznać kilku z nich podczas tegorocznego Zjazdu Organizacji Polonijnej USOPAŁ, który odbył się na hiszpańskiej Teneryfie. Robili wrażenie bardzo świadomych politycznie, a mając pośród siebie tak doświadczonych członków jak Pan Zawisza i doradców jak Pan Bender trudno uwierzyć, żeby tak podstawowy taktyczny błąd był zwykłym niedopatrzeniem. Oczywiście nie można wykluczyć przypadku i niezamierzonego błędu, z drugiej strony używając tej samej logiki nie można również wykluczyć działania celowego. Trudno również uwierzyć, aby ci młodzi ludzie, byli tak wyrachowani i chcieli we współpracy z nomenklaturą skanalizować, a później zneutralizować nowo powstałą energię w Polskim Narodzie. Niestety nie byłoby to zrobione po raz pierwszy. Zapewne wielu z czytających ten tekst pamięta dokładnie wydarzenia z roku 1980. W tamtym czasie, podobnie jak teraz powstał oddolny ruch robotniczy walczący o zmianę systemu w Polsce. Wtedy to, jak królik z czarnego kapelusza, pojawili się doradcy, którzy mieli jakby z góry przygotowany plan łącznie z nazwą „Solidarność”, formalizując, tworząc struktury i oczywiście umieszczając siebie i swoje marionetki na czele związku. Kim okazali się być ci ludzie? Dzisiaj wiemy, że wszyscy bez wyjątku byli dziećmi ubeckich morderców lub piewcami komunizmu po metamorfozie. Wielu z nich jeszcze podczas działania w „opozycji” współpracowało z SB i jak Geremek namawiało władze komunistyczne do zastosowania siły przeciwko Polakom. Czy dzisiaj mamy do czynienia z podobną sytuacją? Z pewnością przemalowany postkomunistyczny pomiot „raz zdobytej władzy nie odda bez walki” i jest zdolny do powtórnego oszustwa na miarę lat osiemdziesiątych, tym bardziej, że wielu którzy brali w tych wydarzeniach udział zostali z Polski „wypchnięci” szykanami na emigrację. Młodzi ludzie urodzeni w latach osiemdziesiątych mogą tak samo łatwo „nabrać się na doradców”, jak to zrobiło moje pokolenie w 1980 roku.
Moje pesymistyczne przemyślenia nie są niestety całkowicie bezpodstawne. Nie chodzi tu wcale o szeroko opisany skandal z nadużywaniem alkoholu i nieortodoksyjne, jak na hotel w międzynarodowym kurorcie, zachowanie części z kierownictwa Ruchu Narodowego. Ważniejsze niż, te nieodpowiedzialne wybryki są raczej posunięcia związane bezpośrednio z osłabianiem organizacji pozbywając się z niej aktywnych i sprawdzonych członków i poddawanie się naciskom medialnych aferzystów. Afera, jaka powstała wokół opublikowanych prywatnych korespondencji członka kierownictwa Ruchu - Pana Holochera i reakcja jego organizacyjnych kolegów przekonuje o niedojrzałości politycznej lub naciskach zewnętrznych, mających na celu jego odejście. Pan Holocher będący jednym z twórców Ruch Narodowego i Marszu Niepodległości znalazł się podobno na liście zainteresowań międzynarodowej organizacji „Wikileaks”, która to ponoć włamała się na jego prywatne konta internetowe i opublikowała ich zawartość. Jest to swego rodzaju ewenement. Z całym szacunkiem dla działalności Pana Holochera, ale każdy z Państwa zgodzi się przecież, że są w Polsce osoby odpowiedzialne za dużo większe „przekręty” niż parę tekstów zabarwionych „niezbyt poetyckim językiem” napisanych przez młodego mężczyznę do innych młodych mężczyzn czy swojej własnej żony. Dziwnym zbiegiem okoliczności „Wikileaks” publikująca „najtajniejsze” dokumenty Pentagonu i najbardziej strzeżone przez światowe służby specjalne informacje, postanowiła z całej plejady polskich polityków wybrać Pana Holochera? Czyżby używanie języka niecenzuralnego i głupawe, bezmyślne wpisy na Facebook’u były największymi przestępstwami w polskiej polityce? Platforma Obywatelska takie bzdury opublikowane o jednym z jej członków potraktowałby zapewne bez większego zainteresowania nie pozwalając niszczyć medialnie swojego człowieka. Po rozmowie telefonicznej z Panem Holocherem odniosłem wrażenie, że jego wizja Ruchu Narodowego różniła się nieznacznie od tej przedstawionej przez Pana Winnickiego i Pana Zawisze na Zjeździe USOPAŁ na Teneryfie. Oprócz założeń ideowych i historycznych przedstawił mi dość konkretny, choć wymagający dopracowania plan odnowy gospodarczej opartej o silny państwowy Bank Narodowy tworzący silną kontrolowaną przez sejm - polską walutę.
Scena polityczna w Polsce potrzebuje dzisiaj trzeciej siły, która swoją działalność oprze o konkrety pozostawiając ideologię w głębokim tle swojego działania. Nie chcę tu deprecjonować wartości ideologii, jako siły spajającej, jednak Polaków dzisiaj bardziej spoić może rzeczywisty patriotyzm praktyczny niż patriotyzm oparty jedynie o przeszłą historię. Analiza historycznych wydarzeń, w jakich brali udział obywatele naszego Narodu powinna skłonić nas do refleksji nad historią, która dzieje się przed naszymi oczyma w dniu dzisiejszym. Nasz wpływ na jej bieg, musi zapewnić przetrwanie Narodu i polepszenie przyszłości kolejnym pokoleniom. Traktowanie historii, jako książkowych zapisów i dat, których musieliśmy się w szkole nauczyć na pamięć powoduje oderwanie od teraźniejszości, która przecież za parę lat może stać się kolejnym zapisem na kartkach książki i kolejną datą do zapamiętania.
Obserwując obecną scenę polityczną w Polsce trudno nie odnieść wrażenia, że obserwuje się działania wojenne i choć odbywa się to w sferze polityki, niestety nie obywa się bez ofiar złożonych z życia osób biorących udział w tych zmaganiach. Ilość ofiar, które przez narażenie się establishmentowi i „grupie trzymającej władzę” tracą dobre imię, pracę czy rujnowane jest ich życie prywatne przybywa w zastraszającym tempie wraz z kolejnymi aferami publikowanymi przez media na usługach władzy. Dlatego nowe struktury polskich organizacji nie mogą być oparte o doradców, którzy brali udział w komunistycznej transformacji systemowej bez względu na posiadane przez nich tytuły profesorskie. Organizacje te muszą bezwzględnie wspierać się wewnętrznie tworząc monolityczny ogólnonarodowy i ponadpartyjny twór oparty tylko na Polakach i patriotach. Program działania oprzeć o założenia natychmiastowej odnowy gospodarczej poprzez drastyczne obniżenia opodatkowania i całkowite zniesienie biurokracji przy tworzeniu małych przedsiębiorstw oraz ustawowe usunięcie z Polski prywatnego banku centralnego drukującego zadłużony pieniądz.
Marek Wysocki
------------------------------------------------------------
Nie jestem zwolennikiem partii politycznej zwanej Platformą Obywatelską. Jest to twór polityczny powstały w wyniku ciemnych porozumień pomiędzy jeszcze ciemniejszymi charakterami polskiej sceny politycznej. Działanie jej, jako partii „trzymającej obecnie władze” napawa również wątpliwościami o jej dobrych chęciach w stosunku do Polskiej Racji Stanu. Nie można jej jednak odmówić skuteczności działania opartego o wyżej wspomniane zasady. Prezes partii i obecny premier rządu RP Pan Donald Tusk „wsławił się” wieloma kompromitującymi faktami, które jednak wobec całkowitego poparcia ze strony członków PO nie spowodowały żadnych poważnych reperkusji. Jak pamiętamy historia służby dziadka premiera w Wehrmachcie czy publiczne stwierdzenie, że: „polskość to nienormalność” odbiły się szerokim echem w mediach nie wyrządzając formalnej krzywdy premierowi, a już o dymisji czy chociażby przeprosinach nie było w ogóle mowy. Świadczy to niewątpliwie o sile politycznej tego ugrupowania, choć siła ta niestety powoduje więcej szkód dla Naszej Ojczyzny niż dobrego. Opozycyjna partia PiS nie posiada niestety podobnego „modus operandi”, będąc w zasadzie przeciwległym biegunem tego samego politycznego bezsensu, co udowodniła poprzez okres, w którym bracia Kaczyńscy „trzymając władzę” swoje przedwyborcze obietnice zamienili w „obiecanki” bez pokrycia. Podpisanie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Traktatu Lizbońskiego odebrało wszelkie złudzenia, co do intencji tej wrogiej Polsce formacji, której „wierchuszka” składa się w większości z potomków „czerwonej arystokracji” PRL-u. Beznadzieja proponowana przez obydwa twory polityczne rządzące obecnie Polską spowodowała w ostatnich latach kolejne przebudzenie, zwłaszcza wśród młodszej części polskiego społeczeństwa. Młodzi ludzie zaczynają jednoczyć swoje wysiłki w najprzeróżniejszych formach, jednak wspólnym mianownikiem tych oddolnych, niejednokrotnie chaotycznych działań, staje się patriotyzm i Polska Racja Stanu. Powstały w ostatnich latach Ruch Narodowy i zorganizowane działania kibiców są tego najlepszym przykładem. Kibice drużyn piłkarskich w metodyczny sposób rozpoczęli skuteczną akcję informowania całego społeczeństwa o sytuacji politycznej w kraju i o niechlubnej przeszłości osób decydujących o jego losach. Powstały na bazie działających od dawna organizacji patriotycznych i reaktywowanych przedwojennych organizacjach Narodowych Ruch stał się nową nadzieją wielu Polaków na rozpoczęcie walki z postkomunistycznym układem z Magdalenki i „okrągłostołową” zdradą. Na czele organizacji stanęli młodzi ludzie publicznie głoszący chęć wprowadzenia odnowy narodowej i pozbycia się systemowego nowotworu postkomuny niszczącego ostatki Polskiej Państwowości. Jednym z sukcesów, jaki odniósł ten oddolny, nieformalny Ruch Narodowy jest niewątpliwie organizacja Marszu w dniu 11 listopada.
Święto Odzyskania Niepodległości jest najważniejszym dniem w kalendarzu świąt i rocznic obchodzonych przez Polaków w kraju i poza jego granicami. Tak jak to się działo podczas kilku ubiegłych lat w roku 2013 uświęcone zostało wieloma manifestacjami i marszami na czele z warszawskim, najliczniejszym w całym kraju. Trudno ustalić dokładnie ile osób wzięło w nim udział w tym roku, zapewne były to setki tysięcy, co jest jednak łatwe do ustalenia to zakrawająca na dywersyjną prowokację organizacja całego przedsięwzięcia. Jakby całkiem przypadkowo „nasz polski rząd” postanawia w tym samym czasie zorganizować w Warszawie międzynarodowy zjazd orędowników walki z globalnym ociepleniem, co oczywiście ściągnąć miało całą rzeszę lewackich bojówkarzy z najodleglejszych krańców Europy popierających ideę kultu stworzonego przez Alberta Gora. Przygotowania machiny policyjno-wojskowej do ochrony tej imprezy zakrawały na przygotowania do wojny. Spowodowało to obawy o sprowokowanie krwawych rozruchów w wyniku, czego spora część ewentualnych uczestników Marszu postanowiła pozostać w domu. Wytyczenie przemarszu pod Ambasadą Rosji i buńczuczne wezwania organizatorów o jak najmniejsze zaangażowanie miejskich służb porządkowych i policji były bezpośrednią przyczyną skandalu z próbą podpalenia budynku Ambasady. Organizatorzy zamiast poprosić publicznie o ochronę budynku przez policję dali się jak dzieci wprowadzić w odpowiedzialność za prowokację, zapewne zorganizowaną przez wrogie Marszowi siły, których jak wiadomo w Naszym Kraju nie brakuje. Czyżby byli do tego stopnia nieroztropni czy naiwni? Trudno mi w to uwierzyć, gdyż miałem okazję poznać kilku z nich podczas tegorocznego Zjazdu Organizacji Polonijnej USOPAŁ, który odbył się na hiszpańskiej Teneryfie. Robili wrażenie bardzo świadomych politycznie, a mając pośród siebie tak doświadczonych członków jak Pan Zawisza i doradców jak Pan Bender trudno uwierzyć, żeby tak podstawowy taktyczny błąd był zwykłym niedopatrzeniem. Oczywiście nie można wykluczyć przypadku i niezamierzonego błędu, z drugiej strony używając tej samej logiki nie można również wykluczyć działania celowego. Trudno również uwierzyć, aby ci młodzi ludzie, byli tak wyrachowani i chcieli we współpracy z nomenklaturą skanalizować, a później zneutralizować nowo powstałą energię w Polskim Narodzie. Niestety nie byłoby to zrobione po raz pierwszy. Zapewne wielu z czytających ten tekst pamięta dokładnie wydarzenia z roku 1980. W tamtym czasie, podobnie jak teraz powstał oddolny ruch robotniczy walczący o zmianę systemu w Polsce. Wtedy to, jak królik z czarnego kapelusza, pojawili się doradcy, którzy mieli jakby z góry przygotowany plan łącznie z nazwą „Solidarność”, formalizując, tworząc struktury i oczywiście umieszczając siebie i swoje marionetki na czele związku. Kim okazali się być ci ludzie? Dzisiaj wiemy, że wszyscy bez wyjątku byli dziećmi ubeckich morderców lub piewcami komunizmu po metamorfozie. Wielu z nich jeszcze podczas działania w „opozycji” współpracowało z SB i jak Geremek namawiało władze komunistyczne do zastosowania siły przeciwko Polakom. Czy dzisiaj mamy do czynienia z podobną sytuacją? Z pewnością przemalowany postkomunistyczny pomiot „raz zdobytej władzy nie odda bez walki” i jest zdolny do powtórnego oszustwa na miarę lat osiemdziesiątych, tym bardziej, że wielu którzy brali w tych wydarzeniach udział zostali z Polski „wypchnięci” szykanami na emigrację. Młodzi ludzie urodzeni w latach osiemdziesiątych mogą tak samo łatwo „nabrać się na doradców”, jak to zrobiło moje pokolenie w 1980 roku.
Moje pesymistyczne przemyślenia nie są niestety całkowicie bezpodstawne. Nie chodzi tu wcale o szeroko opisany skandal z nadużywaniem alkoholu i nieortodoksyjne, jak na hotel w międzynarodowym kurorcie, zachowanie części z kierownictwa Ruchu Narodowego. Ważniejsze niż, te nieodpowiedzialne wybryki są raczej posunięcia związane bezpośrednio z osłabianiem organizacji pozbywając się z niej aktywnych i sprawdzonych członków i poddawanie się naciskom medialnych aferzystów. Afera, jaka powstała wokół opublikowanych prywatnych korespondencji członka kierownictwa Ruchu - Pana Holochera i reakcja jego organizacyjnych kolegów przekonuje o niedojrzałości politycznej lub naciskach zewnętrznych, mających na celu jego odejście. Pan Holocher będący jednym z twórców Ruch Narodowego i Marszu Niepodległości znalazł się podobno na liście zainteresowań międzynarodowej organizacji „Wikileaks”, która to ponoć włamała się na jego prywatne konta internetowe i opublikowała ich zawartość. Jest to swego rodzaju ewenement. Z całym szacunkiem dla działalności Pana Holochera, ale każdy z Państwa zgodzi się przecież, że są w Polsce osoby odpowiedzialne za dużo większe „przekręty” niż parę tekstów zabarwionych „niezbyt poetyckim językiem” napisanych przez młodego mężczyznę do innych młodych mężczyzn czy swojej własnej żony. Dziwnym zbiegiem okoliczności „Wikileaks” publikująca „najtajniejsze” dokumenty Pentagonu i najbardziej strzeżone przez światowe służby specjalne informacje, postanowiła z całej plejady polskich polityków wybrać Pana Holochera? Czyżby używanie języka niecenzuralnego i głupawe, bezmyślne wpisy na Facebook’u były największymi przestępstwami w polskiej polityce? Platforma Obywatelska takie bzdury opublikowane o jednym z jej członków potraktowałby zapewne bez większego zainteresowania nie pozwalając niszczyć medialnie swojego człowieka. Po rozmowie telefonicznej z Panem Holocherem odniosłem wrażenie, że jego wizja Ruchu Narodowego różniła się nieznacznie od tej przedstawionej przez Pana Winnickiego i Pana Zawisze na Zjeździe USOPAŁ na Teneryfie. Oprócz założeń ideowych i historycznych przedstawił mi dość konkretny, choć wymagający dopracowania plan odnowy gospodarczej opartej o silny państwowy Bank Narodowy tworzący silną kontrolowaną przez sejm - polską walutę.
Scena polityczna w Polsce potrzebuje dzisiaj trzeciej siły, która swoją działalność oprze o konkrety pozostawiając ideologię w głębokim tle swojego działania. Nie chcę tu deprecjonować wartości ideologii, jako siły spajającej, jednak Polaków dzisiaj bardziej spoić może rzeczywisty patriotyzm praktyczny niż patriotyzm oparty jedynie o przeszłą historię. Analiza historycznych wydarzeń, w jakich brali udział obywatele naszego Narodu powinna skłonić nas do refleksji nad historią, która dzieje się przed naszymi oczyma w dniu dzisiejszym. Nasz wpływ na jej bieg, musi zapewnić przetrwanie Narodu i polepszenie przyszłości kolejnym pokoleniom. Traktowanie historii, jako książkowych zapisów i dat, których musieliśmy się w szkole nauczyć na pamięć powoduje oderwanie od teraźniejszości, która przecież za parę lat może stać się kolejnym zapisem na kartkach książki i kolejną datą do zapamiętania.
Obserwując obecną scenę polityczną w Polsce trudno nie odnieść wrażenia, że obserwuje się działania wojenne i choć odbywa się to w sferze polityki, niestety nie obywa się bez ofiar złożonych z życia osób biorących udział w tych zmaganiach. Ilość ofiar, które przez narażenie się establishmentowi i „grupie trzymającej władzę” tracą dobre imię, pracę czy rujnowane jest ich życie prywatne przybywa w zastraszającym tempie wraz z kolejnymi aferami publikowanymi przez media na usługach władzy. Dlatego nowe struktury polskich organizacji nie mogą być oparte o doradców, którzy brali udział w komunistycznej transformacji systemowej bez względu na posiadane przez nich tytuły profesorskie. Organizacje te muszą bezwzględnie wspierać się wewnętrznie tworząc monolityczny ogólnonarodowy i ponadpartyjny twór oparty tylko na Polakach i patriotach. Program działania oprzeć o założenia natychmiastowej odnowy gospodarczej poprzez drastyczne obniżenia opodatkowania i całkowite zniesienie biurokracji przy tworzeniu małych przedsiębiorstw oraz ustawowe usunięcie z Polski prywatnego banku centralnego drukującego zadłużony pieniądz.
Marek Wysocki
------------------------------------------------------------
Polemos pater panton

Sarmaci
Wielu z nas podróżując po najróżniejszych zakątkach świata nieraz zastanawia się nad przedziwnymi nazwami odwiedzanych miejsc. Niektóre z tych nazw nie mają jakby sensu, inne od „pierwszego usłyszenia” tworzą nierozerwalną całość z otoczeniem nie wymagając żadnych głębszych przemyśleń czy bibliotecznych poszukiwań. Dlaczego miałoby to mieć jakiekolwiek znaczenie dla nas żyjących setki, a nieraz tysiące lat od momentu nadania tych nazw? Odpowiedź na to pytanie może zapewne być tematem prac naukowych z zakresu geografii i historii, dla przeciętnego turysty zwykle jest to nieistotne lub nawet nudne. Sytuacja zmienia się jednak, gdy nazewnictwo takie dotyczy samego zainteresowanego, czyli w tym przypadku - naszego „turysty”. Nieraz, będąc w środkowo-zachodnich stanach Ameryki zastanawiało mnie, co ma do tożsamości narodowej rdzennych mieszkańców kontynentu Ameryki Północnej określenie Indianin. Znaczna większość Indian nie było nawet w Indiach, a niektórzy nie mają „zielonego pojęcia” gdzie takie Indie leżą na mapie. Nie przeszkadza to jednak reszcie świata nazywać ich Indianami. Oczywiście każdy wie, że nazwę tą odziedziczyli przez przypadek, kiedy to europejscy odkrywcy byli pewni, że dotarli do Indii, a w Indiach oczywiście muszą mieszkać Indianie, chyba, że mówimy o tych prawdziwych, w których mieszkają- Hindusi. Nie zmienia to jednak faktu i nikt „czerwonoskórych” o zdanie nie pytał, więc zostali Indianami i „basta”( jak zapewne skwitowałby to sam Kolumb). Sytuacja sięgnęła absurdu, bo sami zainteresowani często określają się mianem Indian - z przyzwyczajenia, wygody lub po prostu, bo to już tak jest. Młodzi zapominają o przynależności szczepowej i jest bardzo prawdopodobne, że za dwa lub trzy pokolenia nie będą myśleli o sobie jak o Apache, Comanche czy Siux, ale- narodowości „Indiańskiej”. Ostatnia wizyta w Arizonie, podczas której miałem sporo do czynienia z przedstawicielami szczepu Apache natchnęła mnie do refleksji nad pochodzeniem nazwy naszego narodu.
Według tradycji i przekazów ustnych, obecnie przez historyków nazywanych często „baśniami” twórcą naszego narodu był Lech- jeden z trzech braci. Czech i Rus stworzyli Czechy i Ruś, dlaczego więc Lech stworzył Polskę? Wprawdzie w rzeczywistości opowieść o trzech braciach brzmieć może mało wiarygodnie nie zmienia to jednak faktu, że przez stulecia sąsiedzi nazywali nas Lachami. Określenie to przetrwało do dzisiaj w sporej części Białorusi i prawie całej Ukrainie. Tu oczywiście wydawałoby się problemu nie ma, bo napisano o tym wiele i każdy wie, że nazwa Polska powstała od nazwy plemienia Polan.
Jak tłumaczy nam Encyklopedia internetowa Wikipedia:
„Źródłem nazwy Polska jest prawdopodobnie nazwa zachodniosłowiańskiego plemienia Polan (Polanie). Nazwa Polan z kolei pochodzi od indoeuropejskiego wyrazu pole, oznaczającego pole uprawne lub otwartą przestrzeń. Nazwa Polska zaczęła być używana w odniesieniu do całego państwa w XI wieku i funkcjonowała pierwotnie, jako forma określenia „ziemia polska” (łac. terra Poloniæ). Zarówno własne nazwy Polski i Polaków (endonimy) jak i większość nazw nadawanych im w innych językach (egzonimy) wywodzą się z tego źródła.”
I tu można by uznać sprawę za zamkniętą gdyby nie wcześniej wspomniana kwestia Indian. Praktyki ustanawiania nowych nazw ludności i terytoriów podbitych militarnie stosowane były już w starożytnym Egipcie jednak do czasów nam współczesnych zachowało się w większości nazewnictwo pozostałe po ekspansji cywilizacji zachodnioeuropejskich. Herodot, uważany za ojca historii, jako jeden z pierwszych opisując konflikty grecko-perskie używał „zgreczonych” nazw terytoriów wroga. Nieporównywalnie największy jednak wkład w nazewnictwo europejskie wnieśli Rzymianie. Rozrost terytorialny cesarstwa rzymskiego jak i rozbudowana infrastruktura biurokratyczna sprzyjały rozprzestrzenianiu się „swojsko brzmiących” nazw podbijanych krain. Łacińskie nazwy nadawane były nawet najmniejszym zakątkom, do których docierały legiony. Za wojskiem wiernie podążał także orszak urzędników państwowych odpowiedzialnych za kolonizację i opodatkowanie nowych zdobyczy cezara. Europa północno-wschodnia i środkowa pozostawała jednak poza zasięgiem armii Rzymu, chociaż należała do zasobnych w bogactwa części kontynentu. Wymiana handlowa pomiędzy ludnością zamieszkującą tereny obecnej Polski i cesarstwem rzymskim opisywana była przez wielu historyków i urzędników cesarstwa. Ciekawym aspektem jest tu handel bursztynem. Nazywany w Rzymie lyncurium, czyli mocz rysia, według legendy złocisty kamień powstał ze skamieniałego moczu tego drapieżnika. Uważany był za przedmiot drogocenny, służący do wytwarzania biżuterii, ozdabiania garderoby, zastaw stołowych czy nawet mebli. Posiadał również szerokie zastosowanie w medycynie, jako talizman i środek do wytwarzania leczniczych olejów i syropów.
Jednym z najbardziej znanych opisów dotyczących „bursztynowego szlaku” jest sprawozdanie sporządzone z wyprawy do brzegów Bałtyku, która miała miejsce w okresie rządów Nerona. Pliniusz Starszy (23-79 ne) opisał w szczegółowy sposób transport olbrzymiej ilości bursztynu z Zatoki Gdańskiej do Rzymu gdzie użyto go do ozdobienia prywatnej areny Nerona. Według opisów cała podłoga wyłożona została tym drogocennym kamieniem. Istnieją również wcześniejsze opisy terenów Europy środkowo-wschodniej zawarte w traktacie Pyteasza z Massalii O Oceanie z IV wieku p.n.e. Z terenów tak zwanego Barbaricum przywożono do Rzymu wiele innych materiałów i produktów. W tym samym czasie, gdy rzymscy kupcy prowadzili ożywiony handel z terenami obecnej Polski legiony podbijały całą Europę zachodnią lądując nawet w Wielkiej Brytanii. Dlaczego Rzymianie nigdy nie zdecydowali się na podbicie tych tak przecież bogatych terenów Europy?
W uzyskaniu odpowiedzi na to pytanie pomóc może nam – słownik łacińsko-polski. Pod znajomo brzmiącym hasłem „Pollens” czytamy-„ silny, mocny, potężny, wpływowy, skuteczny”. Czyżby te cechy antycznych mieszkańców obecnej Polski tak skutecznie odstraszyły niepokonane legiony Rzymu? Warto by tu przypomnieć, że nasi najbliżsi sąsiedzi z zachodu będący spadkobiercami Cesarstwa Rzymsko-Niemieckiego, nazywają nas od wieków – Polen?!
W naszym ojczystym języku określenie „pole” nie odnosi się tylko do miejsca uprawy roślin, ale także używane jest, jako pole walki czy pole chwały. Trudno raczej posądzać adiutanta opisanego przez Adama Mickiewicza w „Reducie Ordona” o naglądanie wzrostu ozimin czy innych roślinek, choć wyraźnie mówi : „Wstąpiłem na działo i spojrzałem na pole”. Dalsza część wiersza, będącego jednym z najpiękniejszych poetyckich opisów wojennych nie pozostawia złudzeń, co miał na myśli nasz Wieszcz. Literatura Polska przepełniona jest takimi przykładami.
Około 600 lat p.n.e. plemiona Sarmatów, wywodzących się z terenów północnej Persji rozpoczęły ekspansję na północ, by na przełomie I wieku p.n.e. dotrzeć do wybrzeży Bałtyku wypierając dotychczasowych panów tych ziem Scytów dalej na północ i zachód Europy. Pierwsze wzmianki w historiografii rzymskiej dotyczące ludów Sarmackich znaleźć możemy u Herodota, Hipokratesa i Strabona. Niebywała waleczność i niespotykana taktyka walki do złudzenia przypominająca działanie dzisiejszych oddziałów specjalnych, przyczyniła się do powstania wielu legend, z których najbardziej znana mówiła o Sarmatach, jako potomkach najbardziej mężnych Scytów i mitycznych, wojowniczych Amazonek. Sarmaci byli ludem składającym się z wielu plemion, które w razie zagrożenia jednoczyły siły. Struktura władzy opierała się na systemie do złudzenia przypominającym republikę, gdzie członkowie społeczności cieszyli się szeroko pojętymi swobodami wybierając swoich przedstawicieli sprawujących władzę. Wierzenia Sarmatów opierały się o harmonię z naturą, kult słońca i ognia. Informacje o pochodzeniu Polaków od tego walecznego narodu istniały w formie przekazów i tradycji od zarania naszego państwa, w formie drukowanej ukazały się za sprawą Alessandro Guagnini. W 1578 roku wydano w Krakowie traktat jego autorstwa zatytułowany: Sartmatiae Europeae descriptio. W roku 1611 przetłumaczono go na język polski. Sarmatyzm stał się wiodącym nurtem w kulturze Polski, a idee wolności i tolerancji z niego wypływające były ewenementem pośród zarządzanych „twardą ręką” monarchii absolutystycznych ówczesnej Europy. Polska stała się oazą wolnomyślicieli i religijnych innowierców prześladowanych w innych krajach. Dopiero „Potop Szwedzki” i otwarte poparcie ludności protestanckiej dla wroga zmieniło nieznacznie stosunek rządzących do mniejszości. Niestety w późniejszych dziejach naszego kraju mniejszości narodowe i religijne wniosły jeszcze bardziej niechlubny wkład w tragiczne dzieje Polski. Rozbiory spowodowały całkowite zatracenie znaczenia Sarmatyzmu. Zaborcy rozumieli niebezpieczeństwo spajającej naród polski ideologii i przy pomocy propagandy i terroru postanowili zniekształcić, wyśmiać, a w końcu zanegować pochodzenie genealogiczne. Komuniści kontynuowali „tradycję” poprzedników. Sarmata przestawiany był, jako warchoł, pijak i awanturnik odpowiedzialny za upadek Rzeczpospolitej. Fakty historycznej potęgi Polski w okresie rozkwitu idei Sarmacji w wygodny sposób przemilczano. Nie można jednak zapomnieć o Polakach, jako jedynej armii w historii, która przejęła kontrole nad Moskwą i carach Rosji oddających hołd królowi polskiemu w Warszawie. Uratowanie Europy Zachodniej przed zalewem Islamu przez Polskę z jej najpotężniejszą armią ówczesnych czasów pod wodzą Jana Sobieskiego także wydarzyło się w okresie sarmackim.
W Polsce, jako pierwszym kraju świata nowożytnego, władza wybierana była przez zgromadzenia, których delegaci wybierali później władze najwyższe- łącznie z królem będącym jakby dożywotnim prezydentem. Polacy mogą się także poszczycić drugą po amerykańskiej, a pierwszą w Europie konstytucją. Jako zarzewie idei wolności i tolerancji, Sarmatyzm stał się źródłem natchnienia ruchów wyzwoleńczych w innych państwach, stał się także największym niebezpieczeństwem dla sąsiadujących monarchii absolutystycznych. Rozbicie militarne Polski, choć możliwe przy ataku z trzech stron, kosztowałoby Rosję, Niemcy i Austrię zbyt wiele, nie dając pewności zwycięstwa. Dla unicestwienia największej potęgi militarnej i jednej z największych gospodarek tamtego okresu użyto wewnętrznej „słabości” sytemu- tolerancji. Daleko posunięta i prawnie usankcjonowana tolerancja sprzyjała rozwojowi wewnętrznych grup nacisku finansowanych przez sąsiednie mocarstwa. Od wieków zakorzenione w społeczności polskiej, lecz kultywujące swoje kultury grupy etniczne upatrywały w upadku Polski zysków materialnych, a nawet stworzenia zarządzanych przez siebie mikroregionów. Brak instrumentów prawnych oraz granicząca z naiwnością oparta w chrześcijaństwie łatwowierność nie miały szans z systemami przebiegłej filozofii azjatyckiej. Spowodowany tym wewnętrzny rozłam zmienił Polskę w łatwy łup, doprowadził też do zniknięcia z mapy Europy.
Idee Sarmatyzmu powróciły w okresie zaborów w epopejach narodowych będąc po raz kolejny spajającym elementem kultury polskiej. Dwieście lat zniemczania i rusyfikacji nie przyniosło zamierzonych efektów. Tożsamość narodowa i głęboko zakorzeniona kultura pozwoliły na błyskawiczne odrodzenie Polski, a powrót do idei Sarmatyzmu natychmiastowy rozwój gospodarczy i militarny kraju.
Deprecjonowanie Polskiego Sarmatyzmu przez naszych wrogów i stwierdzenia „ historyków” na ich usługach udowadniających „baśniowość” całej idei znalazły wreszcie naukową konkluzję. Przeprowadzone niedawno badania genetyczne wyłoniły haplogrupę R1a1 chromosomu męskiego „Y”, która wywodzi się z obszarów zamieszkiwanych przez plemiona Sarmatów. W wielu państwach europejskich znajdujemy „nosicieli” tej haplogrupy, jednak wariancja sekwencji rejonu mikro satelitarnego chromosomu Y jest większa dla polskiej populacji niż kumulacyjnie dla reszty europejskiej populacji. Cechy Sarmatów odziedziczyliśmy genetycznie czy to się komukolwiek podoba czy nie.
Umiłowanie do wolności i sprawiedliwości Polacy roznieśli po całym świecie. Pod hasłem „ Za wolność naszą i waszą” żołnierze polscy walczyli na frontach praktycznie wszystkich wojen. Do tej pory na Haiti używane jest określenie „odważny jak Polak” i czczone są miejsca ich bohaterskich czynów.
Każdego, kto choć w niewielkiej mierze interesuje się historią nie trzeba przekonywać o waleczności Polaków udowadnianej we wszystkich wojnach przetaczających się przez terytorium Europy. Waleczność i męstwo naszych przodków, znane były na całym świecie jeszcze do końca Drugiej Wojny Światowej po zakończeniu której, pamięć ta była systematycznie zwalczana zarówno w okupowanym przez komunistów kraju jak i za granicą. W dzisiejszych czasach gdzie skuteczna, wieloletnia manipulacja socjotechniczna doprowadza do wynarodowienia coraz to większej części społeczeństwa nadal widoczna jest w naszym charakterze bojowość i przysłowiowa „porywczość do szabli”. Jest to w dużej mierze następstwem burzliwej historii i ciągłych wojen, które od zarania naszych dziejów były nierozerwalnym elementem życia Polaka. Od dziecka wpajano młodym chłopcom umiejętność walki i co za tym idzie twardość charakteru żołnierskiego wychowania. W rzeczywistości pokolenie osób urodzonych po wojnie jest pierwszym pokoleniem Polaków w całej ponad tysiącletniej historii, które przez tak długi okres nie doświadczyło dotychczas wojny. Na szczęście nowa generacja, wychowana już w postkomunistycznej Polsce zaczyna sięgać do swoich korzeni i patriotyzm znów zaczyna być „na czasie”.
Nie tylko z bronią w ręku nasi przodkowie stawiali czoła niesprawiedliwości i uciskowi. W 1619 roku w Jamestown grupa polskich emigrantów zorganizowała strajk protestując przeciwko dyskryminacji obywateli nie anglosaskiego pochodzenia i niedopuszczeniu ich do lokalnych wyborów. Nikt by się zapewne tym strajkiem nie przejął gdyby nie fakt, że to Polacy byli jedyną grupą wykwalifikowanych fachowców, którzy wykopali pierwszą studnię, założyli tartak, produkcję smoły, konopi, mydła, szkła, płótna i wielu innych towarów. Odmowa sprzedaży produktów i wykonywania pracy zmusiła władze Wirginii do ustąpienia i sądowej deklaracji uznającej racje Polaków (oryginalne orzeczenie sądowe można znaleźć w Bibliotece Kongresu USA). Polacy byli „ojcami” amerykańskiego przemysłu, pierwszymi organizatorami politycznego strajku, a także przywieźli ze sobą z kraju grę w „palanta”, która przerodziła się w amerykański narodowy sport- baseball. Ciekawostką jest tu również fakt, że oryginalnie w języku angielskim nazywano nas „Polonians”, a nie „Poles”(kołki) czy „Polish” (polerować). Określenia te pojawiły się znacznie później i zapewne wyszły z tego samego źródła, co „polskie dowcipy”.
Ci, których los rzucił poza granice naszego kraju widzą na codzień jak wielu z nas potrafiło natychmiast odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nasze cechy narodowe jak pracowitość, wytrwałość, uczciwość i zaradność przynoszą efekty materialne wbrew obiegowym „historyjkom” stwarzanym by rozbić nasze poczucie wartości. Według statystyk firmy ubezpieczeniowej „Met life”, jako grupa etniczna plasujemy się na 3-4 miejscu, jeśli chodzi o ilość posiadanych domów i największych wkładów oszczędnościowych w USA. Pojęcie patriotyzmu w 21-szym wieku musi łączyć się nierozerwalnie z poprawą swojej sytuacji finansowej i bliską współpracą w tej dziedzinie z członkami naszej grupy etnicznej. Tylko w ten sposób będziemy w stanie stworzyć silny, stabilny i zjednoczony naród.
Nie przypadkowo moje przemyślenia zatytułowałem „Polemos pater panton” (Walka jest ojcem wszech rzeczy). Sformułowanie to wypowiedziane przez Heraklita 500 lat przed naszą erą jest tak samo aktualne teraz i odnosi się zarówno do świata fizyki atomowej jak i stosunków międzyludzkich. Walka o wolność i suwerenność przeniosła się z okopów i szańców na obszar, w którym karabin zastąpiła pomysłowość i wiedza, a amunicję praca i wytrwałość w dążeniu do celu. Pozostało sięgnąć do korzeni i jak starożytni Sarmaci zjednoczyć się we wspólnej walce. Przecież jesteśmy w tym dobrzy!?
Marek Wysocki
Jak nie wiadomo o co chodzi....

Polonia - Artur Grodger
Zapewne każdy z Państwa zetknął się z potocznymi poglądami krążącymi wśród naszej grupy społecznej dotyczącymi rzekomych przywar naszego Narodu. Określenia: „z Polakami nic się nie da zrobić”, „My Polacy jesteśmy narodem kłótliwym”, „Jak znajdzie się dwóch Polaków to są, co najmniej trzy opinie”, „Nie pomagamy sobie, a raczej jeszcze utrudniamy nawzajem życie”. Można by tak wyliczać do znudzenia używając coraz to drastyczniejszych i bardziej wulgarnych uogólnień. Najśmieszniejsze,(lub jak kto woli najtragiczniejsze) w tym jest to, że opinia ta krąży wśród nas samych. Wystarczy zapytać co o nas myślą inni, chociażby nasi amerykańscy sąsiedzi i zobaczymy całkiem inny obraz. Dowiemy się, że kojarzą nas z pracowitością, zaradnością, dobrym wychowaniem, gustownym ubiorem, wykształceniem, a nawet bogactwem. Można oczywiście znaleźć jeszcze takich, którzy pamiętają koniec lat sześćdziesiątych i okres „polskich dowcipów”, które przywiozła ze sobą „fala” przymusowej emigracji z Polski, ale nawet i tam dowcipy te straciły sens w zderzeniu z rzeczywistością. Dlaczego więc, sami o sobie mamy tak zdeformowany osąd? Oczywiście każda społeczność, w rozumieniu narodowym czy lokalnym, zawiera jakiś procent osób niekoniecznie spełniających „normy”. Polska społeczność nie różni się tu od innych. Jedną zasadniczą różnicą może być fakt tak szybkiej, w znaczeniu historycznym, degeneracji samooceny Polaków. Jeszcze 300 lat temu uważaliśmy się za elitę narodów Świata i choć można by zapewne z tym polemizować w kwestii formalnej, nie przeszkadzało to rzeszom Polaków czuć się dumnym z obywatelstwa Rzeczpospolitej.
Historia naszego kraju nasycona jest wieloma nieszczęśliwymi wydarzeniami, które najczęściej powiązane były wspólnym mianownikiem. Cel polityczny trzech sąsiadów Polski, którzy w 1772 roku postanowili oderwać od Rzeczpospolitej znaczne obszary ziemi wraz z infrastrukturą, majątkiem i paroma milionami obywateli, przesłoniły olbrzymie zyski materialny osiągnięte poprzez przejęcie ziem polskich. Plan rozbiorów narodził się na dworach „naszych sąsiadów” dużo wcześniej. Od lat z zazdrością spoglądali na dynamiczny rozwój naszej gospodarki i silną armię, która ratowała co jakiś czas „świat chrześcijański” przed zakusami heretyckich rycerzy krzyżowych czy armii spod znaku półksiężyca. Polacy, jako jedyni w historii, w 1610 roku po rozgromieniu pod Kłuszynem kilkukrotnie przeważającej liczebnie armii Rosji i Szwecji, przejęli kontrolę nad Rosją. Było to swego rodzaju ostrzeżeniem dla dworów państw ościennych, które zaczęły prowadzić politykę osłabienia państwa polskiego. Nie powstrzymało to jednak króla Jana Sobieskiego od udzielenia w 1683 roku pomocy Austrii i odparciu Turków osmańskich spod Wiednia. Decyzja ta, choć zgodna z polską zasadą pomocy „braciom chrześcijanom” okazała się zgubna w skutkach, gdy Austria już niecałe sto lat później stała się jednym z trzech zaborców przejmując od Polski prawie 130,000 kilometrów kwadratowych i ponad 4 miliony mieszkańców. Turcja natomiast pozostała jedynym z państw świata, które nigdy nie uznały rozbiorów Polski i przy każdej prezentacji ambasadorów i dyplomatów na dworze sułtana ostentacyjnie powtarzano: „Poseł Lechistanu jeszcze nie przybył”. Jak to się stało, że potęga gospodarcza i militarna, jaką była Rzeczpospolita zniknęła z mapy świata na prawie dwieście lat? Odpowiedź można zawrzeć w jednym słowie- Zdrada! Dlaczego?- dla pieniędzy!
W tragicznych dla Narodu Polskiego wydarzeniach, aspekt materialny odgrywał zawsze najważniejszą rolę często będąc ponad powodami politycznymi czy nawet względami fizycznego przetrwania. Zdrada Targowicy, której następstwem były rozbiory Polski, miała na celu anulowanie postanowień Konstytucji 3 Maja. Zawiązana była przez osoby, które wolały stracić niepodległość, niż zmniejszyć swoje wpływy i dochody materialne. Wolność odzyskana w 1918 roku, już dwa lata później zagrożona została napaścią Armii Czerwonej. Podczas gdy cały naród stanął do broni wielu z naszych przywódców uciekło, łącznie z Józefem Piłsudskim, który 12 sierpnia 1920 złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza na ręce Wincentego Witosa, jako premiera. Witos dymisji tej nie ujawnił bojąc się o utratę morale walczących na froncie oddziałów. Po zwycięstwie Piłsudski staje się zwycięzcą wojny, gdy rzeczywisty bohater generał Rozwadowski wraz z innymi dowódcami ginie w niewyjaśnionych okolicznościach po „przewrocie majowym” obalającym demokratycznie wybrany rząd Rzeczpospolitej. Druga Wojna Światowa rozpoczyna się od zdradzieckiego ataku „naszych sąsiadów”, którzy łamiąc pakty o nie agresji rozdzierają Polskę na dwie strefy okupacyjne dokonując czwartego rozbioru naszego kraju. Nasi „papierowi sojusznicy” pomimo wcześniejszych zapewnień i podpisania wojskowych porozumień, pozostawiają Polskę walczącą samotnie i skazaną na porażkę w nierównej walce z dwoma zbrodniczymi reżimami- Faszyzmem i Stalinizmem. Chociaż Francuzi „nie chcieli umierać za Gdańsk” kilka tysięcy Polaków ginie w walkach o Francję, a po jej upadku broni Wysp Brytyjskich w powietrznej „Wojnie o Anglię”. Zapłatą za to stały się uzgodnienia z Jałty oddające Polskę w niewolę Stalina, który bezwzględnie tłumi wszelkie przejawy świadomości narodowej w „kraju przy wiślańskim”. W roku 1981 po raz kolejny Polacy stają do nierównej walki z obcym zniewoleniem tylko po to by zostać zdradzonym przez „grubą kreskę”, Magdalenkę i „okrągły stół”. Oczywiście większość z nas pamięta dobrze te wydarzenia, których skutki dla naszego kraju odczuwalne są do dzisiaj. Znów miliony Polaków opuszcza Polskę wyjeżdżając za chlebem lub w wyniku szykanów skierowanych przeciwko nim za udział w działalności konspiracyjnej. Znów powstaje elita, która jak przed zaborami goni za własnym interesem bogacąc się na oszustwach, nepotyzmie i nieuczciwości. Polski przemysł doprowadzany jest do upadku i wyprzedawany za bezcen w ręce zagranicznych koncernów, złoża gazu łupkowego oddane do eksploatacji obcym kapitałom podobnie jak rynek finansowy, a nawet produkcja żywności.
Czy możemy coś zrobić żeby to zmienić? Zapewne to samo pytanie zadawali sobie nasi rodacy w 1772 roku przed rozbiorami Polski. Dzisiaj nie musimy jeszcze chwytać z broń, czy uciekać się do przemocy. W obecnej dobie patriotyzm wyrażać się powinien zainteresowaniem i czynnym udziałem w działalność organizacji, które integrują nas, jako społeczność powiązaną wspólnym interesem. Zwłaszcza, jeśli wybraliśmy życie na emigracji powinniśmy, wzorem innych grup etnicznych scalić swoje wysiłki, aby poprawić sobie życie i sytuację materialną. Członkowie diaspory Polskiej z poprzednich pokoleń pozostawili po sobie Domy Narodowe, kościoły i polskie szkoły my powinniśmy rozbudować te instytucje i zaangażować się we wspólne dzieło odnowy znaczenia politycznego Polaków na świecie.
35 lat temu polski ksiądz, Longin Tołczyk rozumiał potrzebę integracji Polaków zamieszkujących wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Stawiając czoła nieprzychylności władz miasta i agenturze komunistycznej walczącej otwarcie z jakimkolwiek działaniom patriotycznym. Stworzył dwie instytucje, które rozwinęły się w największe na świecie organizacje polonijne. Centrum Polsko-Słowiańskie zrzeszające ponad 40 tysięcy członków i Unię Polsko-Słowiańską zrzeszającą ponad 70 tysięcy członków. Władza w tych organizacjach niestety od lat sprawowana jest przez osoby niedbające o polski interes. W wyborach do Rad Dyrektorów udział bierze znikoma ilość członków, a osoby zajmujące tam stanowiska pozostają na nich przez 10-15 lat odrywając się od rzeczywistych problemów i bolączek nowej emigracji. Zainteresowanie działalnością tych organizacji jest wśród Polaków znikome, co wynika bezpośrednio z planowego działania zarządów bojących się utraty lukratywnych pozycji i splendoru, jakie im te pozycje dodają. Oczywiście nie chodzi tu tylko o zaszczyty. Polsko-Słowiańska Unia Kredytowa posiada ponad 1,5 miliarda dolarów w aktywach i około 590 milionów zainwestowanych wbrew założeniom statutu tej organizacji w inwestycje niemające nic wspólnego z naszą grupą etniczną i nieprzynoszące praktycznie dochodu. 1,63 % zysku, jaki otrzymujemy w skali rocznej z tych pieniędzy nie pokrywa nawet oficjalnie ogłoszonej stopy inflacji. Pieniądze te powinny natychmiast być w większości przekazane na pożyczki i inwestycje w lokalną społeczność.
Często konflikty pomiędzy Polakami przedstawiane są, jako wewnętrzne zatargi wypływające z kłótliwego charakteru czy genetycznej wręcz złośliwości. Jeśli jednak spojrzymy na to w kontekście historycznym obejmującym teraźniejszość zrozumiemy, że: „jak nie wiadomo, o co chodzi- to chodzi o pieniądze”. Wystarczy zainteresować się i aktywnie wziąć udział w historii, która dzieje się teraz. Nie popełnijmy, więc błędów poprzednich pokoleń i po prostu nie dajmy się więcej okradać.
Marek Wysocki
Polak brzmi dumnie

Obchody 600 lecia Victorii pod Grunwaldem Manhattan NY lipiec 2010
Rok 2010 jest rokiem szczególnym dla wszystkich Polaków. Zapisał się w historii straszliwą katastrofą pod Smoleńskiem , która po raz kolejny pozbawiła Polskę wielu z jej najlepszych synów i córek. W roku tym obchodziliśmy też rocznice najważniejszych, decydujących o losach całego świata Polskich Zwycięstw
Pamięć, o tych tak odległych w czasie wydarzeniach, zawsze utrzymywana była w sercach Polaków. „Ku pokrzepieniu serc” pisali o nich najwięksi polscy pisarze i poeci. Historie, często opowiadane przy rodzinnych stołach przekazywane były z pokolenia na pokolenie i w czasach gdy nasz naród cierpiał pod jarzmem okupantów pozwalały przetrwać z nadzieją na odzyskanie niepodległości.
Dzięki tym Wielkim Zwycięstwom świat znał Polaka jako bohaterskiego wojownika, człowieka honoru o odwadze nieraz graniczącej z szaleństwem. Bitnego żołnierza, który jako pierwszy wypowiedział „Za wolność waszą i naszą” i wierny tej maksymie przelewał krew we wszystkich zakątkach świata.
Każde z pokoleń Polaków, w duchu obrony tych samych wartości, o które walczyli nasi przodkowie, stawało z bronią w ręku stawiając czoła niejednokrotnie przeważającym siłom wroga. W czasie pokoju duma narodowa wypływająca z pamięci tamtych wydarzeń spajała nas i pozwalała z honorem i podniesionym czołem przetrwać okres reżimu sowieckiego pomimo represji i oficjalnej propagandy upodlenia narodu.
Pierwszym z tych wydarzeń jest Bitwa pod Grunwaldem stoczona w 1410 roku. Bezspornie uznana za największą bitwę średniowiecza, zmieniła równowagę sił w ówczesnym świecie. Europa podzielona przez dwa oddzielnie funkcjonujące papiestwa i despotycznie rządzona przez Cesarstwo Rzymsko-Niemieckie zdobyła nową potęgę gospodarczo-militarną w postaci Unii Polski z Litwą. Przegrana niemieckiego zakonu Krzyżaków licznie wspieranego przez rycerstwo z całej zachodniej Europy zachamowała na długi okres germańskie parcie na wschód. Następstwem bitwy było też błyskotliwe zwycięstwo polskiej dyplomacji pod wodzą genialnego Pawła Włodkowica. Wprowadził on do kanonów prawa międzynarodowego podwaliny systemu będącego modelem do dziś używanym w republikańskich demokracjach.
Rok 1610 upamiętnił się zwycięstwem, które ze względów propagandowych ukrywane było przed Polakami przez cały okres reżimu sowieckiego. Okolice Kłuszyna stały się miejscem rozbicia przeważających sił cara Rosji i w następstwie przejęcia władzy nad krajem. Polska Husaria była jedynym wojskiem w historii, które wkroczyło zwycięskie do Moskwy, a dzień wycofania się naszej armii z Rosji jest dzisiaj narodowym świętem federacji.
Wojna 1920 roku, podobnie jak zwycięstwo pod Kłuszynem, przez długie lata była tematem „tabu” w historiografii polskiej. Całkowite rozgromienie Armii Czerwonej przez Polskę zaprzepaściło plany Lenina na rozprzestrzenienie bolszewickiej rewolucji na cały świat. Udowodniło też państwom Europy zachodniej, że Polska po 123 latach zaborów i zaledwie dwuletniej państwowości jest sprawnie i spójnie działającym narodem.
W Polsce obchody tych wielkich wydarzeń zorganizowano z rozmachem i wielkimi nakładami. W inscenizacji bitwy pod Grunwaldem wzięły udział tysiące uczestników, a oglądała ją publiczność z całej Europy, która tłumnie zjechała do Polski. Kłuszyn niestety nie doczekał się już tak hucznych obchodów, a wojna 20 roku, chociaż bogato upamiętniona, nie obeszła się bez kontrowersyjnego odsłonięcia pomnika czerwonoarmistów, które zbulwersowało opinię publiczną.
Dla nas, Polaków żyjących poza granicami kraju, pamięć o tych Zwycięstwach jest nadzwyczaj ważna. Tak jak poprzedzającym nas pokoleniom pomagać powinna w integracji i zrozumieniu wspólnych wartości jako nierozerwalnego spoiwa naszej grupy etnicznej. Powinna pomagać w przezwyciężeniu pozornych różnic i przypominać o odpowiedzialności przeniesienia jej w przyszłe pokolenia. Powinna w końcu uświadamiać, że Polakiem nie jest ten kto mówi po polsku, ale ten kto wyznaje wartości, za które nasi przodkowie gotowi byli umrzeć.
W 1910 roku, w Polsce pod zaborami, liczne tłumy przybyły na odsłonięcie pomnika upamiętniającego Zwycięstwo Grunwaldzkie w jego 500 lecie. Do Krakowa przybyło 150 tysięcy Polaków z różnych części rozczłonkowanej ojczyzny. By zamanifestować swoją polskość narażali się na groźby represji ze strony zaborców. Ignacy Paderewski, fundator pomnika, wygłosił płomienne przemówienie przepełnione patriotyzmem i akcentami odzyskania wolności. Przez 123 lata Polska zniknęła z mapy świata, a jej obywatele stali się częściami państw o innych kulturach, językach, systemach finansowych i gospodarczych, potrafili jednak odnaleźć wspólny cel w tym patriotycznym zrywie.
Szczególna okazja świętowania 600 lecia Viktorii Grunwaldzkiej zaistniała dla Polaków mieszkających w okolicach metropolii nowojorskiej z racji, posiadania w Central Parku na Manhattanie pomnika sławiącego to wydarzenie. Pomnik ten, przedstawiający Króla Jagiełłę, pozostał w Nowym Jorku w 1939 roku jako jeden z eksponatów polskiej ekspozycji na Wystawę Światową. Z powodu wybuchu wojny pomnik nie powrócił do Polski, a w 1946 roku, dzięki staraniom grupy patriotów, stanął na eksponowanym miejscu w parku.
Ponieważ od lat pasjonuje mnie historia zmagań militarnych, ze zniecierpliwieniem oczekiwałem obchodów zwycięstwa nad Krzyżakami, wierząc, że jedna z licznych polskich organizacji podejmie się tego przedsięwzięcia. Dla mojego syna i moich amerykańskich znajomych byłaby to dobra lekcja historii, uświadamiająca, że oszczercza propaganda antypolska wywodzi się z bezpodstawnej nienawiści, a twórcy „polskich dowcipów” to perfidni kłamcy oczerniający naród o bogatej bohaterskiej przeszłości. Jakże wielkie było moje rozczarowanie gdy na niecałe dwa miesiące przed rocznicą dowiedziałem się, że żadna z organizacji nie będzie organizować obchodów. Na szczęście udało mi się zebrać parę osób, z którymi postanowiliśmy zrobić obchody prywatnie. Chociaż czas naglił, przy pomocy wielu życzliwych rodaków udało nam się zorganizować upamiętnienie tego ważnego zwycięstwa. Wiele osób poświęciło swój czas ale szczególne podziękowanie za ciężką pracę przy organizowaniu obchodów należy się Pani Małgorzacie Stanco-McGarth i Panom John Czop, Piotrowi Nawrotowi, Janowi Sołowiejowi i Krzysztofowi Nowakowi. Przedsięwzięcie nasze zgromadziło liczny tłum Polskich Patriotów i nawet Polski Konsulat uświetnił obchody obecnością Pani Konsul Małgorzaty Kozik. Sporą ilość publiczności stanowili przypadkowi przechodnie, którzy od ubranych w średniowieczne stroje dziewczyn dowiadywali się czego dotyczą obchody, rozdawane były też broszury w języku angielskim. Krótki czas i brak doświadczenia w organizowaniu tego typu przedsięwzięć postawił przed nami wiele wyzwań, ale podziękowania (nieraz z łzami w oczach)obecnych na obchodach uświadomiły mi jak wielka potrzeba istnieje w naszym środowisku na organizowanie patriotycznych i integrujących poczynań promujących nasze osiągnięcia. Zrodziło się też wiele pytań i wątpliwości dlaczego doświadczone i majętne polskie organizacje nic nie zorganizowały. Był, co prawda koncert z tej okazji w Katedrze Świętego Patryka, ale też zorganizowany przez osobę prywatną. Obchody tak ważnej rocznicy zdarzają się przecież tylko raz na 100 lat, a tu w Ameryce żadne represje za ich organizowanie nie grożą, rodacy natomiast, tłumnie zjawią się jak przed 100 laty w Krakowie by przypomnieć sobie, że „Polak – brzmi dumie”. Rozmowy w gronie przyjaciół coraz częściej zaczęły schodzić na problemy związane z naszym życiem lokalnym i jak wpływają one na nas i przyszłość naszych dzieci. Dyskusje, szukanie powodów i porównywanie do innych grup etnicznych, które radzą sobie lepiej niż my, nie miały końca. Sprowokowało mnie to do głębszego zainteresowania się sytuacją. Lektura artykułów w prasie graniczyła nieraz z lekturą dreszczowca to znowu tragi-komedii. Sądy na niebotyczne sumy, wyrzucanie z członkostwa niewygodnych osób, kłótnie z byle powodu, obrzucanie się najgorszymi epitetami, a wszystko kosztem naszego środowiska i dobrego imienia. Kto jest za to wszystko odpowiedzialny? Ja. Tak, ale Ty czytelniku ponosisz nie mniejszą winę. To wszystko przez to, że stojąc obok wydarzeń nie masz na nie wpływu. To przez to, że nie widzimy powodu żeby coś z tym robić- bo po co? Co ja z tego będę miał? Zobaczmy więc co Mógłbyś mieć.
Nasza Unia Kredytowa posiada 1 miliard 350 milionów w aktywach (zgodnie z Prezesem Panem Tomaszem Bortnikiem, który potwierdził to w jesiennym wydaniu Kwartalnika PSFUK) Unia jest organizacją „Non for Profit” znaczy to, że jej dochody powinny być w całości przekazywane członkom i organizacjom ją sponsorującym. Za pieniądze te nasze dzieci i my moglibyśmy uczestniczyć w niepłatnych lub bardzo tanich programach nauki języków, tańca, muzyki, obsługi komputera ale też nauki otwierania i prowadzenia własnego interesu. Stworzyć należałoby też program na wzór Anti-Defamtion League, który zająłby się piętnowaniem anty-polskich informacji podawanych w prasie i promocją nas jak grupy etnicznej. Mamy ku temu stworzoną organizację- Centrum Polsko Słowiańskie, które zrzesza 47 tysięcy członków. Jeśli jeszcze do niej nie należysz- najwyższy czas żeby to zrobić. Centrum prowadzi co prawda parę programów, ale zgodnie ze stroną internetową CPS większość z nich jest zawieszona. Natomiast wojna w Radzie Dyrektorów zawieszona nie jest, a osoby które chcą coś zmienić, jak chociażby Pani Halina Zawadski są natychmiast wyrzucane. Nawet Pan Tomasz Bortnik, Prezes Unii Kredytowej wyraził ostatnio swoje niezadowolenie stanem rzeczy w Centrum i propozycjami niedemokratycznych zmian w statucie wzywając członków do głosowania przeciw. Niestety wielu z członków tak jak ja otrzymało baloty w ostatnim dniu, a informacja o przedłużeniu terminu do nich nie doszła więc udziału w głosowaniu wziąć nie mogli. Zmiany statutowe są niewątpliwe konieczne. Zapewniać muszą demokratyczny status organizacji, a także usprawnić działanie. Jako członek Centrum chciałbym aby te zmiany zapewniły członkom możliwość większej kontroli nad działaniami Rady Dyrektorów. Pozwoliły na to aby dyrektor, który nie sprawdza się na swoim stanowisku mógł zostać z niego usunięty w wyniku wyborów po okresie trzech, a nie sześciu lat kadencji. Komisja Nominacyjna jest tworem nie demokratycznym w organizacji społecznej. Członkowie jedynie, jako właściciele organizacji, mają prawo do wybierania i nominowania do Rady poprzez oddanie swojego głosu. Każdy Dyrektor jeśli chce pozostać na następną kadencję powinien pozyskać aprobatę członków poprzez bezpośredni z nimi kontakt podczas zbierania podpisów. Dla popularnych i oddanych działaczy będzie to bezproblemowe dla nieuczciwych bariera nie do przebrnięcia. Zmiana i uściślenie zasad usuwania z członkostwa zabezpieczy przed autorytatywnym pozbywaniem się „niewygodnych” ludzi z organizacji, co miało miejsce w przeszłości. Zakaz sądzenia się na wzajem na rzecz ugody przez Radę Rozjemczą zaoszczędziłby setki tysięcy dolarów dotychczas wydawanych na prawników i sądy.
Pan Tomasz Bortnik opisał w jesiennym wydaniu Kwartalnika PSFUK sytuację w Fundacji Kulturalnej w Clark. Wspomniał, że jest tam aż 20 osób w Radzie Dyrektorów. Możliwe, że taka ilość ludzi jest potrzebna do prowadzenia tej organizacji. Członkowie jednak mają prawo do wszystkich informacji dotyczących działalności Rady łącznie z tym ile ich kosztuje rocznie utrzymanie każdego z Dyrektorów, może wtedy zadecydują o zmniejszeniu ilości osób jeśli suma ta będzie zbyt wysoka. Podobne informacje muszą być dostępne we wszystkich naszych organizacjach członkowskich. Mam nadzieję, że Pan Prezes Bortnik widząc problemy w zarządzaniu innych organizacji rozpocznie też, tak oczekiwane przez członków, reformy w naszej Unii . Rada Dyrektorów Unii, pod wodzą Pana Bortnika powinna jako pierwsza dać przykład innym organizacjom i ujawnić członkom w szczegółowy sposób swoje wydatki oraz wydatki Unii na sprawy nie związane z działalnością finansową. Wiele informacji o procesowanie się ze swoimi członkami i olbrzymich sumach wydawanych przez Unie Kredytową na drogich adwokatów mogłoby przestać nurtować naszą społeczność. Członkowie, jako właściciele Unii mają przecież prawo do decydowania o swojej własności. Do tej pory członkowie zmuszeni byli do zbierania podpisów pod petycjami aby nakłonić Radę do dialogu na tematy kontrowersyjne, a i to choć zapewnione statutem Unii, nie wpływało na zmianę pozycji Dyrektorów wobec członków. Zamiast dialogu wzywana była policja. Zmiany statutu konieczne są w Centrum ale i Rada Dyrektorów Unii Kredytowej ma wiele do zrobienia, żeby stać się znów organizacją kierowaną wolą członków.
Sprawy dotyczące naszych problemów lokalnych wydawać się mogą nieistotne i drugoplanowe, zwłaszcza w dzisiejszym świecie pełnym problemów życia codziennego. W wielkich wydarzeniach historycznych, o których pisałem wcześniej, brali udział nasi przodkowie. Nie byli to „jacyś tam ludzie” mówiący podobnym językiem, ale tak jak my teraz, ludzie uwikłani w codzienność swoich czasów. Choć wydarzenia te dzielą od nas setki lub dziesiątki lat to przecież nasi bliscy krewni brali w nich udział. Potrafili oni zrozumieć, że są częścią jednej wspólnoty spojonej tymi samymi wartościami i dla dobra swojego i nas jako przyszłych pokoleń stanąć do walki z przeciwnościami. Mam nadzieję, że wszyscy uświadomimy sobie, że jesteśmy częścią historii i możemy poprzez swoje działanie zmienić jej bieg tak jak zrobili to nasi pra-ojcowie. Przypomnijmy innym że „Polak- brzmi dumie”
Marek Wysocki
Pamięć, o tych tak odległych w czasie wydarzeniach, zawsze utrzymywana była w sercach Polaków. „Ku pokrzepieniu serc” pisali o nich najwięksi polscy pisarze i poeci. Historie, często opowiadane przy rodzinnych stołach przekazywane były z pokolenia na pokolenie i w czasach gdy nasz naród cierpiał pod jarzmem okupantów pozwalały przetrwać z nadzieją na odzyskanie niepodległości.
Dzięki tym Wielkim Zwycięstwom świat znał Polaka jako bohaterskiego wojownika, człowieka honoru o odwadze nieraz graniczącej z szaleństwem. Bitnego żołnierza, który jako pierwszy wypowiedział „Za wolność waszą i naszą” i wierny tej maksymie przelewał krew we wszystkich zakątkach świata.
Każde z pokoleń Polaków, w duchu obrony tych samych wartości, o które walczyli nasi przodkowie, stawało z bronią w ręku stawiając czoła niejednokrotnie przeważającym siłom wroga. W czasie pokoju duma narodowa wypływająca z pamięci tamtych wydarzeń spajała nas i pozwalała z honorem i podniesionym czołem przetrwać okres reżimu sowieckiego pomimo represji i oficjalnej propagandy upodlenia narodu.
Pierwszym z tych wydarzeń jest Bitwa pod Grunwaldem stoczona w 1410 roku. Bezspornie uznana za największą bitwę średniowiecza, zmieniła równowagę sił w ówczesnym świecie. Europa podzielona przez dwa oddzielnie funkcjonujące papiestwa i despotycznie rządzona przez Cesarstwo Rzymsko-Niemieckie zdobyła nową potęgę gospodarczo-militarną w postaci Unii Polski z Litwą. Przegrana niemieckiego zakonu Krzyżaków licznie wspieranego przez rycerstwo z całej zachodniej Europy zachamowała na długi okres germańskie parcie na wschód. Następstwem bitwy było też błyskotliwe zwycięstwo polskiej dyplomacji pod wodzą genialnego Pawła Włodkowica. Wprowadził on do kanonów prawa międzynarodowego podwaliny systemu będącego modelem do dziś używanym w republikańskich demokracjach.
Rok 1610 upamiętnił się zwycięstwem, które ze względów propagandowych ukrywane było przed Polakami przez cały okres reżimu sowieckiego. Okolice Kłuszyna stały się miejscem rozbicia przeważających sił cara Rosji i w następstwie przejęcia władzy nad krajem. Polska Husaria była jedynym wojskiem w historii, które wkroczyło zwycięskie do Moskwy, a dzień wycofania się naszej armii z Rosji jest dzisiaj narodowym świętem federacji.
Wojna 1920 roku, podobnie jak zwycięstwo pod Kłuszynem, przez długie lata była tematem „tabu” w historiografii polskiej. Całkowite rozgromienie Armii Czerwonej przez Polskę zaprzepaściło plany Lenina na rozprzestrzenienie bolszewickiej rewolucji na cały świat. Udowodniło też państwom Europy zachodniej, że Polska po 123 latach zaborów i zaledwie dwuletniej państwowości jest sprawnie i spójnie działającym narodem.
W Polsce obchody tych wielkich wydarzeń zorganizowano z rozmachem i wielkimi nakładami. W inscenizacji bitwy pod Grunwaldem wzięły udział tysiące uczestników, a oglądała ją publiczność z całej Europy, która tłumnie zjechała do Polski. Kłuszyn niestety nie doczekał się już tak hucznych obchodów, a wojna 20 roku, chociaż bogato upamiętniona, nie obeszła się bez kontrowersyjnego odsłonięcia pomnika czerwonoarmistów, które zbulwersowało opinię publiczną.
Dla nas, Polaków żyjących poza granicami kraju, pamięć o tych Zwycięstwach jest nadzwyczaj ważna. Tak jak poprzedzającym nas pokoleniom pomagać powinna w integracji i zrozumieniu wspólnych wartości jako nierozerwalnego spoiwa naszej grupy etnicznej. Powinna pomagać w przezwyciężeniu pozornych różnic i przypominać o odpowiedzialności przeniesienia jej w przyszłe pokolenia. Powinna w końcu uświadamiać, że Polakiem nie jest ten kto mówi po polsku, ale ten kto wyznaje wartości, za które nasi przodkowie gotowi byli umrzeć.
W 1910 roku, w Polsce pod zaborami, liczne tłumy przybyły na odsłonięcie pomnika upamiętniającego Zwycięstwo Grunwaldzkie w jego 500 lecie. Do Krakowa przybyło 150 tysięcy Polaków z różnych części rozczłonkowanej ojczyzny. By zamanifestować swoją polskość narażali się na groźby represji ze strony zaborców. Ignacy Paderewski, fundator pomnika, wygłosił płomienne przemówienie przepełnione patriotyzmem i akcentami odzyskania wolności. Przez 123 lata Polska zniknęła z mapy świata, a jej obywatele stali się częściami państw o innych kulturach, językach, systemach finansowych i gospodarczych, potrafili jednak odnaleźć wspólny cel w tym patriotycznym zrywie.
Szczególna okazja świętowania 600 lecia Viktorii Grunwaldzkiej zaistniała dla Polaków mieszkających w okolicach metropolii nowojorskiej z racji, posiadania w Central Parku na Manhattanie pomnika sławiącego to wydarzenie. Pomnik ten, przedstawiający Króla Jagiełłę, pozostał w Nowym Jorku w 1939 roku jako jeden z eksponatów polskiej ekspozycji na Wystawę Światową. Z powodu wybuchu wojny pomnik nie powrócił do Polski, a w 1946 roku, dzięki staraniom grupy patriotów, stanął na eksponowanym miejscu w parku.
Ponieważ od lat pasjonuje mnie historia zmagań militarnych, ze zniecierpliwieniem oczekiwałem obchodów zwycięstwa nad Krzyżakami, wierząc, że jedna z licznych polskich organizacji podejmie się tego przedsięwzięcia. Dla mojego syna i moich amerykańskich znajomych byłaby to dobra lekcja historii, uświadamiająca, że oszczercza propaganda antypolska wywodzi się z bezpodstawnej nienawiści, a twórcy „polskich dowcipów” to perfidni kłamcy oczerniający naród o bogatej bohaterskiej przeszłości. Jakże wielkie było moje rozczarowanie gdy na niecałe dwa miesiące przed rocznicą dowiedziałem się, że żadna z organizacji nie będzie organizować obchodów. Na szczęście udało mi się zebrać parę osób, z którymi postanowiliśmy zrobić obchody prywatnie. Chociaż czas naglił, przy pomocy wielu życzliwych rodaków udało nam się zorganizować upamiętnienie tego ważnego zwycięstwa. Wiele osób poświęciło swój czas ale szczególne podziękowanie za ciężką pracę przy organizowaniu obchodów należy się Pani Małgorzacie Stanco-McGarth i Panom John Czop, Piotrowi Nawrotowi, Janowi Sołowiejowi i Krzysztofowi Nowakowi. Przedsięwzięcie nasze zgromadziło liczny tłum Polskich Patriotów i nawet Polski Konsulat uświetnił obchody obecnością Pani Konsul Małgorzaty Kozik. Sporą ilość publiczności stanowili przypadkowi przechodnie, którzy od ubranych w średniowieczne stroje dziewczyn dowiadywali się czego dotyczą obchody, rozdawane były też broszury w języku angielskim. Krótki czas i brak doświadczenia w organizowaniu tego typu przedsięwzięć postawił przed nami wiele wyzwań, ale podziękowania (nieraz z łzami w oczach)obecnych na obchodach uświadomiły mi jak wielka potrzeba istnieje w naszym środowisku na organizowanie patriotycznych i integrujących poczynań promujących nasze osiągnięcia. Zrodziło się też wiele pytań i wątpliwości dlaczego doświadczone i majętne polskie organizacje nic nie zorganizowały. Był, co prawda koncert z tej okazji w Katedrze Świętego Patryka, ale też zorganizowany przez osobę prywatną. Obchody tak ważnej rocznicy zdarzają się przecież tylko raz na 100 lat, a tu w Ameryce żadne represje za ich organizowanie nie grożą, rodacy natomiast, tłumnie zjawią się jak przed 100 laty w Krakowie by przypomnieć sobie, że „Polak – brzmi dumie”. Rozmowy w gronie przyjaciół coraz częściej zaczęły schodzić na problemy związane z naszym życiem lokalnym i jak wpływają one na nas i przyszłość naszych dzieci. Dyskusje, szukanie powodów i porównywanie do innych grup etnicznych, które radzą sobie lepiej niż my, nie miały końca. Sprowokowało mnie to do głębszego zainteresowania się sytuacją. Lektura artykułów w prasie graniczyła nieraz z lekturą dreszczowca to znowu tragi-komedii. Sądy na niebotyczne sumy, wyrzucanie z członkostwa niewygodnych osób, kłótnie z byle powodu, obrzucanie się najgorszymi epitetami, a wszystko kosztem naszego środowiska i dobrego imienia. Kto jest za to wszystko odpowiedzialny? Ja. Tak, ale Ty czytelniku ponosisz nie mniejszą winę. To wszystko przez to, że stojąc obok wydarzeń nie masz na nie wpływu. To przez to, że nie widzimy powodu żeby coś z tym robić- bo po co? Co ja z tego będę miał? Zobaczmy więc co Mógłbyś mieć.
Nasza Unia Kredytowa posiada 1 miliard 350 milionów w aktywach (zgodnie z Prezesem Panem Tomaszem Bortnikiem, który potwierdził to w jesiennym wydaniu Kwartalnika PSFUK) Unia jest organizacją „Non for Profit” znaczy to, że jej dochody powinny być w całości przekazywane członkom i organizacjom ją sponsorującym. Za pieniądze te nasze dzieci i my moglibyśmy uczestniczyć w niepłatnych lub bardzo tanich programach nauki języków, tańca, muzyki, obsługi komputera ale też nauki otwierania i prowadzenia własnego interesu. Stworzyć należałoby też program na wzór Anti-Defamtion League, który zająłby się piętnowaniem anty-polskich informacji podawanych w prasie i promocją nas jak grupy etnicznej. Mamy ku temu stworzoną organizację- Centrum Polsko Słowiańskie, które zrzesza 47 tysięcy członków. Jeśli jeszcze do niej nie należysz- najwyższy czas żeby to zrobić. Centrum prowadzi co prawda parę programów, ale zgodnie ze stroną internetową CPS większość z nich jest zawieszona. Natomiast wojna w Radzie Dyrektorów zawieszona nie jest, a osoby które chcą coś zmienić, jak chociażby Pani Halina Zawadski są natychmiast wyrzucane. Nawet Pan Tomasz Bortnik, Prezes Unii Kredytowej wyraził ostatnio swoje niezadowolenie stanem rzeczy w Centrum i propozycjami niedemokratycznych zmian w statucie wzywając członków do głosowania przeciw. Niestety wielu z członków tak jak ja otrzymało baloty w ostatnim dniu, a informacja o przedłużeniu terminu do nich nie doszła więc udziału w głosowaniu wziąć nie mogli. Zmiany statutowe są niewątpliwe konieczne. Zapewniać muszą demokratyczny status organizacji, a także usprawnić działanie. Jako członek Centrum chciałbym aby te zmiany zapewniły członkom możliwość większej kontroli nad działaniami Rady Dyrektorów. Pozwoliły na to aby dyrektor, który nie sprawdza się na swoim stanowisku mógł zostać z niego usunięty w wyniku wyborów po okresie trzech, a nie sześciu lat kadencji. Komisja Nominacyjna jest tworem nie demokratycznym w organizacji społecznej. Członkowie jedynie, jako właściciele organizacji, mają prawo do wybierania i nominowania do Rady poprzez oddanie swojego głosu. Każdy Dyrektor jeśli chce pozostać na następną kadencję powinien pozyskać aprobatę członków poprzez bezpośredni z nimi kontakt podczas zbierania podpisów. Dla popularnych i oddanych działaczy będzie to bezproblemowe dla nieuczciwych bariera nie do przebrnięcia. Zmiana i uściślenie zasad usuwania z członkostwa zabezpieczy przed autorytatywnym pozbywaniem się „niewygodnych” ludzi z organizacji, co miało miejsce w przeszłości. Zakaz sądzenia się na wzajem na rzecz ugody przez Radę Rozjemczą zaoszczędziłby setki tysięcy dolarów dotychczas wydawanych na prawników i sądy.
Pan Tomasz Bortnik opisał w jesiennym wydaniu Kwartalnika PSFUK sytuację w Fundacji Kulturalnej w Clark. Wspomniał, że jest tam aż 20 osób w Radzie Dyrektorów. Możliwe, że taka ilość ludzi jest potrzebna do prowadzenia tej organizacji. Członkowie jednak mają prawo do wszystkich informacji dotyczących działalności Rady łącznie z tym ile ich kosztuje rocznie utrzymanie każdego z Dyrektorów, może wtedy zadecydują o zmniejszeniu ilości osób jeśli suma ta będzie zbyt wysoka. Podobne informacje muszą być dostępne we wszystkich naszych organizacjach członkowskich. Mam nadzieję, że Pan Prezes Bortnik widząc problemy w zarządzaniu innych organizacji rozpocznie też, tak oczekiwane przez członków, reformy w naszej Unii . Rada Dyrektorów Unii, pod wodzą Pana Bortnika powinna jako pierwsza dać przykład innym organizacjom i ujawnić członkom w szczegółowy sposób swoje wydatki oraz wydatki Unii na sprawy nie związane z działalnością finansową. Wiele informacji o procesowanie się ze swoimi członkami i olbrzymich sumach wydawanych przez Unie Kredytową na drogich adwokatów mogłoby przestać nurtować naszą społeczność. Członkowie, jako właściciele Unii mają przecież prawo do decydowania o swojej własności. Do tej pory członkowie zmuszeni byli do zbierania podpisów pod petycjami aby nakłonić Radę do dialogu na tematy kontrowersyjne, a i to choć zapewnione statutem Unii, nie wpływało na zmianę pozycji Dyrektorów wobec członków. Zamiast dialogu wzywana była policja. Zmiany statutu konieczne są w Centrum ale i Rada Dyrektorów Unii Kredytowej ma wiele do zrobienia, żeby stać się znów organizacją kierowaną wolą członków.
Sprawy dotyczące naszych problemów lokalnych wydawać się mogą nieistotne i drugoplanowe, zwłaszcza w dzisiejszym świecie pełnym problemów życia codziennego. W wielkich wydarzeniach historycznych, o których pisałem wcześniej, brali udział nasi przodkowie. Nie byli to „jacyś tam ludzie” mówiący podobnym językiem, ale tak jak my teraz, ludzie uwikłani w codzienność swoich czasów. Choć wydarzenia te dzielą od nas setki lub dziesiątki lat to przecież nasi bliscy krewni brali w nich udział. Potrafili oni zrozumieć, że są częścią jednej wspólnoty spojonej tymi samymi wartościami i dla dobra swojego i nas jako przyszłych pokoleń stanąć do walki z przeciwnościami. Mam nadzieję, że wszyscy uświadomimy sobie, że jesteśmy częścią historii i możemy poprzez swoje działanie zmienić jej bieg tak jak zrobili to nasi pra-ojcowie. Przypomnijmy innym że „Polak- brzmi dumie”
Marek Wysocki