O pokrętnej afirmacji słowa "Polonia" - czyli pomyje po PRL-u

Mirosława Kruszewska
(zostaw komentarz)
Mieszanie definicji pojęć, bezmyślne przejmowanie i rozpowszechnianie terminologii zrodzonej pod sowieckim jarzmem – czy to na zasadzie ignorancji, czy też świadomie przejętej od Sowietów manipulacji słowami – stało się w dzisiejszej Polsce, istną plagą.
Właśnie takim obróbkom i manipulacjom poddawane jest nieustannie, znienawidzone przez całą powojenną emigrację, słowo „Polonia”. A stało się tak dlatego, że ta przeogromna fala emigracji politycznej po II wojnie światowej nie chciała identyfikować się z żadną „Polonią”, a już najmniej z tą, wyjętą jakby żywcem, z nowelek Sienkiewicza, która wyruszała z Polski „za chlebem” i podpisywała krzywymi krzyżykami.
Dziewiętnastowieczny, Sienkiewiczowski model emigranta, zupełnie nie przystawał do następujących po nim nowych generacji wygnańców. Był wręcz gwałtownym jej zaprzeczeniem. Co więcej, sto kilkadziesiąt tysięcy wykwalifikowanego i zaprawionego w ciężkich bojach polskiego żołnierza, które po roku 1945 zostało nagle jakby zawieszone w próżni, na obcej ziemi – ludzi do ostatka zdesperowanych, bezsilnych w poczuciu jawnej zdrady, bez żadnej nadziei na powrót do Ojczyny, przehandlowanej cynicznie w Teheranie i Jałcie – stanowiło nie lada zagrożenie dla tzw. „aliantów”. Aliantów, którzy w istocie okazali się zdrajcami.
Te sto kilkadziesiąt tysięcy patriotów, sprzedanych na długie lata w niewolę, z czego wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, znalazło się z bronią w ręku pośród świata celebrującego radośnie własne uwolnienie spod niemieckiej okupacji. Jedna iskra wystarczyła, aby stało się nieszczęście.
Władysław Pobóg-Malinowski w swej „Najnowszej Historii Politycznej Polski” (Londyn 1960), wspomina o zabiegach, jakich dokonywało dowództwo polskie, by nie doszło do „jakichś wystąpień ze strony polskiego wojska”, które, jak na ironię, wyzwalało bohatersko inne kraje, a samo zostało pozbawione Ojczyzny (Zob. Władysław Pobóg-Malinowski, „Najnowsza Historia Polityczna Polski”, tom trzeci, s. 865).
Wraz z upływem lat, zagrożenie ideologiczne ze strony zwartych szeregów patriotycznej emigracji polskiej dla „kierowników” PRL-u wcale nie osłabło. Trzeba było coś z tym zrobić. Przede wszystkim, pomniejszyć rolę emigracji politycznej w oczach reszty Polaków – tych pozostających w bezpośrednim zasięgu sowieckiego knuta w Polsce i tych z wcześniejszych rzutów emigracyjnych. Należało zbagatelizować i zdewaluować masy emigracyjne, odebrać im polityczną i historyczną tożsamość.
PRL-owscy parweniusze polityczni mieli szczęście. Akurat, na podorędziu znalazło się gotowe słowo – słowo „Polonia”. Było ono pojęciem z tradycjami, wygodnym, elastycznym i pojemnym, a przy tym łatwo wpadającym w ucho. Wystarczyło tylko trochę je podszlifować, podrasować i puścić na nowo w obieg w nieco wykrzywionym znaczeniu. Sprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Jakżeby inaczej! Już sam Lenin sprawdził to w praktyce, ucząc swoje hordy, że „kłamstwo wiele razy powtarzane, staje się prawdą”.
Nowe znaczenie słowa „Polonia”, ukute w połowie dwudziestego wieku, jak i czas jego rozpowszechniania się, są dość dobrze udokumentowane.
Uprzednio, słowo „Polonia” oznaczało łacińską nazwę Polski, przyjętą również w tej postaci przez wiele obcych języków. Często można spotkać określenie „Polonia” jako narodową personifikację Polski. Symboliczne nazwanie kraju żeńskim imieniem po łacinie, było popularne w dziewiętnastym wieku, na przykład: Germania, Brytania. Natomiast od drugiej połowy wieku dziewiętnastego „Polonia” była terminem używanym na określenie tej części emigracji polskiej, która osiedlała się z własnej i nieprzymuszonej woli, poza ziemiami etnicznie polskimi, głównie na zachód od Polski. „Polonią” nazywało się odtąd tych wszystkich, którzy bez względu na kraj urodzenia, osiedlenia i znajomość, lub najczęściej zupełny brak znajomości języka polskiego, posiadają bardzo nikłą świadomość polskiego pochodzenia, lecz do niej z jakichś powodów, okazjonalnie się przyznają. „Polonia” taka, posiadając już niewiele cech polskich, stała się dawno integralną częścią miejscowych społeczności kraju osiedlenia, a jej związki z Macierzą oparte są głównie na więzi sentymentalno-emocjonalnej.
Inaczej rzecz się miała z Polakami oraz ich potomkami, mieszkającymi na ziemiach, tzw. utraconych, na wschód od Polski, które po 1939 roku przestały wchodzić w skład państwa polskiego. Argumentem za takim stanowiskiem jest stwierdzenie, że ludzie ci nie wyjechali z Polski, tylko zmieniły się granice kraju i to Ojczyzna ich „opuściła”. Oni sami też uznają się za Polaków, a nie za „Polonię”. Podobnie rzecz ma się z polską emigracją polityczną, która mając na względzie sowietyzację Polski, albo do Polski nie wróciła po wojnie, albo z niej uciekła w późniejszych latach.
Przypomnijmy. Wychodźstwo z Polski zapoczątkowała emigracja po klęskach powstań narodowych – głównie do Francji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Niemiec, Ameryki Płn. Od drugiej połowy XIX wieku do roku 1939 wyruszała na Zachód masowa emigracja zarobkowa – robotnicy głównie do Francji, Belgii i Niemiec, chłopi do USA, Kanady, Brazylii i Argentyny. To oni właśnie stali się „Polonią”. Po II wojnie światowej poza Polską znalazła się ponownie ogromna rzesza emigracji politycznej, a w latach 80-tych wydostało się za granicę około miliona Polaków, uzyskując status uchodźców politycznych.
Emigracja wojenna i powojenna, jak również ta ostatnia, z lat „Solidarności”, uznając przejściowy charakter emigracji politycznej, przeciwstawiała się zawsze zaliczaniu siebie do społeczności „polonijnej”. Powojenna emigracja polska nie utożsamiała się nigdy z emigracją ekonomiczną, czyli tzw. „Polonią”, nie asymilowała się w kraju osiedlenia, nie zmieniała obywatelstwa i nie przyjmowała obcych dokumentów. Do dziś przetrwali starzy weterani, którzy wciąż legitymują się tzw. paszportami nansenowskimi.
Poszerzony termin „Polonia” – ten w reżimowym znaczeniu – został ukuty dla doraźnych potrzeb politycznych tzw. Polski Rzeczpospolitej Ludowej czyli reżimowego PRL. Należało przede wszystkim, w jakiś sposób zaszufladkować tych, którzy odmawiali powrotu do prosowieckiej Polski. Określić ich przede wszystkim w sposób stricte negatywny, a jednocześnie taki, aby całkiem przed nimi nie zatrzaskiwać drzwi. Bo to dalej byli jednak Polacy, ale jakby tej gorszej kategorii. Nadal byli potrzebni do wspomagania twardą walutą swojej ubogiej Macierzy, ale już samo określenie, które im przydzielono, samo ich nazwanie, wskazywało i sugerowało, że nie są to Polacy „pełnej krwi”, że jest to ta wstydliwa, pośledniejsza, jakby odrzucona od głównego pnia, linia genealogiczna narodu. W dodatku, naznaczona jakimś piętnem Kainowym, przekleństwem odtrącenia. W ten sposób starano się jednocześnie dowartościować samych siebie, uwięzionych na stałe w sowieckiej Polsce bez prawa swobodnego opuszczania jej.
Odtąd „Polonia”, to Polacy rozproszeni, Polacy-tułacze, Polacy w niegustownych, kraciastych marynarkach z tanim cygarem w ustach, popisujący się swoim amerykańskim akcentem – nieobyci farmerzy, prymitywni półanalfabeci z kabzą wypchaną dolarami, ciemne chłopstwo, cymbały ze zgniłego Zachodu. Wizerunek jakże pesymistyczny, ponury, smutny... I właśnie o to chodziło, aby tak pesymistycznie byli odbierani. Polacy w kraju, radośni i zadowoleni, i oni tam - ta druga kategoria Polaków: prymitywni, samotni, wyobcowani z własnego wyboru i nostalgicznie wpatrzeni we własne, nierealne już od dawna, marzenia. Tak właśnie miała być skonstruowana „Polonia” na użytek ówczesnych władców Polski. Czasem tylko, na bardzo krótko, zmieniano płytę na inną, a mianowicie wtedy, gdy chodziło o doraźną pomoc finansową wypasionej „Polonii”, głównie amerykańskiej, dla kraju, ale trwało to zawsze bardzo krótko.
Gdy taki przedstawiciel klasycznej „Polonii” amerykańskiej pojawiał się, na przykład, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, nad Wisłą, to się go obwoziło i pokazywało, jak rzadki eksponat antropologiczny z epoki przedlodowcowej. Po cichu, złośliwie, podśmiewano się z tego prehistorycznego gatunku. Nikt jednak nie gardził przywiezionymi przez niego dolarami ani upominkami, które wyrywano sobie w małpim zachwycie z rąk.
Oczywiście, do PRL-u mogli przyjeżdżać bezpiecznie jedynie przedstawiciele tego rzutu emigracji polskiej, która swoimi poglądami, ani zachowaniem politycznym, nigdy nie miała okazji narazić się komunie. Jej przodkowie opuścili ziemie polskie na długo przed sowiecką okupacją kraju. Te dinozaury „Polonijne” nie miały na ogół pojęcia o niczym, co się w Starym Kraju dzieje. Już propaganda peerelowska dobrze nad tym czuwała! Przybywali, więc „Polonusi” z różnych krajów, by odwiedzić ziemię prapradziadów, uronić łzę krokodylą w zachwycie, „jaka ta polska ziemia piękna”, obowiązkowo rozrzucić worek jednodolarówek wśród krewniaków z pomniejszych wsi i pipidówek i wyjechać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oraz ulgi do siebie. Tak: „do siebie”, bo oni w Polsce czuli się dziwnie, nieswojo, obco. Nie pasowali do niej ani językowo, ani kulturowo. Ich ojczyzna za oceanem była znacznie bliższa ich sercu. Może nie tak czysta i przytulna, jak Stary Kraj, ale własna, wygodna i amerykańska. Tam „Polonia” jest u siebie. Inaczej rzecz ma się z Polakami.
Nowe inicjatywy, które tworzą się obecnie poza granicami Polski, coraz częściej używają dziś słowa „POLSKI”, a nie „POLONIJNY”. I słusznie, bo słowo „POLSKI” od razu wskazuje na bezpośredni związek z krajem pochodzenia. Dokładniej: słowo „POLONIA” zaledwie na ten związek luźno wskazuje, podczas gdy słowo „POLSKI” z krajem ściśle identyfikuje.
Jest jeszcze wprawdzie gdzieniegdzie prasa POLONIJNA, telewizja i radio POLONIA w odróżnieniu od POLSKIEGO radia i telewizji w Warszawie, ale są to raczej anachronizmy i przyzwyczajenia lingwistyczne z minionych lat. Współcześnie, coraz wiecej jest inicjatyw nowych, powstających i nazywających się POLSKIMI. Jest Związek Harcerstwa POLSKIEGO, a nie polonijnego, jest Telewizja POLSKA w USA, są POLSKIE kościoły i POLSKIE sklepy, są POLSKIE centra kulturalne. Zaczynamy być głośno POLAKAMI i jesteśmy dumni z tego że jesteśmy POLAKAMI, a nie sztucznym plemieniem POLONIJNYM z bliżej nieokreślonego kraju Polonia. Bo my nim nie jesteśmy! Nas takimi zrobili inni dla swego własnego widzimisię. Zrobili to, aby pozbawić nas tożsamości. Zrobili to, aby zaprzeczyć naszemu istnieniu w świecie, wdeptać w błoto, wymazać z pamięci historycznej, unicestwić.
Wzajemny stosunek Polski lat powojennych do „Polonii” i Polaków za granicą zawsze był, jak ktoś słusznie zauważył, taki, jak bajkowej macochy do Kopciuszka.Krajowa dyplomacja często traktowała Polonusów, jak intruzów lub wręcz unikała kontaktów ze środowiskami polonijnymi i emigracyjnymi. Podobnie, dzieje się i dzisiaj. Ludzie wyznaczeni z ramienia III Rzeczpospolitej do kontaktów z emigracją polską, są typowani wciąż jakby na zasadzie prowokacji – np. bardzo problematyczne powołanie Marka Borowskiego na szefa Sejmowej Komisji d/s Współpracy z Polonią, co spotkało się z gwałtownym protestem środowisk emigracyjnych, uprzednio przez tego pana pracowicie inwigilowanych. Wiele mówi też fakt, że prezydent Kwaśniewski nigdy z Polonią w USA się nie spotkał, a z Żydami zawsze. Z kolei, pan Radek Sikorski, obecny minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej, popisał się opracowaniem oficjalnej listy, która dokładnie wylicza politykom Rzeczpospolitej, z kim wolno im się spotykać, a z kim nie, komu można otworzyć podwoje konsulatów i ambasad, a kogo nie wpuszczać. Wpuszczać można „Polonię”, nie wpuszczać Polaków-emigrantów, patriotów! Jest gdzieś na Internecie pełna lista osób non grata, które według Sikorskiego wciąż stanowią dla obecnej Polski i jej establishmentu polityczne niebezpieczeństwo. Ta lista jest hańbą dla całej III Rzeczpospolitej i jej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Od roku 2002, drugiego maja, obchodzone jest w Polsce święto Polonii. W tym dniu pojawia się zwykle w telewizji Marszałek Senatu i wygłasza orędzie do obywateli, w którym zawarty jest wątek „Polonii” i opieki, jaką państwo polskie zobowiązane jest roztaczać nad „Polonią” na obczyźnie. Mówi się o tym, jak to Polska pomaga emigrantom oraz jak to Senat RP wiele robi w tej kwestii, „wywiązuje się” i tak dalej. Dobrze znane trele-morele. Byłoby lepiej, gdyby w ogóle tego święta nie było.
Według danych statystycznych, poza terytorium Polski mieszka ponad 20 milionów Polaków i osób pochodzenia polskiego. Aktualna populacja ludności w Polsce wynosi nieco ponad 38 mln Polaków (stan na 2009 r.), lecz liczba ta wciąż maleje. Wkrótce okaże się, że Polaków przebywających za granicą, powtarzam: Polaków, a nie „Polonii”, tych, którzy nigdynie zatracili swej polskości, języka, tradycji, nie da się dłużej ignorować. Wcześniej czy później okaże się, że trzeba będzie przeprosić za to wszystko, co się im uczyniło. Polacy za granicą okazać się mogą przecież jeszcze bardzo pomocni w potrzebie. Potencjał emigracji polskiej jest bowiem ogromny.
Pomoc emigracji polskiej zawsze szła do Polski. Nigdy odwrotnie. Taka też była zawsze potrzeba chwili. Szła do Polski pomoc finansowa, medyczna, żywnościowa. Dzisiaj, ze zdumieniem dowiadujemy się, że to Polska wspierała „Polonię” a nie odwrotnie. I tak, w elektronicznym wydaniu „Nowego Dziennika” z dnia 7 stycznia 2010 r., w artykule „Polska chce wspierać „Polonię” czytamy nie wierząc wprost własnym oczom:
„Polska zmieni swoją politykę wobec Polonii. Polacy mieszkający za granicą nie będą już traktowani jako petenci, biernie oczekujący na pieniądze z Warszawy. Mają być partnerami wspólnie realizującymi strategiczne cele.
W przygotowanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych nowych zasadach współpracy z Polonią i Polakami za granicą odwołano się do znanego powiedzenia prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Kennedy'ego. W zamieszczonej w dokumencie wersji brzmi ono: "Nie pytaj, co Polska może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla Polski".
Wiceminister spraw zagranicznych Jan Borkowski, przedstawiając program posłom Sejmowej Komisji do spraw Kontaktów z Polonią, podkreślił, że chodzi o uzyskanie skutecznego poparcia Polonii dla polskiej racji stanu i polskiej polityki zagranicznej. Jest też ważne, aby Polacy nauczyli się walczyć o siebie w państwach, w których mieszkają, nie czekali na – jak to nazwał – "łatwe" pieniądze z Warszawy.
Maciej Szymanowski z MSZ powiedział, że jest potrzebne prawdziwe partnerstwo między ojczyzną a diasporą. Wyjaśniał, że tradycyjne i "bezrefleksyjne" powtarzanie zapewnień o pełnym poparciu dla Polonii doprowadziło do niekorzystnych skutków ubocznych, a w skrajnych wypadkach do wykształcenia się "zawodu Polak" – czyli do przekonania, że państwo polskie jest zobowiązane do utrzymywania działaczy polonijnych, którzy polskość będą podtrzymywać dopóty, dopóki Warszawa będzie na to łożyć.
MSZ podkreśla jednocześnie konieczność poprawy wizerunku Polaków za granicą, ich pozycji w miejscowych społeczeństwach. Wskazuje na konieczną polityczną mobilizację Polonii, udział w lokalnych wyborach, organizacjach i partiach politycznych. W założeniach nowej polityki wobec Polonii podkreślono, że kierowana z ojczyzny "oferta współpracy musi respektować fakt politycznego zróżnicowania poglądów i powinna dotyczyć spraw pozostających poza kwestią sympatii politycznych". Na świecie jest blisko 10 tysięcy rozmaitych organizacji polonijnych. Rządowy Program Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą ma być gotowy do końca stycznia (...)”
Artykuł, podpisany wstydliwie inicjałami JMS, sygnowała dodatkowo PAP (Polska Agencja Prasowa). Tekst dostępny jest na Internecie (http://www.dziennik.com/news/polska/7610),a pod nim znajdują się komentarze czytelników. „To ci heca!” – piszą komentatorzy pod artykułem. Ktoś z oburzeniem próbuje sprostować tę zupełnie niezrozumiałą, ociekającą nienawiścią do polskiej emigracji, propagandę. Ktoś inny przypomina, jak to emigracja ratowała zawsze Polskę w czasach I i II wojny, potem w czasie zalewu sowietyzmu, by w końcu wesprzeć wybuch „Solidarności”. Nikt nigdy za to emigracji nie podziękował. Wręcz odwrotnie – III Rzeczpospolita wymyślała coraz to bardziej wyrafinowane szykany, o których komunie się nawet nie śniło. Wystarczy przypomnieć absurdalne zatrzymywanie ludzi na lotniskach w Polsce za to, że jako obywatele obcych państw podróżują na zagranicznych paszportach, a nie na polskich. Sprawy te do dziś nie zostały oficjalnie uregulowane. Wciąż przy wjeździe do Polski pada sakramentalne pytanie „czy posiada pan/pani dokumenty polskie?”. Z drugiej strony, przybysze z Polski „za darmochę” podróżują sobie do USA czy Kanady na koszt polskich organizacji, dostają sute kieszonkowe na osobiste wydatki, wyciągają ręce prosząc nieustannie o dotacje na różne cele i ciągle im mało, i nigdy końca nie widać.
Szczytem perfidii tej, iście po gebbelsowsku skonstruowanej publikacji, jest zdanie: "państwo polskie jest zobowiązane do utrzymywania działaczy polonijnych, którzy polskość będą podtrzymywać dopóty, dopóki Warszawa będzie na to łożyć."
A więc, nareszcie w końcu dowiadujemy się nagiej prawdy, a mianowicie, że te wszystkie, ufundowane z takim poświęceniem przez uchodźstwo polskie organizacje, instytuty, muzea, biblioteki, wydawnictwa, archiwa, kościoły, szkoły, były w istocie sfinansowane przez naszą biedną matkę-Polskę!
I tak oto na nowo zaglądamy w ślepia Stalinowi – temu, co wiecznie żywy, oczywiście.
Jacy to, na Boga Ojca, „działacze polonijni” pozostają na utrzymaniu rządu znad Wisły wszyscy, niestety, dobrze wiedzą. Otóż, wśród emigracji polskiej egzystują od lat ludzie, którzy zostali wyekspediowani przez komunę na Zachód z określonym zadaniem do wykonania, a tym zadaniem było infiltrowanie wszystkich środowisk polskich, znajdujących się poza granicami kraju. Przywieźli ze sobą pieniądze i kontakty. Pozakładali własne biznesy albo też czekały już na nich odpowiednio przygotowane posady w różnych instytucjach. Ofiarą tych manipulacji padły nawet takie potężne instytucje, jak Fundacja Kościuszkowska czy Instytut Piłsudskiego w USA. Większość z tych „działaczy” siedzi na ogół cicho i wszelkimi sposobami zwalcza na przykład wszelkie próby lustracji, których emigracja głośno się domaga. Ich działalność była w przeszłości koordynowana przez oficerów prowadzących, usytuowanych w konsulatach i w ambasadach. Dziś niewiele się zmieniło. Obecnie, praktycznie we wszystkich organizacjach i mediach polskiej emigracji, siedzą starzy TW (Tajni Współpracownicy), którzy tworzą dzisiaj zgraną, wpływową i świetnie zamaskowaną grupę, której jednym z największych sukcesów była marginalizacja wpływów oraz unicestwienie polskiego lobby, jak też aktywne skłócanie i rozbijanie emigracji, co świetnie im udało. Kontrolują oni bowiem, teraz wszystkie poziomy życia emigracyjnego, kościołów nie wyłączając (są tam m.in. bardzo gorliwymi parafianami). Stosunkowo niedawno głośna była sprawa Andrzeja Czumy, obecnie byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Przeciw tej nominacji protestowała cała polska emigracja wychodźcza, która dobrze pamięta, jak to pan Czuma rozbił i rozpędził na cztery wiatry potężną organizacje patriotyczną POMOST, której centrala mieściła się w Chicago. W Nowym Jorku natomiast, trwają nieustanne walki oraz intrygi wokół dwóch największych organizacji: Centrum Polsko-Słowiańskiego oraz Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Obie te instytucje zostały opanowane przez sitwę małżeństwa Kamińskich. Adwokat o polskim nazwisku, Andrzej Kamiński, bardzo skutecznie żeruje na środowisku polskim, zakładając dziesiątki spraw sądowych pod pozorem pomocy Polakom. Innym razem, sam wytacza procesy Polakom, oskarżając niezależnych działaczy o antysemityzm. Pisze też na Polaków donosy do władz amerykańskich, denuncjując własnych klientów, którzy zwrócili się do niego o pomoc w uregulowaniu spraw emigracyjnych, co kończyło się często deportacją ludzi, którzy mu zaufali.
Dzięki zdecydowanej akcji polskiego prawnika, Dariusza Michalskiego, usunięto Kamińskiego z Zarządu Unii Kredytowej. Władze z Waszyngtonu narzuciły zarząd komisaryczny nad PSFUK. Trwało to jednak krótko. Ostatnio Kamiński został na nowo powołany do Komisji Rewizyjnej Unii. Ma on tam ciągle swoich totumfackich, ludzi tego samego sortu. Ktoś trafnie określił, że ta sytuacja przypomina zatrudnienie lisa w kurniku. Jedną z pierwszych decyzji Zarządu PSFUK, było usunięcie dotychczasowego, doświadczonego i cieszącego się dobra opinią Dyrektora Wykonawczego Unii – i to na kilka miesięcy przed wygaśnięciem jego kontraktu, co w konsekwencji może Unię kosztować nawet kilkaset tysięcy dolarów rekompensaty.
Wskutek tych niekończących się procesów sądowych, prowokowanych nieustannie przez Kamińskiego, Unia traci rokrocznie miliony dolarów, które można byłoby przeznaczyć na bardziej godne cele – na pomoc różnym emigracyjnym organizacjom, stypendia dla zdolnej młodzieży polskiego pochodzenia, konserwację polskich archiwów, muzeów czy bibliotek, a nawet na akcje charytatywne, np. na zorganizowanie domów spokojnej starości dla seniorów.
żona prawnika Kamińskiego, Bożena, jest wiceprezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej im.in. to z jej inicjatywy zrezygnowano w KPA z akcji lustracji działaczy polonijnych. Kamińska przy takim zapleczu i przy świetnych układach w konsulacie RP jest praktycznie nienaruszalna. Jej samowola w zarządzaniu Centrum Polsko-Słowiańskim doprowadziła jednak do gwałtownych protestów i obecnie zbierane są podpisy pod wnioskiem o rozliczenie Kamińskiej z jej działalności i o doprowadzenie do usunięcia tej pani ze stanowiska, które okupuje ona bezprawnie, od dawna przekroczywszy limit określony statutem organizacji non-profit.
To bezprawie wśród emigracji polskiej nie byłoby możliwe, gdyby istniały niezależne polskie media i niezależny przepływ informacji. Niestety, sytuacja w mediach jest podobna. Polskie studio TV w Nowym Jorku od wielu lat okupowane jest przez, skompromitowanego w czasie stanu wojennego w Polsce jaruzelskiej, speakera TVP, Janusza Jóźwiaka, który przyjechał do USA z określonymi zadaniami. Wiele miejsca w swoim programie poświęca on właśnie promowaniu interesów Kamińskich.
Przykłady rozpanoszenia się agentury postpeerelowskiej wśród emigracji polskiej, ogłupiania środowisk emigracyjnych i rozsadzania ich od środka, można wyliczać bez końca. Ostatnio, popisowym numerem nowojorskiej gazety polskojęzycznej, jakim jest ogólnie skompromitowany „Nowy Dziennik” – który wsławił się m.in. cytowanym powyżej artykułem o rzekomym finansowaniu emigracji przez Polskę, a jeszcze wcześniej intensywnym promowaniem antypolskiej „twórczości” polakożercy, Jana T. Grossa, jak też nieustannymi oskarżeniami Polaków o antysemityzm – była zakrojona na szeroką skalę akcja propagandowa przeciwko znanemu historykowi polskiemu, dr. Sławomirowi Cenckiewiczowi, który, w oparciu o dokumenty IPN, odważył się ujawnić po imieniu i nazwisku byłą SB-cję, wciąż aktywnie obecną wśród emigracji polskiej.
Wandalizm w Archiwach Polonijnych w Orchard Lake, gdzie bezkarnie okrada się emigrację z jej najdroższych pamiątek i muzealiów, niezlustrowana do dziś SB-cja w Kongresie Polonii Amerykańskiej, tolerowanie wtyczek komunistycznych w redakcji „Zgody” – nagłośnione, niestety, już po śmierci jednej z najbardziej niebezpiecznych, Wojciecha Wierzewskiego, redaktora naczelnego „Zgody”, który jednocześnie wywijał, jak chciał, redakcją renomowanego „Dziennika Związkowego” – jawnie destrukcyjne działania małżeństwa Kamińskich, agenturalna działalność Stanisława Trojaniaka (pseud. Piotruś), prowokacje samozwańczego lustratora emigracji, Marka Ciesielczyka, jak też stale powracający temat Andrzeja Czumy i jego roli w rozbiciu POMOST-u, to tylko niektóre z tematów, które stawiają czytelników prasy polskiej, internautów oraz słuchaczy radiowych na równe nogi.
Wielu emigrantów wyjechało z Polski na zawsze, pozostawiając tam opłacone składki na ZUS-y i inne fiskusy. Pozostając na obczyźnie uwolnili oni jednocześnie polski budżet od zmartwień odnośnie kosztów opieki medycznej czy emerytury. Nikt nie oczekuje i nie ma zamiaru czekać na jakieś bliżej nieokreślone zapomogi ze strony polskiego rządu. Więcej, nikt nie chce „opieki” Polski i nie życzy sobie, aby Polska robiła cokolwiek dla niego! To emigracja spełniła swój obowiązek w stosunku do kraju rodzinnego, odejmując sobie od ust i wspomagając Polskę finansowo oraz duchowo w najcięższych dla narodu polskiego chwilach. Wydaje się, że uczyniono tym samym wystarczająco wiele i wystarczająco uczciwe.
Nadszedł czas, który powinien przynieść Polakom-emigrantom zadośćuczynienie za wszystkie upokorzenia, jakie zafundowano im w przeszłości. Upokorzenia, które nie pozwalają nam przejść obok tych spraw obojętnie. To jest bardzo trudne – przezwyciężyć uczucia związane z sowietyzmem. Ale teraz czas jest inny i wszyscy musimy się z tym uporać. Tak w Polsce, jak i poza jej granicami.
Nie jesteśmy i nie bądźmy naiwni, gdy ludzie nikczemni przylepiają nam etykietki i nazwy, których nie chcemy. Wraz ze zmieniającym się ustrojem, zmieniają się poglądy. Wszystko się budzi i rośnie. Tylko Polska nie.
Mirosława Kruszewska
(zostaw komentarz)
Mieszanie definicji pojęć, bezmyślne przejmowanie i rozpowszechnianie terminologii zrodzonej pod sowieckim jarzmem – czy to na zasadzie ignorancji, czy też świadomie przejętej od Sowietów manipulacji słowami – stało się w dzisiejszej Polsce, istną plagą.
Właśnie takim obróbkom i manipulacjom poddawane jest nieustannie, znienawidzone przez całą powojenną emigrację, słowo „Polonia”. A stało się tak dlatego, że ta przeogromna fala emigracji politycznej po II wojnie światowej nie chciała identyfikować się z żadną „Polonią”, a już najmniej z tą, wyjętą jakby żywcem, z nowelek Sienkiewicza, która wyruszała z Polski „za chlebem” i podpisywała krzywymi krzyżykami.
Dziewiętnastowieczny, Sienkiewiczowski model emigranta, zupełnie nie przystawał do następujących po nim nowych generacji wygnańców. Był wręcz gwałtownym jej zaprzeczeniem. Co więcej, sto kilkadziesiąt tysięcy wykwalifikowanego i zaprawionego w ciężkich bojach polskiego żołnierza, które po roku 1945 zostało nagle jakby zawieszone w próżni, na obcej ziemi – ludzi do ostatka zdesperowanych, bezsilnych w poczuciu jawnej zdrady, bez żadnej nadziei na powrót do Ojczyny, przehandlowanej cynicznie w Teheranie i Jałcie – stanowiło nie lada zagrożenie dla tzw. „aliantów”. Aliantów, którzy w istocie okazali się zdrajcami.
Te sto kilkadziesiąt tysięcy patriotów, sprzedanych na długie lata w niewolę, z czego wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, znalazło się z bronią w ręku pośród świata celebrującego radośnie własne uwolnienie spod niemieckiej okupacji. Jedna iskra wystarczyła, aby stało się nieszczęście.
Władysław Pobóg-Malinowski w swej „Najnowszej Historii Politycznej Polski” (Londyn 1960), wspomina o zabiegach, jakich dokonywało dowództwo polskie, by nie doszło do „jakichś wystąpień ze strony polskiego wojska”, które, jak na ironię, wyzwalało bohatersko inne kraje, a samo zostało pozbawione Ojczyzny (Zob. Władysław Pobóg-Malinowski, „Najnowsza Historia Polityczna Polski”, tom trzeci, s. 865).
Wraz z upływem lat, zagrożenie ideologiczne ze strony zwartych szeregów patriotycznej emigracji polskiej dla „kierowników” PRL-u wcale nie osłabło. Trzeba było coś z tym zrobić. Przede wszystkim, pomniejszyć rolę emigracji politycznej w oczach reszty Polaków – tych pozostających w bezpośrednim zasięgu sowieckiego knuta w Polsce i tych z wcześniejszych rzutów emigracyjnych. Należało zbagatelizować i zdewaluować masy emigracyjne, odebrać im polityczną i historyczną tożsamość.
PRL-owscy parweniusze polityczni mieli szczęście. Akurat, na podorędziu znalazło się gotowe słowo – słowo „Polonia”. Było ono pojęciem z tradycjami, wygodnym, elastycznym i pojemnym, a przy tym łatwo wpadającym w ucho. Wystarczyło tylko trochę je podszlifować, podrasować i puścić na nowo w obieg w nieco wykrzywionym znaczeniu. Sprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Jakżeby inaczej! Już sam Lenin sprawdził to w praktyce, ucząc swoje hordy, że „kłamstwo wiele razy powtarzane, staje się prawdą”.
Nowe znaczenie słowa „Polonia”, ukute w połowie dwudziestego wieku, jak i czas jego rozpowszechniania się, są dość dobrze udokumentowane.
Uprzednio, słowo „Polonia” oznaczało łacińską nazwę Polski, przyjętą również w tej postaci przez wiele obcych języków. Często można spotkać określenie „Polonia” jako narodową personifikację Polski. Symboliczne nazwanie kraju żeńskim imieniem po łacinie, było popularne w dziewiętnastym wieku, na przykład: Germania, Brytania. Natomiast od drugiej połowy wieku dziewiętnastego „Polonia” była terminem używanym na określenie tej części emigracji polskiej, która osiedlała się z własnej i nieprzymuszonej woli, poza ziemiami etnicznie polskimi, głównie na zachód od Polski. „Polonią” nazywało się odtąd tych wszystkich, którzy bez względu na kraj urodzenia, osiedlenia i znajomość, lub najczęściej zupełny brak znajomości języka polskiego, posiadają bardzo nikłą świadomość polskiego pochodzenia, lecz do niej z jakichś powodów, okazjonalnie się przyznają. „Polonia” taka, posiadając już niewiele cech polskich, stała się dawno integralną częścią miejscowych społeczności kraju osiedlenia, a jej związki z Macierzą oparte są głównie na więzi sentymentalno-emocjonalnej.
Inaczej rzecz się miała z Polakami oraz ich potomkami, mieszkającymi na ziemiach, tzw. utraconych, na wschód od Polski, które po 1939 roku przestały wchodzić w skład państwa polskiego. Argumentem za takim stanowiskiem jest stwierdzenie, że ludzie ci nie wyjechali z Polski, tylko zmieniły się granice kraju i to Ojczyzna ich „opuściła”. Oni sami też uznają się za Polaków, a nie za „Polonię”. Podobnie rzecz ma się z polską emigracją polityczną, która mając na względzie sowietyzację Polski, albo do Polski nie wróciła po wojnie, albo z niej uciekła w późniejszych latach.
Przypomnijmy. Wychodźstwo z Polski zapoczątkowała emigracja po klęskach powstań narodowych – głównie do Francji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Niemiec, Ameryki Płn. Od drugiej połowy XIX wieku do roku 1939 wyruszała na Zachód masowa emigracja zarobkowa – robotnicy głównie do Francji, Belgii i Niemiec, chłopi do USA, Kanady, Brazylii i Argentyny. To oni właśnie stali się „Polonią”. Po II wojnie światowej poza Polską znalazła się ponownie ogromna rzesza emigracji politycznej, a w latach 80-tych wydostało się za granicę około miliona Polaków, uzyskując status uchodźców politycznych.
Emigracja wojenna i powojenna, jak również ta ostatnia, z lat „Solidarności”, uznając przejściowy charakter emigracji politycznej, przeciwstawiała się zawsze zaliczaniu siebie do społeczności „polonijnej”. Powojenna emigracja polska nie utożsamiała się nigdy z emigracją ekonomiczną, czyli tzw. „Polonią”, nie asymilowała się w kraju osiedlenia, nie zmieniała obywatelstwa i nie przyjmowała obcych dokumentów. Do dziś przetrwali starzy weterani, którzy wciąż legitymują się tzw. paszportami nansenowskimi.
Poszerzony termin „Polonia” – ten w reżimowym znaczeniu – został ukuty dla doraźnych potrzeb politycznych tzw. Polski Rzeczpospolitej Ludowej czyli reżimowego PRL. Należało przede wszystkim, w jakiś sposób zaszufladkować tych, którzy odmawiali powrotu do prosowieckiej Polski. Określić ich przede wszystkim w sposób stricte negatywny, a jednocześnie taki, aby całkiem przed nimi nie zatrzaskiwać drzwi. Bo to dalej byli jednak Polacy, ale jakby tej gorszej kategorii. Nadal byli potrzebni do wspomagania twardą walutą swojej ubogiej Macierzy, ale już samo określenie, które im przydzielono, samo ich nazwanie, wskazywało i sugerowało, że nie są to Polacy „pełnej krwi”, że jest to ta wstydliwa, pośledniejsza, jakby odrzucona od głównego pnia, linia genealogiczna narodu. W dodatku, naznaczona jakimś piętnem Kainowym, przekleństwem odtrącenia. W ten sposób starano się jednocześnie dowartościować samych siebie, uwięzionych na stałe w sowieckiej Polsce bez prawa swobodnego opuszczania jej.
Odtąd „Polonia”, to Polacy rozproszeni, Polacy-tułacze, Polacy w niegustownych, kraciastych marynarkach z tanim cygarem w ustach, popisujący się swoim amerykańskim akcentem – nieobyci farmerzy, prymitywni półanalfabeci z kabzą wypchaną dolarami, ciemne chłopstwo, cymbały ze zgniłego Zachodu. Wizerunek jakże pesymistyczny, ponury, smutny... I właśnie o to chodziło, aby tak pesymistycznie byli odbierani. Polacy w kraju, radośni i zadowoleni, i oni tam - ta druga kategoria Polaków: prymitywni, samotni, wyobcowani z własnego wyboru i nostalgicznie wpatrzeni we własne, nierealne już od dawna, marzenia. Tak właśnie miała być skonstruowana „Polonia” na użytek ówczesnych władców Polski. Czasem tylko, na bardzo krótko, zmieniano płytę na inną, a mianowicie wtedy, gdy chodziło o doraźną pomoc finansową wypasionej „Polonii”, głównie amerykańskiej, dla kraju, ale trwało to zawsze bardzo krótko.
Gdy taki przedstawiciel klasycznej „Polonii” amerykańskiej pojawiał się, na przykład, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, nad Wisłą, to się go obwoziło i pokazywało, jak rzadki eksponat antropologiczny z epoki przedlodowcowej. Po cichu, złośliwie, podśmiewano się z tego prehistorycznego gatunku. Nikt jednak nie gardził przywiezionymi przez niego dolarami ani upominkami, które wyrywano sobie w małpim zachwycie z rąk.
Oczywiście, do PRL-u mogli przyjeżdżać bezpiecznie jedynie przedstawiciele tego rzutu emigracji polskiej, która swoimi poglądami, ani zachowaniem politycznym, nigdy nie miała okazji narazić się komunie. Jej przodkowie opuścili ziemie polskie na długo przed sowiecką okupacją kraju. Te dinozaury „Polonijne” nie miały na ogół pojęcia o niczym, co się w Starym Kraju dzieje. Już propaganda peerelowska dobrze nad tym czuwała! Przybywali, więc „Polonusi” z różnych krajów, by odwiedzić ziemię prapradziadów, uronić łzę krokodylą w zachwycie, „jaka ta polska ziemia piękna”, obowiązkowo rozrzucić worek jednodolarówek wśród krewniaków z pomniejszych wsi i pipidówek i wyjechać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oraz ulgi do siebie. Tak: „do siebie”, bo oni w Polsce czuli się dziwnie, nieswojo, obco. Nie pasowali do niej ani językowo, ani kulturowo. Ich ojczyzna za oceanem była znacznie bliższa ich sercu. Może nie tak czysta i przytulna, jak Stary Kraj, ale własna, wygodna i amerykańska. Tam „Polonia” jest u siebie. Inaczej rzecz ma się z Polakami.
Nowe inicjatywy, które tworzą się obecnie poza granicami Polski, coraz częściej używają dziś słowa „POLSKI”, a nie „POLONIJNY”. I słusznie, bo słowo „POLSKI” od razu wskazuje na bezpośredni związek z krajem pochodzenia. Dokładniej: słowo „POLONIA” zaledwie na ten związek luźno wskazuje, podczas gdy słowo „POLSKI” z krajem ściśle identyfikuje.
Jest jeszcze wprawdzie gdzieniegdzie prasa POLONIJNA, telewizja i radio POLONIA w odróżnieniu od POLSKIEGO radia i telewizji w Warszawie, ale są to raczej anachronizmy i przyzwyczajenia lingwistyczne z minionych lat. Współcześnie, coraz wiecej jest inicjatyw nowych, powstających i nazywających się POLSKIMI. Jest Związek Harcerstwa POLSKIEGO, a nie polonijnego, jest Telewizja POLSKA w USA, są POLSKIE kościoły i POLSKIE sklepy, są POLSKIE centra kulturalne. Zaczynamy być głośno POLAKAMI i jesteśmy dumni z tego że jesteśmy POLAKAMI, a nie sztucznym plemieniem POLONIJNYM z bliżej nieokreślonego kraju Polonia. Bo my nim nie jesteśmy! Nas takimi zrobili inni dla swego własnego widzimisię. Zrobili to, aby pozbawić nas tożsamości. Zrobili to, aby zaprzeczyć naszemu istnieniu w świecie, wdeptać w błoto, wymazać z pamięci historycznej, unicestwić.
Wzajemny stosunek Polski lat powojennych do „Polonii” i Polaków za granicą zawsze był, jak ktoś słusznie zauważył, taki, jak bajkowej macochy do Kopciuszka.Krajowa dyplomacja często traktowała Polonusów, jak intruzów lub wręcz unikała kontaktów ze środowiskami polonijnymi i emigracyjnymi. Podobnie, dzieje się i dzisiaj. Ludzie wyznaczeni z ramienia III Rzeczpospolitej do kontaktów z emigracją polską, są typowani wciąż jakby na zasadzie prowokacji – np. bardzo problematyczne powołanie Marka Borowskiego na szefa Sejmowej Komisji d/s Współpracy z Polonią, co spotkało się z gwałtownym protestem środowisk emigracyjnych, uprzednio przez tego pana pracowicie inwigilowanych. Wiele mówi też fakt, że prezydent Kwaśniewski nigdy z Polonią w USA się nie spotkał, a z Żydami zawsze. Z kolei, pan Radek Sikorski, obecny minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej, popisał się opracowaniem oficjalnej listy, która dokładnie wylicza politykom Rzeczpospolitej, z kim wolno im się spotykać, a z kim nie, komu można otworzyć podwoje konsulatów i ambasad, a kogo nie wpuszczać. Wpuszczać można „Polonię”, nie wpuszczać Polaków-emigrantów, patriotów! Jest gdzieś na Internecie pełna lista osób non grata, które według Sikorskiego wciąż stanowią dla obecnej Polski i jej establishmentu polityczne niebezpieczeństwo. Ta lista jest hańbą dla całej III Rzeczpospolitej i jej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Od roku 2002, drugiego maja, obchodzone jest w Polsce święto Polonii. W tym dniu pojawia się zwykle w telewizji Marszałek Senatu i wygłasza orędzie do obywateli, w którym zawarty jest wątek „Polonii” i opieki, jaką państwo polskie zobowiązane jest roztaczać nad „Polonią” na obczyźnie. Mówi się o tym, jak to Polska pomaga emigrantom oraz jak to Senat RP wiele robi w tej kwestii, „wywiązuje się” i tak dalej. Dobrze znane trele-morele. Byłoby lepiej, gdyby w ogóle tego święta nie było.
Według danych statystycznych, poza terytorium Polski mieszka ponad 20 milionów Polaków i osób pochodzenia polskiego. Aktualna populacja ludności w Polsce wynosi nieco ponad 38 mln Polaków (stan na 2009 r.), lecz liczba ta wciąż maleje. Wkrótce okaże się, że Polaków przebywających za granicą, powtarzam: Polaków, a nie „Polonii”, tych, którzy nigdynie zatracili swej polskości, języka, tradycji, nie da się dłużej ignorować. Wcześniej czy później okaże się, że trzeba będzie przeprosić za to wszystko, co się im uczyniło. Polacy za granicą okazać się mogą przecież jeszcze bardzo pomocni w potrzebie. Potencjał emigracji polskiej jest bowiem ogromny.
Pomoc emigracji polskiej zawsze szła do Polski. Nigdy odwrotnie. Taka też była zawsze potrzeba chwili. Szła do Polski pomoc finansowa, medyczna, żywnościowa. Dzisiaj, ze zdumieniem dowiadujemy się, że to Polska wspierała „Polonię” a nie odwrotnie. I tak, w elektronicznym wydaniu „Nowego Dziennika” z dnia 7 stycznia 2010 r., w artykule „Polska chce wspierać „Polonię” czytamy nie wierząc wprost własnym oczom:
„Polska zmieni swoją politykę wobec Polonii. Polacy mieszkający za granicą nie będą już traktowani jako petenci, biernie oczekujący na pieniądze z Warszawy. Mają być partnerami wspólnie realizującymi strategiczne cele.
W przygotowanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych nowych zasadach współpracy z Polonią i Polakami za granicą odwołano się do znanego powiedzenia prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Kennedy'ego. W zamieszczonej w dokumencie wersji brzmi ono: "Nie pytaj, co Polska może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla Polski".
Wiceminister spraw zagranicznych Jan Borkowski, przedstawiając program posłom Sejmowej Komisji do spraw Kontaktów z Polonią, podkreślił, że chodzi o uzyskanie skutecznego poparcia Polonii dla polskiej racji stanu i polskiej polityki zagranicznej. Jest też ważne, aby Polacy nauczyli się walczyć o siebie w państwach, w których mieszkają, nie czekali na – jak to nazwał – "łatwe" pieniądze z Warszawy.
Maciej Szymanowski z MSZ powiedział, że jest potrzebne prawdziwe partnerstwo między ojczyzną a diasporą. Wyjaśniał, że tradycyjne i "bezrefleksyjne" powtarzanie zapewnień o pełnym poparciu dla Polonii doprowadziło do niekorzystnych skutków ubocznych, a w skrajnych wypadkach do wykształcenia się "zawodu Polak" – czyli do przekonania, że państwo polskie jest zobowiązane do utrzymywania działaczy polonijnych, którzy polskość będą podtrzymywać dopóty, dopóki Warszawa będzie na to łożyć.
MSZ podkreśla jednocześnie konieczność poprawy wizerunku Polaków za granicą, ich pozycji w miejscowych społeczeństwach. Wskazuje na konieczną polityczną mobilizację Polonii, udział w lokalnych wyborach, organizacjach i partiach politycznych. W założeniach nowej polityki wobec Polonii podkreślono, że kierowana z ojczyzny "oferta współpracy musi respektować fakt politycznego zróżnicowania poglądów i powinna dotyczyć spraw pozostających poza kwestią sympatii politycznych". Na świecie jest blisko 10 tysięcy rozmaitych organizacji polonijnych. Rządowy Program Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą ma być gotowy do końca stycznia (...)”
Artykuł, podpisany wstydliwie inicjałami JMS, sygnowała dodatkowo PAP (Polska Agencja Prasowa). Tekst dostępny jest na Internecie (http://www.dziennik.com/news/polska/7610),a pod nim znajdują się komentarze czytelników. „To ci heca!” – piszą komentatorzy pod artykułem. Ktoś z oburzeniem próbuje sprostować tę zupełnie niezrozumiałą, ociekającą nienawiścią do polskiej emigracji, propagandę. Ktoś inny przypomina, jak to emigracja ratowała zawsze Polskę w czasach I i II wojny, potem w czasie zalewu sowietyzmu, by w końcu wesprzeć wybuch „Solidarności”. Nikt nigdy za to emigracji nie podziękował. Wręcz odwrotnie – III Rzeczpospolita wymyślała coraz to bardziej wyrafinowane szykany, o których komunie się nawet nie śniło. Wystarczy przypomnieć absurdalne zatrzymywanie ludzi na lotniskach w Polsce za to, że jako obywatele obcych państw podróżują na zagranicznych paszportach, a nie na polskich. Sprawy te do dziś nie zostały oficjalnie uregulowane. Wciąż przy wjeździe do Polski pada sakramentalne pytanie „czy posiada pan/pani dokumenty polskie?”. Z drugiej strony, przybysze z Polski „za darmochę” podróżują sobie do USA czy Kanady na koszt polskich organizacji, dostają sute kieszonkowe na osobiste wydatki, wyciągają ręce prosząc nieustannie o dotacje na różne cele i ciągle im mało, i nigdy końca nie widać.
Szczytem perfidii tej, iście po gebbelsowsku skonstruowanej publikacji, jest zdanie: "państwo polskie jest zobowiązane do utrzymywania działaczy polonijnych, którzy polskość będą podtrzymywać dopóty, dopóki Warszawa będzie na to łożyć."
A więc, nareszcie w końcu dowiadujemy się nagiej prawdy, a mianowicie, że te wszystkie, ufundowane z takim poświęceniem przez uchodźstwo polskie organizacje, instytuty, muzea, biblioteki, wydawnictwa, archiwa, kościoły, szkoły, były w istocie sfinansowane przez naszą biedną matkę-Polskę!
I tak oto na nowo zaglądamy w ślepia Stalinowi – temu, co wiecznie żywy, oczywiście.
Jacy to, na Boga Ojca, „działacze polonijni” pozostają na utrzymaniu rządu znad Wisły wszyscy, niestety, dobrze wiedzą. Otóż, wśród emigracji polskiej egzystują od lat ludzie, którzy zostali wyekspediowani przez komunę na Zachód z określonym zadaniem do wykonania, a tym zadaniem było infiltrowanie wszystkich środowisk polskich, znajdujących się poza granicami kraju. Przywieźli ze sobą pieniądze i kontakty. Pozakładali własne biznesy albo też czekały już na nich odpowiednio przygotowane posady w różnych instytucjach. Ofiarą tych manipulacji padły nawet takie potężne instytucje, jak Fundacja Kościuszkowska czy Instytut Piłsudskiego w USA. Większość z tych „działaczy” siedzi na ogół cicho i wszelkimi sposobami zwalcza na przykład wszelkie próby lustracji, których emigracja głośno się domaga. Ich działalność była w przeszłości koordynowana przez oficerów prowadzących, usytuowanych w konsulatach i w ambasadach. Dziś niewiele się zmieniło. Obecnie, praktycznie we wszystkich organizacjach i mediach polskiej emigracji, siedzą starzy TW (Tajni Współpracownicy), którzy tworzą dzisiaj zgraną, wpływową i świetnie zamaskowaną grupę, której jednym z największych sukcesów była marginalizacja wpływów oraz unicestwienie polskiego lobby, jak też aktywne skłócanie i rozbijanie emigracji, co świetnie im udało. Kontrolują oni bowiem, teraz wszystkie poziomy życia emigracyjnego, kościołów nie wyłączając (są tam m.in. bardzo gorliwymi parafianami). Stosunkowo niedawno głośna była sprawa Andrzeja Czumy, obecnie byłego ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Przeciw tej nominacji protestowała cała polska emigracja wychodźcza, która dobrze pamięta, jak to pan Czuma rozbił i rozpędził na cztery wiatry potężną organizacje patriotyczną POMOST, której centrala mieściła się w Chicago. W Nowym Jorku natomiast, trwają nieustanne walki oraz intrygi wokół dwóch największych organizacji: Centrum Polsko-Słowiańskiego oraz Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Obie te instytucje zostały opanowane przez sitwę małżeństwa Kamińskich. Adwokat o polskim nazwisku, Andrzej Kamiński, bardzo skutecznie żeruje na środowisku polskim, zakładając dziesiątki spraw sądowych pod pozorem pomocy Polakom. Innym razem, sam wytacza procesy Polakom, oskarżając niezależnych działaczy o antysemityzm. Pisze też na Polaków donosy do władz amerykańskich, denuncjując własnych klientów, którzy zwrócili się do niego o pomoc w uregulowaniu spraw emigracyjnych, co kończyło się często deportacją ludzi, którzy mu zaufali.
Dzięki zdecydowanej akcji polskiego prawnika, Dariusza Michalskiego, usunięto Kamińskiego z Zarządu Unii Kredytowej. Władze z Waszyngtonu narzuciły zarząd komisaryczny nad PSFUK. Trwało to jednak krótko. Ostatnio Kamiński został na nowo powołany do Komisji Rewizyjnej Unii. Ma on tam ciągle swoich totumfackich, ludzi tego samego sortu. Ktoś trafnie określił, że ta sytuacja przypomina zatrudnienie lisa w kurniku. Jedną z pierwszych decyzji Zarządu PSFUK, było usunięcie dotychczasowego, doświadczonego i cieszącego się dobra opinią Dyrektora Wykonawczego Unii – i to na kilka miesięcy przed wygaśnięciem jego kontraktu, co w konsekwencji może Unię kosztować nawet kilkaset tysięcy dolarów rekompensaty.
Wskutek tych niekończących się procesów sądowych, prowokowanych nieustannie przez Kamińskiego, Unia traci rokrocznie miliony dolarów, które można byłoby przeznaczyć na bardziej godne cele – na pomoc różnym emigracyjnym organizacjom, stypendia dla zdolnej młodzieży polskiego pochodzenia, konserwację polskich archiwów, muzeów czy bibliotek, a nawet na akcje charytatywne, np. na zorganizowanie domów spokojnej starości dla seniorów.
żona prawnika Kamińskiego, Bożena, jest wiceprezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej im.in. to z jej inicjatywy zrezygnowano w KPA z akcji lustracji działaczy polonijnych. Kamińska przy takim zapleczu i przy świetnych układach w konsulacie RP jest praktycznie nienaruszalna. Jej samowola w zarządzaniu Centrum Polsko-Słowiańskim doprowadziła jednak do gwałtownych protestów i obecnie zbierane są podpisy pod wnioskiem o rozliczenie Kamińskiej z jej działalności i o doprowadzenie do usunięcia tej pani ze stanowiska, które okupuje ona bezprawnie, od dawna przekroczywszy limit określony statutem organizacji non-profit.
To bezprawie wśród emigracji polskiej nie byłoby możliwe, gdyby istniały niezależne polskie media i niezależny przepływ informacji. Niestety, sytuacja w mediach jest podobna. Polskie studio TV w Nowym Jorku od wielu lat okupowane jest przez, skompromitowanego w czasie stanu wojennego w Polsce jaruzelskiej, speakera TVP, Janusza Jóźwiaka, który przyjechał do USA z określonymi zadaniami. Wiele miejsca w swoim programie poświęca on właśnie promowaniu interesów Kamińskich.
Przykłady rozpanoszenia się agentury postpeerelowskiej wśród emigracji polskiej, ogłupiania środowisk emigracyjnych i rozsadzania ich od środka, można wyliczać bez końca. Ostatnio, popisowym numerem nowojorskiej gazety polskojęzycznej, jakim jest ogólnie skompromitowany „Nowy Dziennik” – który wsławił się m.in. cytowanym powyżej artykułem o rzekomym finansowaniu emigracji przez Polskę, a jeszcze wcześniej intensywnym promowaniem antypolskiej „twórczości” polakożercy, Jana T. Grossa, jak też nieustannymi oskarżeniami Polaków o antysemityzm – była zakrojona na szeroką skalę akcja propagandowa przeciwko znanemu historykowi polskiemu, dr. Sławomirowi Cenckiewiczowi, który, w oparciu o dokumenty IPN, odważył się ujawnić po imieniu i nazwisku byłą SB-cję, wciąż aktywnie obecną wśród emigracji polskiej.
Wandalizm w Archiwach Polonijnych w Orchard Lake, gdzie bezkarnie okrada się emigrację z jej najdroższych pamiątek i muzealiów, niezlustrowana do dziś SB-cja w Kongresie Polonii Amerykańskiej, tolerowanie wtyczek komunistycznych w redakcji „Zgody” – nagłośnione, niestety, już po śmierci jednej z najbardziej niebezpiecznych, Wojciecha Wierzewskiego, redaktora naczelnego „Zgody”, który jednocześnie wywijał, jak chciał, redakcją renomowanego „Dziennika Związkowego” – jawnie destrukcyjne działania małżeństwa Kamińskich, agenturalna działalność Stanisława Trojaniaka (pseud. Piotruś), prowokacje samozwańczego lustratora emigracji, Marka Ciesielczyka, jak też stale powracający temat Andrzeja Czumy i jego roli w rozbiciu POMOST-u, to tylko niektóre z tematów, które stawiają czytelników prasy polskiej, internautów oraz słuchaczy radiowych na równe nogi.
Wielu emigrantów wyjechało z Polski na zawsze, pozostawiając tam opłacone składki na ZUS-y i inne fiskusy. Pozostając na obczyźnie uwolnili oni jednocześnie polski budżet od zmartwień odnośnie kosztów opieki medycznej czy emerytury. Nikt nie oczekuje i nie ma zamiaru czekać na jakieś bliżej nieokreślone zapomogi ze strony polskiego rządu. Więcej, nikt nie chce „opieki” Polski i nie życzy sobie, aby Polska robiła cokolwiek dla niego! To emigracja spełniła swój obowiązek w stosunku do kraju rodzinnego, odejmując sobie od ust i wspomagając Polskę finansowo oraz duchowo w najcięższych dla narodu polskiego chwilach. Wydaje się, że uczyniono tym samym wystarczająco wiele i wystarczająco uczciwe.
Nadszedł czas, który powinien przynieść Polakom-emigrantom zadośćuczynienie za wszystkie upokorzenia, jakie zafundowano im w przeszłości. Upokorzenia, które nie pozwalają nam przejść obok tych spraw obojętnie. To jest bardzo trudne – przezwyciężyć uczucia związane z sowietyzmem. Ale teraz czas jest inny i wszyscy musimy się z tym uporać. Tak w Polsce, jak i poza jej granicami.
Nie jesteśmy i nie bądźmy naiwni, gdy ludzie nikczemni przylepiają nam etykietki i nazwy, których nie chcemy. Wraz ze zmieniającym się ustrojem, zmieniają się poglądy. Wszystko się budzi i rośnie. Tylko Polska nie.
Mirosława Kruszewska
Playboy a rewolucja (homo)seksualna

Henry Makow
(zostaw komentarz)
www.savethemales.ca
Jaki właściwie jest lansowany przez Playboy’a model mężczyzny? Nie jest zbyt wybredny w takich sprawach jak wygląd lub dom. Natomiast chce mieć tyle życia seksualnego ile to możliwe i wybiera swoje partnerki głównie kierując się ich wyglądem. Jest skoncentrowany na sobie i nie zależny mu na głębszych więzach emocjonalnych lub przywiązaniu. Uważa, że jedna kobieta może go tłamsić, a dzieci byłyby jedynie obciążeniem. Czy nie wygląda to na typowe zachowanie gejowskie?
Powyzsza postawa to ideal mezczyzny lansowany przez magazyn dla panow Playboy od lat 1950-ych. Juz w latach 1970-ych badania na studentach amerykanskich koledzow wykazaly, ze ¾ badanych studentow opieralo swoj ideal mezczyzny na wzorach z Playboy’a, co przynioslo nieobliczalne szkody im samym, kobietom, dzieciom oraz spoleczenstwu. Podobienstwo postawy lansowanej przez Playboy’a do idealu zachowania homoseksualnego nie jest przypadkowe. W roku 1948 ukazal sie tzw. Raport Kinsey’a, ktory uksztaltowal dzisiejsze powszechne podejscie do seksu. Lansowal on niczym nieskrepowana ekspresje seksualna i stal sie manifestem kontrkultury i rewolucji seksualnej. Raport ten zainspirowal Hugha Hefnera do wydawania Playboy’a od 1953 roku. Podstawa bylo twierdzenie, ze aberacje seksualne sa tak typowe wsrod spoleczenstwa, ze staja sie wlasciwie norma. Obecnie, dzieki badaniom psychologa dr Judith Reisman wiemy, ze Raport Kinsley’a byl oszustwem. Kinsey byl zatrudniony na UniwersytecieIndianajako zoolog i udawal konserwatywnego, tradycyjnego meza i ojca rodziny. W rzeczywistosci byl homoseksualista i perwertem, ktoremu udowodniono molestowanie dzieci. Zmuszal swoja zone oraz studentow i asystentow do uczestnictwa w nakrecaniu filmow pornograficznych.
Uzywajac slow Judith Reisman, idea Kinsey’a polegala na wyparciu tradycyjnej, waskiej prokreacyjnej postawy judeochrzescijanskiej na sprawy seksu przez promiskuistyczna zasade “robta co chceta,” prowadzaca do stworzenia gejowskiego, biseksualnego, pedofilskiego raju. Okazalo sie, ze Kinsey oparl swoje wnioski na badaniu grupy skladajacej sie w duzym stopniu z prostytutek i bylych wiezniow, wsrod ktorych bylo wielu oskarzonych o molestowanie seksualne. Kinsey, ktory zmarl przedwczesnie na wskutek dolegliwosci wywolanej nadmiertnym onanizmem, twierdzil np. ze 10% amerykanskich mezczyzn to geje, gdy w rzeczywistosci udzial ich w populacji wynosi okolo 2%. Kingsey wraz ze swoim zespolem pedofilow molestowal ponad 2 tys. dzieci oraz nieletnich, pod pretekstem udowodnienia, ze maja one nieuswiadomione potrzeby seksualne. W konkluzji dr Reisman pisze: “Rosnacy udzial patologii dotyczacych libido w zyciu Amerykanow, w szkolach, w sztuce, mediach, prawie oraz w polityce spolecznej odzwierciedlaja w rzeczywistosci seksualne psychopataologie Kiunsey’a i jego grupy.”
Hugh Hefner powiedzial, ze Raport Kinsey’a “spowodowal niesamowite przebudzenie seksualne, glownie dzieki udzialowi mediow, ale jest to dopiero poczatek. Ta ksiazka byla dla mnie bardzo wazna.” Z mesjanistycznym zapalem Playboy niosl pochodnie wolnosci seksualnej dla amerykanskiego mezczyzny, ktory w latach 1950-ych i 60-ych ciagle kojarzyl seks z malzenstwem. Jednakze wolnosc ta okazala sie iluzja. Wlasciwym celem Playboy’a, podobnie jak i calej pornografii, jest bowiem uzaleznienie mezczyzn od seksualnych fantazji. Aby tego dokonac, nalezy utrudniac znalezienie im prawdziwej satysfakcji w malzenstwie. Uzywajac slow dr Reisman, “Playboy byl pierwszym narodowym magazynem, ktory wykorzystywal strach mlodych akademickich mezczyzn przed zwiazkiem z kobieta i obowiazkami rodzinnymi. Playboy oferowal pewny, komfortowy substytut dla monogamicznej heteroseksualnej milosci. Tak wiec, Playboy i feministki – “zaprzysiegli wrogowie” zdrowych, heteroesksualnych zwiazkow seksualnych, majacych swoj wyraz w normalnym malzenstwie, znalezli teraz wspolne pole do dzialania. W rezultacie tej (homo)seksualnej rewolucji, nasze spoleczenstwo cierpi obecnie na epidemie rozbitych zwiazkow malzenskich, pornografie, impotencje, molestowanie seksualne dzieci, przemocy sadoseksualnej, rosnacej liczby nuieletnich ciaz oraz zachorowan na AIDS i STD. Liczba urodzen spadla w porownaniu do lat 1960-ych o 60% i osiagnela poziom ponizej wymiany.
Zdaniem psychologa Richarda Cohena (Coming Out Straight: Understanding and Healing Homosexuality, 2000), homoseksualizm wynika z zaburzenia rozwoju spowodowanego brakiem zwiazkow uczuciowych dziecka z ojcem. Zdaniem Cohena, dorosly gej, poprzez seks z mezczyznami, probuje zrekompensowac brak milosci ojca, ktorej nie zaznal w dziecinstwie. Sam Cohen byl kiedys homoseksualista a obecnie ma normalna rodzine i troje wlasnych dzieci. Z kolei, Cohen przypisuje zachowanie lesbijskie kobiecej reakcji na brak milosci ojcowskiej lub przemoc z jego strony w dziecinstwie. Cohen wyleczyl setki homoseksualistow, ale znajduje sie obecnie pod nieustannym atakiem ze strony gejowskiego lobby za naruszanie ich politycznego programu, jakim jest proba przedefiniowania dotychczasowych norm spolecznych Psychiatra Jeffrey Satinover zwraca uwage na inna jeszcze przyczyne homoseksualizmu. W swoich badaniach grupy 1000 gejow zwrocil uwage, ze w stosunku do 37% z nich starsi lub mocniejsi partnerzy uzywali przemocy fizycznej przed osiagnieciem wieku 19 lat. Wedlug badan Anne Moir, pewien procent “gejow od urodzenia” moze wynikac z zaburzen rownowagi hormonalnej w okresie plodowym, jednakze jest to znikoma ilosc.
Przez cale wieki geje byli potepiani, uznawani za chorych i okrutnie przesladowani. Obecnie probuja przekonac swiat, ze to heteroseksualizm jest choroba. W roku 1973 wymogli na Amerykanskim Stowarzyszeniu Psychologicznym, aby uznalo zachowania homoseksualne jako normalne. Razem z feministkami (ktore z kolei uwazaja, ze heteroseksualizm jest zawsze despotyczny) geje zaczynaja stopniowo demontowac takie instytucje zwiazane z heteroseksualizmem jak meskosc, kobiecosc, malzenstwo, rodzina, harcerstwo, sport, armie, system szkolnictwa oraz nasze judeochrzescijanskie dziedzictwo. Wykorzystujac swoje stanowiska zajmowane w mediach, geje, wspierani przez swoich liberalnych przyjaciol, ksztaltuja obecnie nasza kulturowa wrazliwosc. Sa odpowiedzialni za niedojrzala obsesje pornograficznego seksu, ktory przenika do telewizji, video, Internetu. Ten stan zahamowanego rozwoju ludzkiego jest typowy dla homoseksualistow, ktorzy maja problemy z uksztaltowaniem pelnych dlugookresowych relacji. W sytuacji, kiedy za normalne uznamy kobiety zachowujace sie jak mezczyzni i vice versa, wkrotce my tez sie do nich upodobnimy.
W instrukcjach dla aktywistow gejowskich radzi sie w jaki sposob prezentowac ich seksualnosc jako “normalna”, jak rowniez w jaki sposob zwlaczac “nadwrazliwosc” heteroseksualistow na punkcie homoseksualizmu poprzez nahalne demonstrowanie swoich cech. Kiedys zabralem mojego syna do kina na film Adama Sandlera Billy Madison, w ktorym jeden nastolatek pytal drugiego: “Kogo wolalbys poderwac, Pamele Anderson czy mlodego Jacka Nicholsona?” Tak samo jak kiedys komunisci promowali mode na radykalizm, tak obecnie wsrod liberalow promuje sie bycie gejem jako “trendy.” Geje i feministki uwazaja, ze tradycyjna moralnosc zostala wynaleziona, aby utrwalac niesprawiedliwe status quo. W rzeczywistosci, moralnosc to akumulacja madrosci ludzkosci w rozpoznawaniu co jest zdrowe i co liczy sie w ostatecznym spelnieniu. Perwersja to dewiacja od tego co jest zdrowe. Moralnosc heteroseksualna umieszcza seks w kontekscie milosci i/lub malzenstwa, poniewaz “uczlowiecza” ono seksualne apetyty. Zapewnia, ze najglebszy i najintymniejszy fizyczny akt pomiedzy dwojgiem ludzi wyraza wzajemny emocjonalno-duchowy zwiazek. To jedyny sposob, w jaki seks moze dac satysfakcje obojgu plciom, zarowno mezczyznom jak i kobietom. Rowniez dla spoleczenstwa jest on korzystny i zdrowy, poniewaz w naturalnyn sposob zapewnia owoce milosci – dzieci.
Przy pomocy Hugh Hefnera, Alfred Kinsey oddzielil seks od milosci i prokreacji. Zredukowal go do jeszcze jednej fizycznej funkcji jak np. oddawanie moczu. Homoseksualisci uprawiaja czesto anonimowy “sportowy” seks w lazniach przez otwor w scianie. Wiekszosc z nich ma od 10 do 100 partnerow kazdego roku. W mniej ekstremalny sposob zastosowali taki model rowniez heteroseksualisci. Jak pisze dziennikarz National Post, wiele znanych mu heteroseksualnych par rozeszlo sie, zmieniajac styl zycia na zabawowy, zmieniajac czesto partnerow seksualnych i uczeszczajac na niekonczace sie party.
W konkluzji mozna stwierdzic, ze “rewolucja seksualna” byla triumfem perwersyjnych homoseksualnych wartosc i norm obyczajowych. Ideologia gejow i lesbijek bylo zdefiniowanie na nowo tego co zdrowe na dewiacje i vice versa. Trzeba przyznac, ze odniesli w tym sukces. W ciagu krotkich 40-u lat prawie wszystkie seksualne zakazy zostaly obalone a spoleczenstwo heteroseksualne poddaje sie. Spoleczne i kuulturalne zalamanie moze sie tylko poglebiac. Niezbedna bedzie kontrrewolucja.
(zostaw komentarz)
www.savethemales.ca
Jaki właściwie jest lansowany przez Playboy’a model mężczyzny? Nie jest zbyt wybredny w takich sprawach jak wygląd lub dom. Natomiast chce mieć tyle życia seksualnego ile to możliwe i wybiera swoje partnerki głównie kierując się ich wyglądem. Jest skoncentrowany na sobie i nie zależny mu na głębszych więzach emocjonalnych lub przywiązaniu. Uważa, że jedna kobieta może go tłamsić, a dzieci byłyby jedynie obciążeniem. Czy nie wygląda to na typowe zachowanie gejowskie?
Powyzsza postawa to ideal mezczyzny lansowany przez magazyn dla panow Playboy od lat 1950-ych. Juz w latach 1970-ych badania na studentach amerykanskich koledzow wykazaly, ze ¾ badanych studentow opieralo swoj ideal mezczyzny na wzorach z Playboy’a, co przynioslo nieobliczalne szkody im samym, kobietom, dzieciom oraz spoleczenstwu. Podobienstwo postawy lansowanej przez Playboy’a do idealu zachowania homoseksualnego nie jest przypadkowe. W roku 1948 ukazal sie tzw. Raport Kinsey’a, ktory uksztaltowal dzisiejsze powszechne podejscie do seksu. Lansowal on niczym nieskrepowana ekspresje seksualna i stal sie manifestem kontrkultury i rewolucji seksualnej. Raport ten zainspirowal Hugha Hefnera do wydawania Playboy’a od 1953 roku. Podstawa bylo twierdzenie, ze aberacje seksualne sa tak typowe wsrod spoleczenstwa, ze staja sie wlasciwie norma. Obecnie, dzieki badaniom psychologa dr Judith Reisman wiemy, ze Raport Kinsley’a byl oszustwem. Kinsey byl zatrudniony na UniwersytecieIndianajako zoolog i udawal konserwatywnego, tradycyjnego meza i ojca rodziny. W rzeczywistosci byl homoseksualista i perwertem, ktoremu udowodniono molestowanie dzieci. Zmuszal swoja zone oraz studentow i asystentow do uczestnictwa w nakrecaniu filmow pornograficznych.
Uzywajac slow Judith Reisman, idea Kinsey’a polegala na wyparciu tradycyjnej, waskiej prokreacyjnej postawy judeochrzescijanskiej na sprawy seksu przez promiskuistyczna zasade “robta co chceta,” prowadzaca do stworzenia gejowskiego, biseksualnego, pedofilskiego raju. Okazalo sie, ze Kinsey oparl swoje wnioski na badaniu grupy skladajacej sie w duzym stopniu z prostytutek i bylych wiezniow, wsrod ktorych bylo wielu oskarzonych o molestowanie seksualne. Kinsey, ktory zmarl przedwczesnie na wskutek dolegliwosci wywolanej nadmiertnym onanizmem, twierdzil np. ze 10% amerykanskich mezczyzn to geje, gdy w rzeczywistosci udzial ich w populacji wynosi okolo 2%. Kingsey wraz ze swoim zespolem pedofilow molestowal ponad 2 tys. dzieci oraz nieletnich, pod pretekstem udowodnienia, ze maja one nieuswiadomione potrzeby seksualne. W konkluzji dr Reisman pisze: “Rosnacy udzial patologii dotyczacych libido w zyciu Amerykanow, w szkolach, w sztuce, mediach, prawie oraz w polityce spolecznej odzwierciedlaja w rzeczywistosci seksualne psychopataologie Kiunsey’a i jego grupy.”
Hugh Hefner powiedzial, ze Raport Kinsey’a “spowodowal niesamowite przebudzenie seksualne, glownie dzieki udzialowi mediow, ale jest to dopiero poczatek. Ta ksiazka byla dla mnie bardzo wazna.” Z mesjanistycznym zapalem Playboy niosl pochodnie wolnosci seksualnej dla amerykanskiego mezczyzny, ktory w latach 1950-ych i 60-ych ciagle kojarzyl seks z malzenstwem. Jednakze wolnosc ta okazala sie iluzja. Wlasciwym celem Playboy’a, podobnie jak i calej pornografii, jest bowiem uzaleznienie mezczyzn od seksualnych fantazji. Aby tego dokonac, nalezy utrudniac znalezienie im prawdziwej satysfakcji w malzenstwie. Uzywajac slow dr Reisman, “Playboy byl pierwszym narodowym magazynem, ktory wykorzystywal strach mlodych akademickich mezczyzn przed zwiazkiem z kobieta i obowiazkami rodzinnymi. Playboy oferowal pewny, komfortowy substytut dla monogamicznej heteroseksualnej milosci. Tak wiec, Playboy i feministki – “zaprzysiegli wrogowie” zdrowych, heteroesksualnych zwiazkow seksualnych, majacych swoj wyraz w normalnym malzenstwie, znalezli teraz wspolne pole do dzialania. W rezultacie tej (homo)seksualnej rewolucji, nasze spoleczenstwo cierpi obecnie na epidemie rozbitych zwiazkow malzenskich, pornografie, impotencje, molestowanie seksualne dzieci, przemocy sadoseksualnej, rosnacej liczby nuieletnich ciaz oraz zachorowan na AIDS i STD. Liczba urodzen spadla w porownaniu do lat 1960-ych o 60% i osiagnela poziom ponizej wymiany.
Zdaniem psychologa Richarda Cohena (Coming Out Straight: Understanding and Healing Homosexuality, 2000), homoseksualizm wynika z zaburzenia rozwoju spowodowanego brakiem zwiazkow uczuciowych dziecka z ojcem. Zdaniem Cohena, dorosly gej, poprzez seks z mezczyznami, probuje zrekompensowac brak milosci ojca, ktorej nie zaznal w dziecinstwie. Sam Cohen byl kiedys homoseksualista a obecnie ma normalna rodzine i troje wlasnych dzieci. Z kolei, Cohen przypisuje zachowanie lesbijskie kobiecej reakcji na brak milosci ojcowskiej lub przemoc z jego strony w dziecinstwie. Cohen wyleczyl setki homoseksualistow, ale znajduje sie obecnie pod nieustannym atakiem ze strony gejowskiego lobby za naruszanie ich politycznego programu, jakim jest proba przedefiniowania dotychczasowych norm spolecznych Psychiatra Jeffrey Satinover zwraca uwage na inna jeszcze przyczyne homoseksualizmu. W swoich badaniach grupy 1000 gejow zwrocil uwage, ze w stosunku do 37% z nich starsi lub mocniejsi partnerzy uzywali przemocy fizycznej przed osiagnieciem wieku 19 lat. Wedlug badan Anne Moir, pewien procent “gejow od urodzenia” moze wynikac z zaburzen rownowagi hormonalnej w okresie plodowym, jednakze jest to znikoma ilosc.
Przez cale wieki geje byli potepiani, uznawani za chorych i okrutnie przesladowani. Obecnie probuja przekonac swiat, ze to heteroseksualizm jest choroba. W roku 1973 wymogli na Amerykanskim Stowarzyszeniu Psychologicznym, aby uznalo zachowania homoseksualne jako normalne. Razem z feministkami (ktore z kolei uwazaja, ze heteroseksualizm jest zawsze despotyczny) geje zaczynaja stopniowo demontowac takie instytucje zwiazane z heteroseksualizmem jak meskosc, kobiecosc, malzenstwo, rodzina, harcerstwo, sport, armie, system szkolnictwa oraz nasze judeochrzescijanskie dziedzictwo. Wykorzystujac swoje stanowiska zajmowane w mediach, geje, wspierani przez swoich liberalnych przyjaciol, ksztaltuja obecnie nasza kulturowa wrazliwosc. Sa odpowiedzialni za niedojrzala obsesje pornograficznego seksu, ktory przenika do telewizji, video, Internetu. Ten stan zahamowanego rozwoju ludzkiego jest typowy dla homoseksualistow, ktorzy maja problemy z uksztaltowaniem pelnych dlugookresowych relacji. W sytuacji, kiedy za normalne uznamy kobiety zachowujace sie jak mezczyzni i vice versa, wkrotce my tez sie do nich upodobnimy.
W instrukcjach dla aktywistow gejowskich radzi sie w jaki sposob prezentowac ich seksualnosc jako “normalna”, jak rowniez w jaki sposob zwlaczac “nadwrazliwosc” heteroseksualistow na punkcie homoseksualizmu poprzez nahalne demonstrowanie swoich cech. Kiedys zabralem mojego syna do kina na film Adama Sandlera Billy Madison, w ktorym jeden nastolatek pytal drugiego: “Kogo wolalbys poderwac, Pamele Anderson czy mlodego Jacka Nicholsona?” Tak samo jak kiedys komunisci promowali mode na radykalizm, tak obecnie wsrod liberalow promuje sie bycie gejem jako “trendy.” Geje i feministki uwazaja, ze tradycyjna moralnosc zostala wynaleziona, aby utrwalac niesprawiedliwe status quo. W rzeczywistosci, moralnosc to akumulacja madrosci ludzkosci w rozpoznawaniu co jest zdrowe i co liczy sie w ostatecznym spelnieniu. Perwersja to dewiacja od tego co jest zdrowe. Moralnosc heteroseksualna umieszcza seks w kontekscie milosci i/lub malzenstwa, poniewaz “uczlowiecza” ono seksualne apetyty. Zapewnia, ze najglebszy i najintymniejszy fizyczny akt pomiedzy dwojgiem ludzi wyraza wzajemny emocjonalno-duchowy zwiazek. To jedyny sposob, w jaki seks moze dac satysfakcje obojgu plciom, zarowno mezczyznom jak i kobietom. Rowniez dla spoleczenstwa jest on korzystny i zdrowy, poniewaz w naturalnyn sposob zapewnia owoce milosci – dzieci.
Przy pomocy Hugh Hefnera, Alfred Kinsey oddzielil seks od milosci i prokreacji. Zredukowal go do jeszcze jednej fizycznej funkcji jak np. oddawanie moczu. Homoseksualisci uprawiaja czesto anonimowy “sportowy” seks w lazniach przez otwor w scianie. Wiekszosc z nich ma od 10 do 100 partnerow kazdego roku. W mniej ekstremalny sposob zastosowali taki model rowniez heteroseksualisci. Jak pisze dziennikarz National Post, wiele znanych mu heteroseksualnych par rozeszlo sie, zmieniajac styl zycia na zabawowy, zmieniajac czesto partnerow seksualnych i uczeszczajac na niekonczace sie party.
W konkluzji mozna stwierdzic, ze “rewolucja seksualna” byla triumfem perwersyjnych homoseksualnych wartosc i norm obyczajowych. Ideologia gejow i lesbijek bylo zdefiniowanie na nowo tego co zdrowe na dewiacje i vice versa. Trzeba przyznac, ze odniesli w tym sukces. W ciagu krotkich 40-u lat prawie wszystkie seksualne zakazy zostaly obalone a spoleczenstwo heteroseksualne poddaje sie. Spoleczne i kuulturalne zalamanie moze sie tylko poglebiac. Niezbedna bedzie kontrrewolucja.
Jak powstała polityczna poprawność

William S. Lind
tłumaczenie Tadeusz Korzeniewski
(dodaj komentarz)
Gdzie te wszystkie rzeczy, o których słyszeliście dziś rano – wiktymologiczny feminizm, ruch praw gejów, wymyślone statystyki, poprawianie historii, kłamstwa, żądania, cała ta reszta – skąd to się wywodzi?Po raz pierwszy w naszej historii Amerykanie trwożą się przed tym co powiedzą, co napiszą i co pomyślą. Boją się, że mogą użyć niewłaściwego słowa, słowa osądzonego jako obraźliwe, lub niewrażliwe, lub rasistowskie, seksistowskie, czy homofobiczne.
My widzieliśmy takie rzeczy, zwłaszcza w naszym XX wieku, w innych krajach. I zawsze podchodziliśmy do tego z mieszanką litości i, prawdę mówiąc, rozbawienia, ponieważ uderzało nas to jako bardzo dziwne, że ludzie mogliby pozwolić na rozwinięcie się sytuacji, w której baliby się jakich używają słów. Ale my mamy teraz taką sytuacje w naszym kraju. Mamy ją przede wszystkim na uniwersyteckich kampusach, ale to już się rozprzestrzenia na całe społeczeństwo. Skąd to się bierze? Co to jest?
Nazywamy to “poprawnością polityczną”. Nazwa powstała jako swego rodzaju żart, dosłownie dowcip komiksowy, i my ciągle mamy tendencję traktować tę rzecz jako niezupełnie poważną. W rzeczywistości jest ona śmiertelnie poważna. Jest ona wielką chorobą naszego stulecia, chorobą, która kosztowała życie dziesiątków milionów w Europie, Rosji, Chinach, faktycznie w całym świecie. Jest to choroba ideologii. Polityczna poprawność nie jest śmieszna. Polityczna poprawność jest śmiertelnie poważna.
Jeśli spojrzymy na to analitycznie, jeśli spojrzymy na to historycznie, to szybko odkryjemy co to faktycznie jest. Polityczna poprawność to kulturowy marksizm. To marksizm przełożony z realiów ekonomicznych na realia kulturowe. To jest proces, który sięga nie ruchu lat 60., hippisowskiego, ruchu pokoju, ale okresu I Wojny Światowej. Kiedy porównamy główne tezy politycznej poprawności z klasycznym marksizmem, analogie są oczywiste.
Popierwsze, w obu wypadkach jest to ideologia totalitarna. Totalitarna natura politycznej poprawności nigdzie nie jest tak oczywista, jak na kampusach wyższych uczelni, z których wiele w tej chwili stało się pokrytymi bluszczem małymi Północnymi Koreami. Student czy profesor, który odważył się gdziekolwiek przekroczyć linię wytyczoną przez feministkę czy aktywistę praw gejów, czy miejscową grupę czarnych czy Latynosów, czy którąkolwiek z innych wyświęconych na “poszkodowane” grup, wokół których obraca się ta sprawa politycznej poprawności, szybko znajdzie się w kolizji z prawem. W małym lokalnym systemie prawnym uczelni przedstawione są im formalne zarzuty i wymierzona kara, w procesach nierzadko przypominających sądy kapturowe. Tutaj próbujemy spojrzeć w przyszłość jaką polityczna poprawność szykuje całemu narodowi.
W istocie wszystkie ideologie są totalitarne, ponieważ esencją ideologii (zwracam uwagę, że właściwie rozumiany konserwatyzm ideologią nie jest) jest podjęcie pewnej filozofii i twierdzenie, że na bazie tej filozofii pewne rzeczy muszą być prawdziwe. Jak np., że cała historia naszej kultury jest historią opresji kobiet. Ponieważ stoi to w sprzeczności z rzeczywistością, rzeczywistość musi być zakazana. Musi być zakazane odnoszenie się do rzeczywistości historycznej. Ludzie muszą być zmuszeni do życia w kłamstwie, a ponieważ ludzie z natury mają opory przed życiem w kłamstwie, to oczywiste, że używają swoich oczu i uszu żeby sprawdzić jak jest i mówią “Chwileczkę. To nie jest prawda. Przecież widzę, że to nie jest prawda” . W związku z tym żądanie życia w kłamstwie musi być poparte przemocą państwa. Stąd ideologia nieodmiennie stwarza państwo totalitarne.
Podrugie, marksizm kulturowy, tak jak marksizm ekonomiczny, posługuje się jednoprzyczynowym wyjaśnieniem historii. Marksizm ekonomiczny mówi, że historię determinuje własność środków produkcji. Marksizm kulturowy, czyli polityczna poprawność, twierdzi, że cała historia jest zdeterminowana przez władzę, za pomocą której jedne grupy, definiowane w kategoriach rasy, płci, itd., podporządkowują sobie inne grupy. Nic innego się nie liczy. Cała literatura, w istocie, jest o tym. Wszystko w przeszłości ma związek z tą jedną rzeczą.
Potrzecie, tak jak w ekonomicznym marksizmie pewne grupy, tj. robotnicy i chłopi, są dobre a priori, a inne grupy, burżuazja i posiadacze kapitału, są złe, tak w kulturowym marksizmie poprawności politycznej pewne grupy są dobre: kobiety feministki (tylko kobiety feministki, nie-feministki przyjmuje się, że nie istnieją), czarni, Latynosi, homoseksualiści. Te grupy uznane są za “poszkodowane” i jako takie automatycznie są dobre, bez względu na to co którakolwiek z nich robi. Podobnie, biali mężczyźni są automatycznie uznani za złych, w ten sposób stając się odpowiednikiem burżuazji w marksizmie ekonomicznym.
Poczwarte, oba, i marksizm ekonomiczny, i marksizm kulturowy, opierają się na wywłaszczeniu. Kiedy klasyczni marksiści, komuniści, przejęli Rosję, wywłaszczyli oni burzuazję, odebrali jej własność. Podobnie kiedy kulturowi marksiści przejmują kampus uniwersytecki, wywłaszczają oni za pośrednictwem środków takich, jak przydziały (quotas) w przyjmowaniu na studia. Kiedy białemu studentowi o wysokich możliwościach odmawia się przyjęcia do college’u na rzecz czarnego czy Latynosa, który nie jest tak zdolny, biały student zostaje wywłaszczony. Akcja afirmatywna (affirmative action) w całym naszym społeczeństwie dzisiaj to system wywłaszczeniowy. Firmy posiadane przez białych nie otrzymują kontraktów, ponieważ te są zarezerwowane dla, powiedzmy, Latynosów czy kobiet. Zatem wywłaszczenie jest zasadniczym narzędziem obu form marksizmu.
I wreszcie, oba, marksizm ekonomiczny i kulturowy, używają metody analitycznej, która daje im odpowiedzi jakich chcą. W przypadku klasycznego marksizmu tą metodą analityczną jest marksistowska ekonomia. W wypadku kulturowego marksizmu jest nią dekonstrukcjonizm. Dekonstrukcjonizm zasadniczo bierze jakikolwiek tekst, usuwa z niego całe znaczenie i wprowadza na to miejsce znaczenie pożądane. Tak więc otrzymujemy, na przykład, że cały Szekspir jest o opresji kobiet, czy że Biblia jest w istocie o rasie i płci. Wszystkie te teksty służą udowadnianiu, że “cała historia jest historią jaka grupa miała władzę nad jakimi innymi grupami”. Zatem podobieństwa są ewidentne między klasycznym marksizmem, z jakim zapoznaliśmy się w przypadku Związku Sowieckiego, i kulturowym marksizmem, jaki widzimy dzisiaj w postaci poprawności politycznej.
Ale te podobieństwa nie są przypadkowe. Te podobieństwa nie wzięły się z niczego. Prawda jest taka, że polityczna poprawność ma swoją historię, historię znacznie dłuższą niż – poza wąską grupą akademików to zjawisko studiujących – wielu ludzi zdaje sobie sprawę. Ta historia sięga, jak powiedziałem, I Wojny Światowej, tak jak wiele innych patologii, które rozkładają nasze społeczeństwo i, w istocie, naszą kulturę.
Teoria marksistowska mówiła, że kiedy przyjdzie europejska wojna powszechna (tak jak przyszła w 1914), klasa robotnicza w całej Europie powstanie i obali rządy – burżuazyjne rządy – ponieważ robotnicy mieli więcej wspólnego ponad narodowymi granicami z sobą, niż z burżuazją i klasą rządzącą w ich własnym kraju. No ale 1914 przyszedł i tak się nie stało. W całej Europie robotnicy zwarli się wokół swoich narodowych sztandarów i zadowoleni wymaszerowali zwalczać jedni drugich. Kaizer wymienił uściski rąk z przywódcami marksistowskiej Socjaldemokracji w Niemczech i powiedział, że od teraz nie ma partii, są tylko Niemcy. Podobnie stało się w każdym innym kraju Europy. Więc coś tu nie było w porządku.
Dla marksistów z definicji nie mogła być winna teoria. W 1917 doprowadzili oni wreszcie do przewrotu marksistowskiego w Rosji i wyglądać zaczęło, że teoria się sprawdza – ale wkrótce zacięła się znowu. Nie rozpowszechniała się, i kiedy zaraz po wojnie wysiłki były robione w tym kierunku, z powstaniem Spartakistów w Berlinie, rządem Beli Kuna na Węgrzech, Monachijską Republiką Radziecką, robotnicy nie poparli ich.
Więc marksiści mieli problem. I dwóch z nich zaczęło nad nim pracować: Antonio Gramsci we Włoszech i Gyorgy Lukács na Węgrzech. Gramsci powiedział, że robotnicy nigdy nie rozpoznają swojego rzeczywistego interesu klasowego, jak go zdefiniował marksizm, o ile nie zostaną wyzwoleni od kultury Zachodu, a w szczególności od religii chrześcijańskiej; że kultura i religia czynią ich ślepymi na ich rzeczywisty interes klasowy. Lukács, uważany za najznakomitszego teoretyka marksizmu od czasu samego Marksa, pytał w 1919 roku: “Kto nas uratuje od cywilizacji Zachodu?” On to też teoretyzował, że największym kamieniem na drodze do ustanowienia marksistowskiego raju jest kultura: cywilizacja Zachodu jako taka.
Lukács miał szansę sprawdzić swoje idee w praktyce, ponieważ kiedy domowego chowu bolszewicki rząd Beli Kuna zostaje ustanowiony na Węgrzech w 1919 r., zostaje on mianowany zastępcą komisarza kultury i pierwszą rzeczą jaką robi, jest wprowadzenie edukacji seksualnej w szkołach węgierskich. Więcej nie było potrzeba, żeby robotnicy nie poparli rządu Beli Kuna, ponieważ Węgrów to normalnie zatkało, robotników jak i wszystkich innych. Ale Lukács już wtedy coś zrozumiał, co wielu z nas dziwi jeszcze dzisiaj i co my przyjmujemy za “nowinkarstwo”.
W 1923 r. w Niemczech zostaje założony “think-tank”, organizacja intelektualna, która podejmuje się roli przełożenie marksizmu z kategorii ekonomicznych na kategorie kulturowe i która w końcu lat 1930. tworzy praktycznie bazę tego, co my nazywamy dziś polityczną poprawnością. Umożliwił to wszystko młody i bardzo bogaty spadkobierca niemieckiego handlowca-milionera, Felix Weil, który stał się marksistą i miał dużo pieniędzy do wydania. Wzburzały go podziały między marksistami, stał się więc sponsorem czegoś, co nazywało się Pierwszy Marksistowski Tydzień Prac, który to tydzień zgromadził Lukácsa i wielu czołowych niemieckich myślicieli, aby nad tymi podziałami popracowali.
I tam też Lukács powiedział: “Co nam jest potrzebne, to think-tank”, organizacja intelektualna. U nas w Waszyngtonie jest think-tanków zatrzęsienie i my myślimy o nich jako o czymś nowoczesnym. W rzeczywistości mają one swoją historię. Ten Weil-spadkobierca zakłada w 1923 r. instytut, związany z Uniwersytetem Frankfurckim, który miał początkowo występować pod nazwą “Instytut Marksizmu”. Ale ludzie, którzy za tym stali, doszli szybko do wniosku, że nie byłoby dla nich korzystne, takie otwarte identyfikowanie się jako marksiści. Ostatnią rzeczą jakiej poprawność polityczna chce, to żeby ludzie odkryli, że jest ona formą marksizmu. Więc w rezultacie nazywają oni tę organizację Instytutem Badań Społecznych.
Weil wie bardzo dobrze o co mu chodzi. W 1971 r. napisał do Martina Jay’a, autora podstawowego opracowania o Szkole Frankfurckiej (jak Instytut Badań Społecznych staje się wkrótce nieformalnie znany), że “Chciałem żeby Instytut był znany, być może słynny, jako wnoszący wkład do marksizmu”. Trzeba powiedzieć, odniósł w tym sukces. Pierwszy dyrektor Instytutu, Carl Grunberg, austriacki ekonomista, zakończył swoje programowe przemówienie – według Martina Jay’a – “otwarcie deklarując swoją lojalność do marksizmu jako metodologii naukowej”. Marksizm, powiedział on, będzie rządzącym pryncypium Instytutu, i to się nigdy nie zmieniło.
Wstępne prace w Instytucie były raczej konwencjonalne, ale w 1930 r. objął go nowy dyrektor, nazwiskiem Horkheimer, i poglądy Maxa Horkheimera były zdecydowanie inne. Był on w dużym stopniu marksistowskim renegatem. Ludzie, którzy zakładają i formują Szkołę Frankfurcką, to renegaci marksizmu. Oni dalej są bardzo marksistowscy w swoim myśleniu, ale z partii są efektywnie usuwani. Moskwa patrzy na to co oni robią i mówi: “Hej, to nie to o co nam chodzi, i my nie będziemy tego firmować”.
Horkheimera wyjściową herezją jest to, że interesuje się on bardzo Freudem. I kluczem do przełożenia marksizmu z kategorii ekonomicznych na kategorie kulturowe było zasadniczo to, że zastosował on w tym freudyzm. Znowu zacytuję Martina Jay’a: “Można powiedzieć, że w pierwszych latach swojego istnienia Instytut zajmował się głównie analizą socjo-ekonomicznej bazy społeczeństwa burżuazyjnego,” – i chciałbym podkreślić, że Jay jest dużym sympatykiem Szkoły Frankfurckiej, ja nie cytuję tutaj krytyka – “ale po roku 1930 głównym przedmiotem zainteresowań Instytutu stała się kulturowa nadbudowa. W istocie, markistowska formuła dotycząca stosunku między tymi dwoma strukturami została zakwestionowana przez Teorię Krytyczną”.
Te rzeczy, o których tu dzisiaj słyszymy – radykalny feminizm, wydziały studiów kobiecych, wydziały “studiów o czarnych” (black studies), wydziały studiów gejów, wszystkie one są gałęziami Teorii Krytycznej. Co Szkoła Frankfurcka w zasadzie zrobiła, to oparła się w latach 1930. na obu, Marksie i Freudzie, żeby stworzyć tę teorię zwaną Teorią Krytyczną. Nazwa jest świetnie pomyślana, bo kusi żeby zapytać “Co jest teorią?” Teorią jest, żeby krytykować. Teorią jest, że sposobem na zniszczenie kultury Zachodu i porządku kapitalistycznego jest, aby nie dawać możliwości alternatywy.
Oni absolutnie odmawiają przedstawienia czegoś takiego. Oni mówią, że tego nie da się zrobić, że my nie jesteśmy w stanie wyobrazić jak wolne społeczeństwo będzie wyglądało (ich definicja wolnego społeczeństwa). Tak długo jak żyjemy pod represją – represją wypływającą z kapitalistycznego porządku społecznego, który wytwarza (według ich teorii) uwarunkowanie freudowskie, uwarunkowanie, które Freud opisuje w odniesieniu do represji osobowej – my nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić, jak wolne społeczeństwo będzie wyglądało. Istotą Teorii Krytycznej jest po prostu krytykowanie. Domaga się ona najbardziej destruktywnego krytycyzmu jaki jest możliwy, w jakikolwiek możliwy sposób, aby zniszczyć panujący porządek. I, oczywiście, kiedy słyszymy od feministek, że całe społeczeństwo nie ma nic innego na celu jak tylko załatwić kobietę i tak dalej, ten rodzaj krytycyzmu to jest pochodna Teorii Krytycznej. Wszystko to bierze początek w latach 1930., nie 1960.
Inni kluczowi członkowie, którzy dołączają do Instytutu w tym czasie, to Theodore Adorno i, przede wszystkim, Erich Fromm i Herbert Marcuse. Fromm i Marcuse wprowadzają element, który staje się centralnym elementem Teorii Krytycznej, to jest element seksualny. Zwłaszcza Marcuse, który w swoich tekstach nawołuje do społeczeństwa “wielopostaciowej perwersyjności”, taka jest jego definicja przyszłości świata, który oni chcą stworzyć.
I choć wyróżnia się tu Marcuse, który latach 1930. pisze bardzo ekstremalne rzeczy na temat potrzeby wyzwolenia seksualnego, to tym jest przeniknięty cały Instytut. Podobnie jak większość motywów politycznej poprawności, jak daje się zauważyć. I to już było w latach 1930. Według Fromma, na przykład, męskość i kobiecość nie odzwierciedlają zasadniczych różnic płci, jak myśleli Romantycy. To różnice miałyby być raczej pochodnymi różnic w funkcjach życiowych, które w części zostały społecznie zdeterminowane. Płeć to konstrukcja. Różnice płci to konstrukcja.
Inny przykład to wiktymologiczne podejście do środowiska naturalnego. “Materializm, idąc wstecz aż do Hobbesa, doprowadził do nastawienia manipulatywnie-dominującego w stosunku do natury”. To Horkheimer w 1933 r. w Materialismus und Moral. ”W następnych latach, motyw dominacji natury przez człowieka”, pisze Jay, “znalazł się w centrum zainteresowania Szkoły Frankfurckiej”. “Antagonistyczny stosunek Horkheimera do fetyszyzacji pracy [w tym punkcie w sposób oczywisty odchodzą oni od marksistowskiej ortodoksji], został wyrażony w innym wymiarze jego materializmu, domaganiu się ludzkiego, zmysłowego szczęścia”. W jednym z najbardziej wyartykułowanych esejow, Egoizm a ruch wolnościowy, napisanym w 1936 r., Horkheimer “dyskutuje wrogość do osobistych satysfakcji i przyjemności ściśle związaną z kulturą burzuazyjną”. W szczególności odwołuje się on do Markiza de Sade, w sposób przychylny polecając jego “protest … przeciwko ascetyzmowi w imię wyższej moralności” .
Jak cała ta sprawa przelała się tutaj? Jak wlała się w nasze uniwersytety i, faktycznie, w nasze życia dzisiaj? Członkowie Szkoły Frankfurckiej to marksiści. To także, co do jednego, Żydzi. W 1933 r. do władzy w Niemczech doszli Naziści i nie można się dziwić, że zamknęli oni Instytut Badań Społecznych. Jego członkowie uciekli. Uciekli do Nowego Jorku i Instytut tu się w 1933 r. odbudował z pomocą Uniwersytetu Columbia. I członkowie Instytutu, stopniowo, przez lata 1930., jakkolwiek wielu z nich pisało w dalszym ciągu w języku niemieckim, zaczęli przenosić centrum zainteresowań z Teorii Krytycznej o społeczeństwie niemieckim, destruktywnego krytycyzmu wszystkich aspektów tamtego społeczeństwa, na Teorię Krytyczną skierowaną ku społeczeństwu amerykańskiemu.
Zachodzi także inna ważna transformacja z początkiem wojny. Niektórzy z nich przechodzą do pracy w rządzieUSA, włącznie z Herbertem Marcuse, który staje się kluczową figurą wOSS[Office of Strategic Services, poprzedniczka CIA], a niektórzy, w tym Horkheimer i Adorno, relokują się doHollywood.
Te źródła politycznej poprawności nie miałaby prawdopodobnie wielkiego znaczenia dla nas dzisiaj, gdyby nie dwa późniejsze zdarzenia. Pierwszym był bunt studencki połowy lat 1960., głównie na fali protesu przeciwko poborowi i wojnie w Wietnamie. Ale bunt studencki potrzebował jakiejś teorii. Oni nie mogli po prostu wyjść i wołać “Hell no we won’t go”, oni potrzebowali mieć do tego jakieś teoretyczne podparcie. Bardzo niewielu z nich było zainteresowanych zmaganiem się z Das Kapital. Klasyczny, ekonomiczny marksizm nie jest lekki, a większość radykałów lat 1960. nie była zbyt głęboka.
Na szczęście dla nich, a na nieszczęście dla naszego kraju dzisiaj, i nie tylko uniwersytetów, kiedy po wojnie Szkoła Frankfurcka przeniosła się z powrotem do Frankfurtu, Herbert Marcuse pozostał w Ameryce. I podczas kiedy pan Adorno w Niemczech jest przerażony buntem studentów kiedy ten tam wybucha – kiedy zbuntowani studenci pojawiają się na jego wykładzie, dzwoni on na policję i ci zostają aresztowani – Herbert Marcuse, który został tutaj, zobaczył w buncie studenckim lat 60. wielką szansę. Zobaczył możliwość użycia prac Szkoły Frankfurckiej jako teorii Nowej Lewicy w Stanach Zjednoczonych.
Jedna z książek Marcuse’a była w tym instrumentalna. Stała się praktycznie biblią SDS [Students for Democratic Society] i studenckich rebeliantów lat 60. Tą książką był Eros i cywilizacja. Marcuse wywodzi w niej, że w porządku kapitalistycznym (w dużym stopniu pomniejsza on tu znaczenie marksizmu, podtytuł książki głosi “Filozoficzne badanie Freuda”, jednak zrąb jest marksistowski), otóż Marcuse wywodzi w tej książce, że represja jest istotą tego porządku kapitalistycznego i to daje nam osobę opisaną przez Freuda – osobę z tymi wszystkimi zahamowaniami, neurozami, ponieważ jej instynkt seksualny podległ represji. Mamy przed sobą przyszłość jeśli tylko zniszczymy ten istniejący represyjny porządek, przyszłość, w której wyzwolimy eros, wyzwolimy libido, która będzie światem “wielopostaciowej perwersyjności” , w której będziesz “robił swoje”. I jeszcze jedno: w tym świecie nie będzie pracy, tylko zabawa. Co za wspaniałe przesłanie dla radykałów połowy lat 1960!
Bo to są studenci, to są baby boomers, dzieci powojennego wyżu demograficznego, których jedynym poważnym zmartwieniem przy osiąganiu pełnoletności było to, że trzeba będzie kiedyś znaleźć pracę. I tu mamy faceta piszącego rzeczy, które łatwo im będzie naśladować. On nie wymaga od nich, żeby czytali dużo ciężkostrawnego marksizmu i mówi im to wszystko, co oni chcą usłyszeć, czyli “Rób swoje”, “Jak przyjemne, to rób” i “Chodzenie do pracy to nie konieczność”.
Także Marcuse jest tym, który stworzył hasło “Uprawiaj miłość, nie wojnę” . Wracając do sytuacji z którą ludzie mają do czynienia na kampusie, Marcuse definiuje “tolerancję wyzwalającą” (liberating tolerance) jako nietolerancję dla wszystkiego co przychodzi z prawicy politycznej, i tolerancję dla wszystkiego, co przychodzi z lewicy. Marcuse włączył się do Szkoły Frankfurckiej w 1932 r., o ile dobrze pamiętam. Więc to wszystko ma początki w latach 1930.
Podsumowując, Ameryka jest dzisiaj w trakcie największej i najzgubniejszej transformacji w jej dziejach. Stajemy się państwem ideologicznym, krajem z oficjalną państwową ideologią narzucaną nam za pomocą władzy państwowej. W efekcie funcjonowania idei “przestępstw nienawiści” (hate crimes), mamy obecnie ludzi odbywających kary więzienia za posiadanie politycznych myśli. Kongres szykuje się obecnie tę kategorię jeszcze rozszerzyć. Akcja afirmatywna jest częścią tego procesu. Terror przeciwko komukolwiek, kto wyłamuje się z politycznej poprawności na kampusie, jest częścią tego.
To jest dokładnie to samo, co widzieliśmy, że stało się w Rosji, w Niemczech, w Chinach, i to teraz przychodzi tutaj. I my tego nie rozpoznajemy, bo nazywamy to polityczną poprawnością i obracamy w żart. Moje przesłanie dzisiaj jest takie, że to nie jest zabawne, to jest tutaj, to rozwija się i to w efekcie zniszczy – ponieważ to nastawione jest na niszczenie – wszystko, co my kiedykolwiek definiowaliśmy jako naszą wolność i naszą kulturę.
(dodaj komentarz)
tłumaczenie Tadeusz Korzeniewski
(dodaj komentarz)
Gdzie te wszystkie rzeczy, o których słyszeliście dziś rano – wiktymologiczny feminizm, ruch praw gejów, wymyślone statystyki, poprawianie historii, kłamstwa, żądania, cała ta reszta – skąd to się wywodzi?Po raz pierwszy w naszej historii Amerykanie trwożą się przed tym co powiedzą, co napiszą i co pomyślą. Boją się, że mogą użyć niewłaściwego słowa, słowa osądzonego jako obraźliwe, lub niewrażliwe, lub rasistowskie, seksistowskie, czy homofobiczne.
My widzieliśmy takie rzeczy, zwłaszcza w naszym XX wieku, w innych krajach. I zawsze podchodziliśmy do tego z mieszanką litości i, prawdę mówiąc, rozbawienia, ponieważ uderzało nas to jako bardzo dziwne, że ludzie mogliby pozwolić na rozwinięcie się sytuacji, w której baliby się jakich używają słów. Ale my mamy teraz taką sytuacje w naszym kraju. Mamy ją przede wszystkim na uniwersyteckich kampusach, ale to już się rozprzestrzenia na całe społeczeństwo. Skąd to się bierze? Co to jest?
Nazywamy to “poprawnością polityczną”. Nazwa powstała jako swego rodzaju żart, dosłownie dowcip komiksowy, i my ciągle mamy tendencję traktować tę rzecz jako niezupełnie poważną. W rzeczywistości jest ona śmiertelnie poważna. Jest ona wielką chorobą naszego stulecia, chorobą, która kosztowała życie dziesiątków milionów w Europie, Rosji, Chinach, faktycznie w całym świecie. Jest to choroba ideologii. Polityczna poprawność nie jest śmieszna. Polityczna poprawność jest śmiertelnie poważna.
Jeśli spojrzymy na to analitycznie, jeśli spojrzymy na to historycznie, to szybko odkryjemy co to faktycznie jest. Polityczna poprawność to kulturowy marksizm. To marksizm przełożony z realiów ekonomicznych na realia kulturowe. To jest proces, który sięga nie ruchu lat 60., hippisowskiego, ruchu pokoju, ale okresu I Wojny Światowej. Kiedy porównamy główne tezy politycznej poprawności z klasycznym marksizmem, analogie są oczywiste.
Popierwsze, w obu wypadkach jest to ideologia totalitarna. Totalitarna natura politycznej poprawności nigdzie nie jest tak oczywista, jak na kampusach wyższych uczelni, z których wiele w tej chwili stało się pokrytymi bluszczem małymi Północnymi Koreami. Student czy profesor, który odważył się gdziekolwiek przekroczyć linię wytyczoną przez feministkę czy aktywistę praw gejów, czy miejscową grupę czarnych czy Latynosów, czy którąkolwiek z innych wyświęconych na “poszkodowane” grup, wokół których obraca się ta sprawa politycznej poprawności, szybko znajdzie się w kolizji z prawem. W małym lokalnym systemie prawnym uczelni przedstawione są im formalne zarzuty i wymierzona kara, w procesach nierzadko przypominających sądy kapturowe. Tutaj próbujemy spojrzeć w przyszłość jaką polityczna poprawność szykuje całemu narodowi.
W istocie wszystkie ideologie są totalitarne, ponieważ esencją ideologii (zwracam uwagę, że właściwie rozumiany konserwatyzm ideologią nie jest) jest podjęcie pewnej filozofii i twierdzenie, że na bazie tej filozofii pewne rzeczy muszą być prawdziwe. Jak np., że cała historia naszej kultury jest historią opresji kobiet. Ponieważ stoi to w sprzeczności z rzeczywistością, rzeczywistość musi być zakazana. Musi być zakazane odnoszenie się do rzeczywistości historycznej. Ludzie muszą być zmuszeni do życia w kłamstwie, a ponieważ ludzie z natury mają opory przed życiem w kłamstwie, to oczywiste, że używają swoich oczu i uszu żeby sprawdzić jak jest i mówią “Chwileczkę. To nie jest prawda. Przecież widzę, że to nie jest prawda” . W związku z tym żądanie życia w kłamstwie musi być poparte przemocą państwa. Stąd ideologia nieodmiennie stwarza państwo totalitarne.
Podrugie, marksizm kulturowy, tak jak marksizm ekonomiczny, posługuje się jednoprzyczynowym wyjaśnieniem historii. Marksizm ekonomiczny mówi, że historię determinuje własność środków produkcji. Marksizm kulturowy, czyli polityczna poprawność, twierdzi, że cała historia jest zdeterminowana przez władzę, za pomocą której jedne grupy, definiowane w kategoriach rasy, płci, itd., podporządkowują sobie inne grupy. Nic innego się nie liczy. Cała literatura, w istocie, jest o tym. Wszystko w przeszłości ma związek z tą jedną rzeczą.
Potrzecie, tak jak w ekonomicznym marksizmie pewne grupy, tj. robotnicy i chłopi, są dobre a priori, a inne grupy, burżuazja i posiadacze kapitału, są złe, tak w kulturowym marksizmie poprawności politycznej pewne grupy są dobre: kobiety feministki (tylko kobiety feministki, nie-feministki przyjmuje się, że nie istnieją), czarni, Latynosi, homoseksualiści. Te grupy uznane są za “poszkodowane” i jako takie automatycznie są dobre, bez względu na to co którakolwiek z nich robi. Podobnie, biali mężczyźni są automatycznie uznani za złych, w ten sposób stając się odpowiednikiem burżuazji w marksizmie ekonomicznym.
Poczwarte, oba, i marksizm ekonomiczny, i marksizm kulturowy, opierają się na wywłaszczeniu. Kiedy klasyczni marksiści, komuniści, przejęli Rosję, wywłaszczyli oni burzuazję, odebrali jej własność. Podobnie kiedy kulturowi marksiści przejmują kampus uniwersytecki, wywłaszczają oni za pośrednictwem środków takich, jak przydziały (quotas) w przyjmowaniu na studia. Kiedy białemu studentowi o wysokich możliwościach odmawia się przyjęcia do college’u na rzecz czarnego czy Latynosa, który nie jest tak zdolny, biały student zostaje wywłaszczony. Akcja afirmatywna (affirmative action) w całym naszym społeczeństwie dzisiaj to system wywłaszczeniowy. Firmy posiadane przez białych nie otrzymują kontraktów, ponieważ te są zarezerwowane dla, powiedzmy, Latynosów czy kobiet. Zatem wywłaszczenie jest zasadniczym narzędziem obu form marksizmu.
I wreszcie, oba, marksizm ekonomiczny i kulturowy, używają metody analitycznej, która daje im odpowiedzi jakich chcą. W przypadku klasycznego marksizmu tą metodą analityczną jest marksistowska ekonomia. W wypadku kulturowego marksizmu jest nią dekonstrukcjonizm. Dekonstrukcjonizm zasadniczo bierze jakikolwiek tekst, usuwa z niego całe znaczenie i wprowadza na to miejsce znaczenie pożądane. Tak więc otrzymujemy, na przykład, że cały Szekspir jest o opresji kobiet, czy że Biblia jest w istocie o rasie i płci. Wszystkie te teksty służą udowadnianiu, że “cała historia jest historią jaka grupa miała władzę nad jakimi innymi grupami”. Zatem podobieństwa są ewidentne między klasycznym marksizmem, z jakim zapoznaliśmy się w przypadku Związku Sowieckiego, i kulturowym marksizmem, jaki widzimy dzisiaj w postaci poprawności politycznej.
Ale te podobieństwa nie są przypadkowe. Te podobieństwa nie wzięły się z niczego. Prawda jest taka, że polityczna poprawność ma swoją historię, historię znacznie dłuższą niż – poza wąską grupą akademików to zjawisko studiujących – wielu ludzi zdaje sobie sprawę. Ta historia sięga, jak powiedziałem, I Wojny Światowej, tak jak wiele innych patologii, które rozkładają nasze społeczeństwo i, w istocie, naszą kulturę.
Teoria marksistowska mówiła, że kiedy przyjdzie europejska wojna powszechna (tak jak przyszła w 1914), klasa robotnicza w całej Europie powstanie i obali rządy – burżuazyjne rządy – ponieważ robotnicy mieli więcej wspólnego ponad narodowymi granicami z sobą, niż z burżuazją i klasą rządzącą w ich własnym kraju. No ale 1914 przyszedł i tak się nie stało. W całej Europie robotnicy zwarli się wokół swoich narodowych sztandarów i zadowoleni wymaszerowali zwalczać jedni drugich. Kaizer wymienił uściski rąk z przywódcami marksistowskiej Socjaldemokracji w Niemczech i powiedział, że od teraz nie ma partii, są tylko Niemcy. Podobnie stało się w każdym innym kraju Europy. Więc coś tu nie było w porządku.
Dla marksistów z definicji nie mogła być winna teoria. W 1917 doprowadzili oni wreszcie do przewrotu marksistowskiego w Rosji i wyglądać zaczęło, że teoria się sprawdza – ale wkrótce zacięła się znowu. Nie rozpowszechniała się, i kiedy zaraz po wojnie wysiłki były robione w tym kierunku, z powstaniem Spartakistów w Berlinie, rządem Beli Kuna na Węgrzech, Monachijską Republiką Radziecką, robotnicy nie poparli ich.
Więc marksiści mieli problem. I dwóch z nich zaczęło nad nim pracować: Antonio Gramsci we Włoszech i Gyorgy Lukács na Węgrzech. Gramsci powiedział, że robotnicy nigdy nie rozpoznają swojego rzeczywistego interesu klasowego, jak go zdefiniował marksizm, o ile nie zostaną wyzwoleni od kultury Zachodu, a w szczególności od religii chrześcijańskiej; że kultura i religia czynią ich ślepymi na ich rzeczywisty interes klasowy. Lukács, uważany za najznakomitszego teoretyka marksizmu od czasu samego Marksa, pytał w 1919 roku: “Kto nas uratuje od cywilizacji Zachodu?” On to też teoretyzował, że największym kamieniem na drodze do ustanowienia marksistowskiego raju jest kultura: cywilizacja Zachodu jako taka.
Lukács miał szansę sprawdzić swoje idee w praktyce, ponieważ kiedy domowego chowu bolszewicki rząd Beli Kuna zostaje ustanowiony na Węgrzech w 1919 r., zostaje on mianowany zastępcą komisarza kultury i pierwszą rzeczą jaką robi, jest wprowadzenie edukacji seksualnej w szkołach węgierskich. Więcej nie było potrzeba, żeby robotnicy nie poparli rządu Beli Kuna, ponieważ Węgrów to normalnie zatkało, robotników jak i wszystkich innych. Ale Lukács już wtedy coś zrozumiał, co wielu z nas dziwi jeszcze dzisiaj i co my przyjmujemy za “nowinkarstwo”.
W 1923 r. w Niemczech zostaje założony “think-tank”, organizacja intelektualna, która podejmuje się roli przełożenie marksizmu z kategorii ekonomicznych na kategorie kulturowe i która w końcu lat 1930. tworzy praktycznie bazę tego, co my nazywamy dziś polityczną poprawnością. Umożliwił to wszystko młody i bardzo bogaty spadkobierca niemieckiego handlowca-milionera, Felix Weil, który stał się marksistą i miał dużo pieniędzy do wydania. Wzburzały go podziały między marksistami, stał się więc sponsorem czegoś, co nazywało się Pierwszy Marksistowski Tydzień Prac, który to tydzień zgromadził Lukácsa i wielu czołowych niemieckich myślicieli, aby nad tymi podziałami popracowali.
I tam też Lukács powiedział: “Co nam jest potrzebne, to think-tank”, organizacja intelektualna. U nas w Waszyngtonie jest think-tanków zatrzęsienie i my myślimy o nich jako o czymś nowoczesnym. W rzeczywistości mają one swoją historię. Ten Weil-spadkobierca zakłada w 1923 r. instytut, związany z Uniwersytetem Frankfurckim, który miał początkowo występować pod nazwą “Instytut Marksizmu”. Ale ludzie, którzy za tym stali, doszli szybko do wniosku, że nie byłoby dla nich korzystne, takie otwarte identyfikowanie się jako marksiści. Ostatnią rzeczą jakiej poprawność polityczna chce, to żeby ludzie odkryli, że jest ona formą marksizmu. Więc w rezultacie nazywają oni tę organizację Instytutem Badań Społecznych.
Weil wie bardzo dobrze o co mu chodzi. W 1971 r. napisał do Martina Jay’a, autora podstawowego opracowania o Szkole Frankfurckiej (jak Instytut Badań Społecznych staje się wkrótce nieformalnie znany), że “Chciałem żeby Instytut był znany, być może słynny, jako wnoszący wkład do marksizmu”. Trzeba powiedzieć, odniósł w tym sukces. Pierwszy dyrektor Instytutu, Carl Grunberg, austriacki ekonomista, zakończył swoje programowe przemówienie – według Martina Jay’a – “otwarcie deklarując swoją lojalność do marksizmu jako metodologii naukowej”. Marksizm, powiedział on, będzie rządzącym pryncypium Instytutu, i to się nigdy nie zmieniło.
Wstępne prace w Instytucie były raczej konwencjonalne, ale w 1930 r. objął go nowy dyrektor, nazwiskiem Horkheimer, i poglądy Maxa Horkheimera były zdecydowanie inne. Był on w dużym stopniu marksistowskim renegatem. Ludzie, którzy zakładają i formują Szkołę Frankfurcką, to renegaci marksizmu. Oni dalej są bardzo marksistowscy w swoim myśleniu, ale z partii są efektywnie usuwani. Moskwa patrzy na to co oni robią i mówi: “Hej, to nie to o co nam chodzi, i my nie będziemy tego firmować”.
Horkheimera wyjściową herezją jest to, że interesuje się on bardzo Freudem. I kluczem do przełożenia marksizmu z kategorii ekonomicznych na kategorie kulturowe było zasadniczo to, że zastosował on w tym freudyzm. Znowu zacytuję Martina Jay’a: “Można powiedzieć, że w pierwszych latach swojego istnienia Instytut zajmował się głównie analizą socjo-ekonomicznej bazy społeczeństwa burżuazyjnego,” – i chciałbym podkreślić, że Jay jest dużym sympatykiem Szkoły Frankfurckiej, ja nie cytuję tutaj krytyka – “ale po roku 1930 głównym przedmiotem zainteresowań Instytutu stała się kulturowa nadbudowa. W istocie, markistowska formuła dotycząca stosunku między tymi dwoma strukturami została zakwestionowana przez Teorię Krytyczną”.
Te rzeczy, o których tu dzisiaj słyszymy – radykalny feminizm, wydziały studiów kobiecych, wydziały “studiów o czarnych” (black studies), wydziały studiów gejów, wszystkie one są gałęziami Teorii Krytycznej. Co Szkoła Frankfurcka w zasadzie zrobiła, to oparła się w latach 1930. na obu, Marksie i Freudzie, żeby stworzyć tę teorię zwaną Teorią Krytyczną. Nazwa jest świetnie pomyślana, bo kusi żeby zapytać “Co jest teorią?” Teorią jest, żeby krytykować. Teorią jest, że sposobem na zniszczenie kultury Zachodu i porządku kapitalistycznego jest, aby nie dawać możliwości alternatywy.
Oni absolutnie odmawiają przedstawienia czegoś takiego. Oni mówią, że tego nie da się zrobić, że my nie jesteśmy w stanie wyobrazić jak wolne społeczeństwo będzie wyglądało (ich definicja wolnego społeczeństwa). Tak długo jak żyjemy pod represją – represją wypływającą z kapitalistycznego porządku społecznego, który wytwarza (według ich teorii) uwarunkowanie freudowskie, uwarunkowanie, które Freud opisuje w odniesieniu do represji osobowej – my nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić, jak wolne społeczeństwo będzie wyglądało. Istotą Teorii Krytycznej jest po prostu krytykowanie. Domaga się ona najbardziej destruktywnego krytycyzmu jaki jest możliwy, w jakikolwiek możliwy sposób, aby zniszczyć panujący porządek. I, oczywiście, kiedy słyszymy od feministek, że całe społeczeństwo nie ma nic innego na celu jak tylko załatwić kobietę i tak dalej, ten rodzaj krytycyzmu to jest pochodna Teorii Krytycznej. Wszystko to bierze początek w latach 1930., nie 1960.
Inni kluczowi członkowie, którzy dołączają do Instytutu w tym czasie, to Theodore Adorno i, przede wszystkim, Erich Fromm i Herbert Marcuse. Fromm i Marcuse wprowadzają element, który staje się centralnym elementem Teorii Krytycznej, to jest element seksualny. Zwłaszcza Marcuse, który w swoich tekstach nawołuje do społeczeństwa “wielopostaciowej perwersyjności”, taka jest jego definicja przyszłości świata, który oni chcą stworzyć.
I choć wyróżnia się tu Marcuse, który latach 1930. pisze bardzo ekstremalne rzeczy na temat potrzeby wyzwolenia seksualnego, to tym jest przeniknięty cały Instytut. Podobnie jak większość motywów politycznej poprawności, jak daje się zauważyć. I to już było w latach 1930. Według Fromma, na przykład, męskość i kobiecość nie odzwierciedlają zasadniczych różnic płci, jak myśleli Romantycy. To różnice miałyby być raczej pochodnymi różnic w funkcjach życiowych, które w części zostały społecznie zdeterminowane. Płeć to konstrukcja. Różnice płci to konstrukcja.
Inny przykład to wiktymologiczne podejście do środowiska naturalnego. “Materializm, idąc wstecz aż do Hobbesa, doprowadził do nastawienia manipulatywnie-dominującego w stosunku do natury”. To Horkheimer w 1933 r. w Materialismus und Moral. ”W następnych latach, motyw dominacji natury przez człowieka”, pisze Jay, “znalazł się w centrum zainteresowania Szkoły Frankfurckiej”. “Antagonistyczny stosunek Horkheimera do fetyszyzacji pracy [w tym punkcie w sposób oczywisty odchodzą oni od marksistowskiej ortodoksji], został wyrażony w innym wymiarze jego materializmu, domaganiu się ludzkiego, zmysłowego szczęścia”. W jednym z najbardziej wyartykułowanych esejow, Egoizm a ruch wolnościowy, napisanym w 1936 r., Horkheimer “dyskutuje wrogość do osobistych satysfakcji i przyjemności ściśle związaną z kulturą burzuazyjną”. W szczególności odwołuje się on do Markiza de Sade, w sposób przychylny polecając jego “protest … przeciwko ascetyzmowi w imię wyższej moralności” .
Jak cała ta sprawa przelała się tutaj? Jak wlała się w nasze uniwersytety i, faktycznie, w nasze życia dzisiaj? Członkowie Szkoły Frankfurckiej to marksiści. To także, co do jednego, Żydzi. W 1933 r. do władzy w Niemczech doszli Naziści i nie można się dziwić, że zamknęli oni Instytut Badań Społecznych. Jego członkowie uciekli. Uciekli do Nowego Jorku i Instytut tu się w 1933 r. odbudował z pomocą Uniwersytetu Columbia. I członkowie Instytutu, stopniowo, przez lata 1930., jakkolwiek wielu z nich pisało w dalszym ciągu w języku niemieckim, zaczęli przenosić centrum zainteresowań z Teorii Krytycznej o społeczeństwie niemieckim, destruktywnego krytycyzmu wszystkich aspektów tamtego społeczeństwa, na Teorię Krytyczną skierowaną ku społeczeństwu amerykańskiemu.
Zachodzi także inna ważna transformacja z początkiem wojny. Niektórzy z nich przechodzą do pracy w rządzieUSA, włącznie z Herbertem Marcuse, który staje się kluczową figurą wOSS[Office of Strategic Services, poprzedniczka CIA], a niektórzy, w tym Horkheimer i Adorno, relokują się doHollywood.
Te źródła politycznej poprawności nie miałaby prawdopodobnie wielkiego znaczenia dla nas dzisiaj, gdyby nie dwa późniejsze zdarzenia. Pierwszym był bunt studencki połowy lat 1960., głównie na fali protesu przeciwko poborowi i wojnie w Wietnamie. Ale bunt studencki potrzebował jakiejś teorii. Oni nie mogli po prostu wyjść i wołać “Hell no we won’t go”, oni potrzebowali mieć do tego jakieś teoretyczne podparcie. Bardzo niewielu z nich było zainteresowanych zmaganiem się z Das Kapital. Klasyczny, ekonomiczny marksizm nie jest lekki, a większość radykałów lat 1960. nie była zbyt głęboka.
Na szczęście dla nich, a na nieszczęście dla naszego kraju dzisiaj, i nie tylko uniwersytetów, kiedy po wojnie Szkoła Frankfurcka przeniosła się z powrotem do Frankfurtu, Herbert Marcuse pozostał w Ameryce. I podczas kiedy pan Adorno w Niemczech jest przerażony buntem studentów kiedy ten tam wybucha – kiedy zbuntowani studenci pojawiają się na jego wykładzie, dzwoni on na policję i ci zostają aresztowani – Herbert Marcuse, który został tutaj, zobaczył w buncie studenckim lat 60. wielką szansę. Zobaczył możliwość użycia prac Szkoły Frankfurckiej jako teorii Nowej Lewicy w Stanach Zjednoczonych.
Jedna z książek Marcuse’a była w tym instrumentalna. Stała się praktycznie biblią SDS [Students for Democratic Society] i studenckich rebeliantów lat 60. Tą książką był Eros i cywilizacja. Marcuse wywodzi w niej, że w porządku kapitalistycznym (w dużym stopniu pomniejsza on tu znaczenie marksizmu, podtytuł książki głosi “Filozoficzne badanie Freuda”, jednak zrąb jest marksistowski), otóż Marcuse wywodzi w tej książce, że represja jest istotą tego porządku kapitalistycznego i to daje nam osobę opisaną przez Freuda – osobę z tymi wszystkimi zahamowaniami, neurozami, ponieważ jej instynkt seksualny podległ represji. Mamy przed sobą przyszłość jeśli tylko zniszczymy ten istniejący represyjny porządek, przyszłość, w której wyzwolimy eros, wyzwolimy libido, która będzie światem “wielopostaciowej perwersyjności” , w której będziesz “robił swoje”. I jeszcze jedno: w tym świecie nie będzie pracy, tylko zabawa. Co za wspaniałe przesłanie dla radykałów połowy lat 1960!
Bo to są studenci, to są baby boomers, dzieci powojennego wyżu demograficznego, których jedynym poważnym zmartwieniem przy osiąganiu pełnoletności było to, że trzeba będzie kiedyś znaleźć pracę. I tu mamy faceta piszącego rzeczy, które łatwo im będzie naśladować. On nie wymaga od nich, żeby czytali dużo ciężkostrawnego marksizmu i mówi im to wszystko, co oni chcą usłyszeć, czyli “Rób swoje”, “Jak przyjemne, to rób” i “Chodzenie do pracy to nie konieczność”.
Także Marcuse jest tym, który stworzył hasło “Uprawiaj miłość, nie wojnę” . Wracając do sytuacji z którą ludzie mają do czynienia na kampusie, Marcuse definiuje “tolerancję wyzwalającą” (liberating tolerance) jako nietolerancję dla wszystkiego co przychodzi z prawicy politycznej, i tolerancję dla wszystkiego, co przychodzi z lewicy. Marcuse włączył się do Szkoły Frankfurckiej w 1932 r., o ile dobrze pamiętam. Więc to wszystko ma początki w latach 1930.
Podsumowując, Ameryka jest dzisiaj w trakcie największej i najzgubniejszej transformacji w jej dziejach. Stajemy się państwem ideologicznym, krajem z oficjalną państwową ideologią narzucaną nam za pomocą władzy państwowej. W efekcie funcjonowania idei “przestępstw nienawiści” (hate crimes), mamy obecnie ludzi odbywających kary więzienia za posiadanie politycznych myśli. Kongres szykuje się obecnie tę kategorię jeszcze rozszerzyć. Akcja afirmatywna jest częścią tego procesu. Terror przeciwko komukolwiek, kto wyłamuje się z politycznej poprawności na kampusie, jest częścią tego.
To jest dokładnie to samo, co widzieliśmy, że stało się w Rosji, w Niemczech, w Chinach, i to teraz przychodzi tutaj. I my tego nie rozpoznajemy, bo nazywamy to polityczną poprawnością i obracamy w żart. Moje przesłanie dzisiaj jest takie, że to nie jest zabawne, to jest tutaj, to rozwija się i to w efekcie zniszczy – ponieważ to nastawione jest na niszczenie – wszystko, co my kiedykolwiek definiowaliśmy jako naszą wolność i naszą kulturę.
(dodaj komentarz)
JAK FEMINIZM DEPRAWUJE OJCOWSKĄ MIŁOŚĆ DO CÓREK

Henry Makow
Żyjemy w świecie, w którym próbuje się na nowo zdefiniował rodzinę i wyeliminować lub przynajmniej osłabić w niej role ojca. Ideolodzy feminizmu traktują mężczyzn jako używających przemocy tyranów i promują w związku z tym wychowywanie dzieci przez samotne matki lub pary homoseksualne. Viktoria Secunda w swojej książce – Women and their Fathers: the Sexual and Romantic Impact of the First Man in Your Life (1992) pisze, że już obecnie większość dziewcząt odczuwa zbyt nikle okazywanie im miłości przez ojców, co powoduje, że wyrastają one na niepewne siebie, oziębłe kobiety, które nie mają zaufania do mężczyzn. W rezultacie mamy do czynienia z nieudanymi małżeństwami, rozbitymi rodzinami i błędnym kołem braku ojcostwa.
Wnioski autorki oparte są na wynikach rozmów przeprowadzonych ze 150 córkami i 75 ojcami oraz z wieloma ekspertami. Sama autorka jest feministka, dlatego udało jej się w wielu miejscach uśpić cenzurę. W rezultacie powstała uczciwa i pożyteczna praca. Ironia jest fakt, że właśnie feminizm jest odpowiedzialny za wiele omawianych symptomów. Zdaniem autorki, dziewczęta kształtują swój romantyczny wzór mężczyzny w oparciu o relacje z ojcem. Jedna z dziewczyn stwierdziła np., “ze kiedy dorosnę, postaram sie znaleźć mężczyznę tak dobrego i miłego jak mój tatuś” (str. 105).
Kobiety instynktownie odtwarzają to czego doświadczyły w dzieciństwie, nawet jeżeli były to nieprzyjemne sytuacje ze strony ich ojców. Próbują jeszcze raz przeżyć swoje emocje z dzieciństwa, bo innych nie znają. Trzyletnia dziewczynka chciała np. wyjść za tatusia i odsunąć mamusie. Dobry ojciec powinien pomoc jej zrozumieć, że musi ją przygotować dla innego mężczyzny. Jeżeli jednak ojciec opuści rodzinę, jej idealizacja ojca pozostanie zamrożona w czasie. Dziewczynki potrzebują aprobaty i miłości ze strony ojca. To jest tak niezbędne jak słońce i woda dla kwiatu. Jedna z dziewcząt powiedziała ojcu, że kiedyś pozna chłopaka. Ojciec zażartował, że przepędzi go kijem. Powiedział to, żeby czuła swoja wartość. Nie musiał robić nic więcej. Inna młoda kobieta stwierdziła, że to dzięki ojcu uwierzyła w siebie. Kiedy matka powiedziała jej, że chłopcy nie lubią zbyt mądrych dziewcząt, ojciec odpowiedział, że znajdzie sobie mądrzejszego chłopaka. Takie kobiety mają pozytywne nastawienie do siebie i mogą znaleźć partnerów, którzy odzwierciedlają oddanych im ojców jakich pamiętają z dzieciństwa.
KOBIETY BEZ OJCÓW
Jeżeli kobieta nie ma kochającego i troszczącego się o nią ojca, np. na wskutek rozwodu lub emocjonalnej niedojrzałości, może próbować poznać mężczyzn, którzy nie dbają o nią lub odtrącają ją. Może myśleć o sobie jako o kimś kogo nie można pokochać. Szukając jakiejś rekompensaty, takie kobiety mogą przedwcześnie rozpoczynać życie seksualne. Mogą bać się intymności. Powszechne jest u nich przekonanie, że mężczyzna i tak je opuści. Zdaniem Secundy, kobiety, które mają problem z osiągnięciem orgazmu, zwykle w dzieciństwie nie miały ojca lub też nie był on emocjonalnie zaangażowany. Kobiety bez ojców nie czują się z nikim związane. Zamykają się w sobie i mają zwykle trudne stosunki z innymi. Większość takich córek zwykle w życiu wypróbowywało mężczyzn, szukało pretekstów, zaczynało walkę, oczekując, że zostaną opuszczone lub szukały usprawiedliwienia, aby odejść same. Innym symptomem była obawa, aby nie być finansowo zależną od mężczyzny. Wydaje się, że im mniej męskiej uwagi doświadczały w dzieciństwie, tym bardziej ukrywały swoje uczucia, ograniczały się do powierzchownych związków, które nie wymagały zaangażowania emocjonalnego. Dziewczyny, których ojcowie się wyparli, zwykle maskulinizowały się. Mogła to być podświadoma próba odzyskania ojca. Stawały się czymś, czego im brakowało. Innymi słowy, dobry ojciec umacnia w córce kobiecość. Kiedy brakuje ojca, szuka ona kompensaty w postaci maskulinizacji, co podważa oczywiście jej przyszłe relacje z mężczyznami.
GENEZA RUCHU FEMINISTYCZNEGO
Wiele liderek drugiej fali feminizmu to produkty rozbitych rodzin. Marilyn French autorka książki The War Against Women napisała, że “W moim życiu ojciec był nieobecny, nie interesował się nami.” Gloria Steinem mówiła, że jej ojciec wyjechał do Kalifornii i nigdy nie dzwonił. Widywała go raz lub dwa w ciągu roku. Feminizm to forma nieustannej kompensaty utraty ojca. Jego celem jest “obalić patriarchat.” Słowo to wywodzi się od łacińskiego pater, czyli ojciec. Podobnie jak komunizm, feminizm ma swoje korzenie w usiłowaniach Iluminatów obalenia Boga i naturalnego porządku oraz narzuceniu ludzkości wszechogarniającej dyktatury bogatych. Popierany przez Fundacje Rockefellera, niszczy tradycyjną rodzinę, co było również dalekosiężnym celem komunizmu. Fundacja Rockefellera wspierała również eksperymenty dr Josefa Mengele dokonywane na więźniach obozów koncentracyjnych. Ich celem, podobnie jak feminizmu, było wyhodowanie nowej rasy niewolników dla obsługiwania bogatych.
Wzorem dla feminizmu jest walka klas Maksa. Mężczyźni rzekomo uciskają kobiety, wykorzystując je w roli matek i żon, co jest oczywistym nonsensem, gdyż obydwie role społeczne męska i żeńska wymagają poświecenia. Mężczyźni od wieków chronili i wspierali swoje rodziny. Feminizm odzwierciedla przekonanie Iluminatów (masońsko-komunistyczne), że to człowiek określa rzeczywistość a nie Bóg lub natura. Role męskie i żeńskie mają być rzekomo zdeterminowane przez społeczeństwo a nie przez różnice biologiczne. Zmusza kobiety do porzucenia ról żeńskich oraz do uzurpowania sobie ról męskich. Celem jest pozbawienie mężczyzn cech męskich i uczynienie z nich politycznych impotentów. Miłość, szczególnie dla kobiet, jest kwestia wierności.. Feminizm uczy kobiety nieufności, twierdząc, że cala niesprawiedliwość bierze się z “nierówności” płci, dlatego należy dążyć do zlikwidowania hetero-seksualności. Wiele feministek jest lesbijkami, które promują homoseksualizm. Wymogły uchwalenie przepisów prawnych, które pozbawiają mężczyzn prawa do dzieci i majątku. Rutyną sądową stało się już dyskryminowanie mężczyzn.
Druga fala feminizmu jest największym wrogiem kobiecości. Stanowi cześć tajemnego planu zatrucia uczucia miłości oraz zniszczenia ludzkiej duchowości. Społeczeństwo traci na zanikaniu takich kobiecych cech jak kobieca miłość, czar, piękno, inteligencja, skromność oraz wdzięk Dziewictwo stało się już reliktem przeszłości. Kobiety chciałyby być wiecznie młode, ale zapominają, że sekretną formułą może być wierność. Władza umacnia i upowszechnia tą feministyczna mistyfikacje.
SPUSTOSZENIE WYWOŁANE PRZEZ FEMINIZM
Od czasu wystąpienia drugiej fali feminizmu w latach 60-ych trzykrotnie wzrosła ilość rozwodów. Obecnie prawie 50% białych kobiet , które wyszło za mąż jest rozwódkami. W latach 40-ych było ich tylko 14%. W latach 1970-1992 procent dzieci jakie urodziły się poza małżeństwem wzrósł z 11% do 30%. Trzykrotnie wzrosła ilość dzieci wychowywanych przez pojedynczych rodziców. W 2000 roku 22,4% (16 mln) dzieci poniżej 18 lat było wychowywanych przez samotne matki. W roku 1960 było ich tylko 8%. Badania przeprowadzone na próbie 1000 dzieci rozwiedzionych rodziców (1976-1987) wykazały, że prawie polowa z nich nie widziała się z ojcem w ciągu ostatniego roku. Sytuacja ta może wzmacniać zachowania homoseksualne, ponieważ jak wykazałem powyżej dziewczyny kompensują sobie brak ojca maskulinizacja a chłopcy feminizują się.
Z punktu widzenia rozwoju psychologicznego kobiet oraz poczucia szczęścia feminizm jest oczywistym zjawiskiem chorobowym.
OJCOWIE – CÓRKI: HETEROSEKSUALNY PARADYGMAT
Dzisiejsi mężczyźni i kobiety pozostają w stadium zahamowanego rozwoju emocjonalnego, w czymś co przypomina zamrożoną fazę zalotów. Kiedy ludzie znajdują się w rozterce oraz kiedy są spragnieni seksu stają się łatwo podatni na manipulacje. Media promują obsesje na punkcie seksu oraz przesuwają małżeństwo oraz zakładanie rodziny w nieskończoność. W małżeństwie seks jest łatwo dostępny i traci na ważności. Młodych mężczyzn uczy się oceniać kobiety po wyglądzie, ignorując cechy niezbędne do udanego małżeństwa. Media prezentują piękne kobiety jako boginie a miłość staje się ersatzem religii.
Chciałbym poniżej przedstawić kilka rad dla młodych mężczyzn:
Jeżeli kobiety tworzą obraz idealnego mężczyzny na podstawie swojego ojca, to być może mężczyźni powinni starać się być bardziej “ojcowscy” w swoim podejściu do kobiet. Zwykle kobiety wybierają sobie mężczyzn starszych od siebie (około 5 lat), odtwarzając swoją rodzinę taką by mąż zapewnił duchowe i emocjonalne bezpieczeństwo jak to robił (lub powinien robić) ich ojciec. Mężczyźni powinni szukać młodszych kobiet, które na nich czekają. Zamiast oceniać je w kategoriach seksu, powinni raczej wybierać długoterminowe stosunki prowadzące do małżeństwa. Daje to większą satysfakcje niż przypadkowy seks. Niezależnie od tego czy kobiety miały dobrego ojca, czy nie, potrzebują one takiego męża, który zapewniłby dzieciom bezpieczeństwo, opiekę i odpowiednie wychowanie. Mężczyźni powinni się przygotowywać do tej roli. Jest to standard, do którego mężczyźni zawsze się przymierzali i w jaki sposób są oceniani przez kobiety. Jeżeli kobiety w swoim wyborze kierują się wzorem ojca, to czy również mężczyźni szukają kobiet, które przypominają im matkę? Być może, ale to nie jest prawidłowe. Mężczyzna nie powinien oczekiwać, że żona będzie dla niego jak matką dla dziecka. Raczej powinien spodziewać się od niej lojalności, przywiązania i zaufania, jakim dziewczyna darzy swojego ojca. Mężczyzna powinien być autorytetem jako mąż i ojciec. Oczywiście, dla mężczyzny kobieta jest bardziej atrakcyjna, jeżeli jest mocna, skomplikowana i efektywna, ale kiedy również zachowuje swoje dziewczęce cechy. Kiedy kobieta ma zaufanie do męża, może zając się również swoją kobiecością, co pozwoli jej zachować młodość i atrakcyjność do późnych lat. Odpowiedzialność ojca polega na tym, aby budować w córce zaufanie do mężczyzn i przygotować ją dla wartościowego partnera. Wymaga to utwierdzenia jej płciowej identyfikacji jako atrakcyjnej partnerki dla przyszłego męża.
KONKLUZJE
W ciągu mojego życia popularny obraz ojca został przekształcony z budzącego szacunek Roberta Younga z Father Knows Best w głupkowatego Homera Simpsona. Nie jest to ani przypadek, ani “znak czasu”. Proces ten odzwierciedla skomplikowany plan wojny psychologicznej opracowany przez Iluminatów, aby od maskulinizować mężczyzn, zmniejszyć populacje oraz zdegradować i zdestabilizować społeczeństwo. Ci, którzy sprawują władze nad nasza planeta nie chcą, abyśmy byli dojrzali i mogli oceniać rzeczywisty obraz sytuacji. Ich głównym narzędziem są media, które promują takie ruchy jak feminizm w tani sposób, aby robiły wrażenie spontanicznego działania. Kobiety mają takie samo prawo do szacunku i samorealizacji, jeżeli tego chcą. Problem leży w tym, że druga fala feminizmu nie dotyczy właściwie równości w swobodzie wyboru, ale zawiera ukryty program upowszechniania lesbijskich zachowań, które atakują podstawowa komórkę społeczną jaką jest heteroseksualna rodzina. Na tej chorobie, która prowadzi do zniszczenia rodziny powstała pasożytnicza warstwa feministycznych profesjonalistek: polityków, wychowawców, pisarzy, prawników, konsultantów społecznych, itd. która stała się już polityczną elitą mającą wpływ na nasze życie. W ten sposób ludzkość znalazła się w stadium zahamowanego rozwoju. Najwyższy czas, aby mężczyźni zaczęli działać. W cyklu ludzkiego żywota, chłopcy stają się ojcami. Syn niesie wizje swojego ojca. Mówi się, że nie odniosłeś sukcesu, jeżeli nie masz następcy. Mężczyźni również cierpią z powodu utraty ojca, ale mamy Ojca, który nas nie opuści. Myślę o Bogu. Zostaliśmy stworzeni na jego podobieństwo i nosimy go w swojej duszy. Po łacinie vir znaczy mężczyzna. Pochodzące od niego angielskie słowo virtue znaczy postępować właściwie. W tym kontekście właściwą rzeczą dla mężczyzny jest założenie zdrowej, szczęśliwej rodziny opartej na prawdziwych wartościach i prawidłowej wizji życia.
(Z angielskiego tłumaczył Stanley Sas)
Żyjemy w świecie, w którym próbuje się na nowo zdefiniował rodzinę i wyeliminować lub przynajmniej osłabić w niej role ojca. Ideolodzy feminizmu traktują mężczyzn jako używających przemocy tyranów i promują w związku z tym wychowywanie dzieci przez samotne matki lub pary homoseksualne. Viktoria Secunda w swojej książce – Women and their Fathers: the Sexual and Romantic Impact of the First Man in Your Life (1992) pisze, że już obecnie większość dziewcząt odczuwa zbyt nikle okazywanie im miłości przez ojców, co powoduje, że wyrastają one na niepewne siebie, oziębłe kobiety, które nie mają zaufania do mężczyzn. W rezultacie mamy do czynienia z nieudanymi małżeństwami, rozbitymi rodzinami i błędnym kołem braku ojcostwa.
Wnioski autorki oparte są na wynikach rozmów przeprowadzonych ze 150 córkami i 75 ojcami oraz z wieloma ekspertami. Sama autorka jest feministka, dlatego udało jej się w wielu miejscach uśpić cenzurę. W rezultacie powstała uczciwa i pożyteczna praca. Ironia jest fakt, że właśnie feminizm jest odpowiedzialny za wiele omawianych symptomów. Zdaniem autorki, dziewczęta kształtują swój romantyczny wzór mężczyzny w oparciu o relacje z ojcem. Jedna z dziewczyn stwierdziła np., “ze kiedy dorosnę, postaram sie znaleźć mężczyznę tak dobrego i miłego jak mój tatuś” (str. 105).
Kobiety instynktownie odtwarzają to czego doświadczyły w dzieciństwie, nawet jeżeli były to nieprzyjemne sytuacje ze strony ich ojców. Próbują jeszcze raz przeżyć swoje emocje z dzieciństwa, bo innych nie znają. Trzyletnia dziewczynka chciała np. wyjść za tatusia i odsunąć mamusie. Dobry ojciec powinien pomoc jej zrozumieć, że musi ją przygotować dla innego mężczyzny. Jeżeli jednak ojciec opuści rodzinę, jej idealizacja ojca pozostanie zamrożona w czasie. Dziewczynki potrzebują aprobaty i miłości ze strony ojca. To jest tak niezbędne jak słońce i woda dla kwiatu. Jedna z dziewcząt powiedziała ojcu, że kiedyś pozna chłopaka. Ojciec zażartował, że przepędzi go kijem. Powiedział to, żeby czuła swoja wartość. Nie musiał robić nic więcej. Inna młoda kobieta stwierdziła, że to dzięki ojcu uwierzyła w siebie. Kiedy matka powiedziała jej, że chłopcy nie lubią zbyt mądrych dziewcząt, ojciec odpowiedział, że znajdzie sobie mądrzejszego chłopaka. Takie kobiety mają pozytywne nastawienie do siebie i mogą znaleźć partnerów, którzy odzwierciedlają oddanych im ojców jakich pamiętają z dzieciństwa.
KOBIETY BEZ OJCÓW
Jeżeli kobieta nie ma kochającego i troszczącego się o nią ojca, np. na wskutek rozwodu lub emocjonalnej niedojrzałości, może próbować poznać mężczyzn, którzy nie dbają o nią lub odtrącają ją. Może myśleć o sobie jako o kimś kogo nie można pokochać. Szukając jakiejś rekompensaty, takie kobiety mogą przedwcześnie rozpoczynać życie seksualne. Mogą bać się intymności. Powszechne jest u nich przekonanie, że mężczyzna i tak je opuści. Zdaniem Secundy, kobiety, które mają problem z osiągnięciem orgazmu, zwykle w dzieciństwie nie miały ojca lub też nie był on emocjonalnie zaangażowany. Kobiety bez ojców nie czują się z nikim związane. Zamykają się w sobie i mają zwykle trudne stosunki z innymi. Większość takich córek zwykle w życiu wypróbowywało mężczyzn, szukało pretekstów, zaczynało walkę, oczekując, że zostaną opuszczone lub szukały usprawiedliwienia, aby odejść same. Innym symptomem była obawa, aby nie być finansowo zależną od mężczyzny. Wydaje się, że im mniej męskiej uwagi doświadczały w dzieciństwie, tym bardziej ukrywały swoje uczucia, ograniczały się do powierzchownych związków, które nie wymagały zaangażowania emocjonalnego. Dziewczyny, których ojcowie się wyparli, zwykle maskulinizowały się. Mogła to być podświadoma próba odzyskania ojca. Stawały się czymś, czego im brakowało. Innymi słowy, dobry ojciec umacnia w córce kobiecość. Kiedy brakuje ojca, szuka ona kompensaty w postaci maskulinizacji, co podważa oczywiście jej przyszłe relacje z mężczyznami.
GENEZA RUCHU FEMINISTYCZNEGO
Wiele liderek drugiej fali feminizmu to produkty rozbitych rodzin. Marilyn French autorka książki The War Against Women napisała, że “W moim życiu ojciec był nieobecny, nie interesował się nami.” Gloria Steinem mówiła, że jej ojciec wyjechał do Kalifornii i nigdy nie dzwonił. Widywała go raz lub dwa w ciągu roku. Feminizm to forma nieustannej kompensaty utraty ojca. Jego celem jest “obalić patriarchat.” Słowo to wywodzi się od łacińskiego pater, czyli ojciec. Podobnie jak komunizm, feminizm ma swoje korzenie w usiłowaniach Iluminatów obalenia Boga i naturalnego porządku oraz narzuceniu ludzkości wszechogarniającej dyktatury bogatych. Popierany przez Fundacje Rockefellera, niszczy tradycyjną rodzinę, co było również dalekosiężnym celem komunizmu. Fundacja Rockefellera wspierała również eksperymenty dr Josefa Mengele dokonywane na więźniach obozów koncentracyjnych. Ich celem, podobnie jak feminizmu, było wyhodowanie nowej rasy niewolników dla obsługiwania bogatych.
Wzorem dla feminizmu jest walka klas Maksa. Mężczyźni rzekomo uciskają kobiety, wykorzystując je w roli matek i żon, co jest oczywistym nonsensem, gdyż obydwie role społeczne męska i żeńska wymagają poświecenia. Mężczyźni od wieków chronili i wspierali swoje rodziny. Feminizm odzwierciedla przekonanie Iluminatów (masońsko-komunistyczne), że to człowiek określa rzeczywistość a nie Bóg lub natura. Role męskie i żeńskie mają być rzekomo zdeterminowane przez społeczeństwo a nie przez różnice biologiczne. Zmusza kobiety do porzucenia ról żeńskich oraz do uzurpowania sobie ról męskich. Celem jest pozbawienie mężczyzn cech męskich i uczynienie z nich politycznych impotentów. Miłość, szczególnie dla kobiet, jest kwestia wierności.. Feminizm uczy kobiety nieufności, twierdząc, że cala niesprawiedliwość bierze się z “nierówności” płci, dlatego należy dążyć do zlikwidowania hetero-seksualności. Wiele feministek jest lesbijkami, które promują homoseksualizm. Wymogły uchwalenie przepisów prawnych, które pozbawiają mężczyzn prawa do dzieci i majątku. Rutyną sądową stało się już dyskryminowanie mężczyzn.
Druga fala feminizmu jest największym wrogiem kobiecości. Stanowi cześć tajemnego planu zatrucia uczucia miłości oraz zniszczenia ludzkiej duchowości. Społeczeństwo traci na zanikaniu takich kobiecych cech jak kobieca miłość, czar, piękno, inteligencja, skromność oraz wdzięk Dziewictwo stało się już reliktem przeszłości. Kobiety chciałyby być wiecznie młode, ale zapominają, że sekretną formułą może być wierność. Władza umacnia i upowszechnia tą feministyczna mistyfikacje.
SPUSTOSZENIE WYWOŁANE PRZEZ FEMINIZM
Od czasu wystąpienia drugiej fali feminizmu w latach 60-ych trzykrotnie wzrosła ilość rozwodów. Obecnie prawie 50% białych kobiet , które wyszło za mąż jest rozwódkami. W latach 40-ych było ich tylko 14%. W latach 1970-1992 procent dzieci jakie urodziły się poza małżeństwem wzrósł z 11% do 30%. Trzykrotnie wzrosła ilość dzieci wychowywanych przez pojedynczych rodziców. W 2000 roku 22,4% (16 mln) dzieci poniżej 18 lat było wychowywanych przez samotne matki. W roku 1960 było ich tylko 8%. Badania przeprowadzone na próbie 1000 dzieci rozwiedzionych rodziców (1976-1987) wykazały, że prawie polowa z nich nie widziała się z ojcem w ciągu ostatniego roku. Sytuacja ta może wzmacniać zachowania homoseksualne, ponieważ jak wykazałem powyżej dziewczyny kompensują sobie brak ojca maskulinizacja a chłopcy feminizują się.
Z punktu widzenia rozwoju psychologicznego kobiet oraz poczucia szczęścia feminizm jest oczywistym zjawiskiem chorobowym.
OJCOWIE – CÓRKI: HETEROSEKSUALNY PARADYGMAT
Dzisiejsi mężczyźni i kobiety pozostają w stadium zahamowanego rozwoju emocjonalnego, w czymś co przypomina zamrożoną fazę zalotów. Kiedy ludzie znajdują się w rozterce oraz kiedy są spragnieni seksu stają się łatwo podatni na manipulacje. Media promują obsesje na punkcie seksu oraz przesuwają małżeństwo oraz zakładanie rodziny w nieskończoność. W małżeństwie seks jest łatwo dostępny i traci na ważności. Młodych mężczyzn uczy się oceniać kobiety po wyglądzie, ignorując cechy niezbędne do udanego małżeństwa. Media prezentują piękne kobiety jako boginie a miłość staje się ersatzem religii.
Chciałbym poniżej przedstawić kilka rad dla młodych mężczyzn:
Jeżeli kobiety tworzą obraz idealnego mężczyzny na podstawie swojego ojca, to być może mężczyźni powinni starać się być bardziej “ojcowscy” w swoim podejściu do kobiet. Zwykle kobiety wybierają sobie mężczyzn starszych od siebie (około 5 lat), odtwarzając swoją rodzinę taką by mąż zapewnił duchowe i emocjonalne bezpieczeństwo jak to robił (lub powinien robić) ich ojciec. Mężczyźni powinni szukać młodszych kobiet, które na nich czekają. Zamiast oceniać je w kategoriach seksu, powinni raczej wybierać długoterminowe stosunki prowadzące do małżeństwa. Daje to większą satysfakcje niż przypadkowy seks. Niezależnie od tego czy kobiety miały dobrego ojca, czy nie, potrzebują one takiego męża, który zapewniłby dzieciom bezpieczeństwo, opiekę i odpowiednie wychowanie. Mężczyźni powinni się przygotowywać do tej roli. Jest to standard, do którego mężczyźni zawsze się przymierzali i w jaki sposób są oceniani przez kobiety. Jeżeli kobiety w swoim wyborze kierują się wzorem ojca, to czy również mężczyźni szukają kobiet, które przypominają im matkę? Być może, ale to nie jest prawidłowe. Mężczyzna nie powinien oczekiwać, że żona będzie dla niego jak matką dla dziecka. Raczej powinien spodziewać się od niej lojalności, przywiązania i zaufania, jakim dziewczyna darzy swojego ojca. Mężczyzna powinien być autorytetem jako mąż i ojciec. Oczywiście, dla mężczyzny kobieta jest bardziej atrakcyjna, jeżeli jest mocna, skomplikowana i efektywna, ale kiedy również zachowuje swoje dziewczęce cechy. Kiedy kobieta ma zaufanie do męża, może zając się również swoją kobiecością, co pozwoli jej zachować młodość i atrakcyjność do późnych lat. Odpowiedzialność ojca polega na tym, aby budować w córce zaufanie do mężczyzn i przygotować ją dla wartościowego partnera. Wymaga to utwierdzenia jej płciowej identyfikacji jako atrakcyjnej partnerki dla przyszłego męża.
KONKLUZJE
W ciągu mojego życia popularny obraz ojca został przekształcony z budzącego szacunek Roberta Younga z Father Knows Best w głupkowatego Homera Simpsona. Nie jest to ani przypadek, ani “znak czasu”. Proces ten odzwierciedla skomplikowany plan wojny psychologicznej opracowany przez Iluminatów, aby od maskulinizować mężczyzn, zmniejszyć populacje oraz zdegradować i zdestabilizować społeczeństwo. Ci, którzy sprawują władze nad nasza planeta nie chcą, abyśmy byli dojrzali i mogli oceniać rzeczywisty obraz sytuacji. Ich głównym narzędziem są media, które promują takie ruchy jak feminizm w tani sposób, aby robiły wrażenie spontanicznego działania. Kobiety mają takie samo prawo do szacunku i samorealizacji, jeżeli tego chcą. Problem leży w tym, że druga fala feminizmu nie dotyczy właściwie równości w swobodzie wyboru, ale zawiera ukryty program upowszechniania lesbijskich zachowań, które atakują podstawowa komórkę społeczną jaką jest heteroseksualna rodzina. Na tej chorobie, która prowadzi do zniszczenia rodziny powstała pasożytnicza warstwa feministycznych profesjonalistek: polityków, wychowawców, pisarzy, prawników, konsultantów społecznych, itd. która stała się już polityczną elitą mającą wpływ na nasze życie. W ten sposób ludzkość znalazła się w stadium zahamowanego rozwoju. Najwyższy czas, aby mężczyźni zaczęli działać. W cyklu ludzkiego żywota, chłopcy stają się ojcami. Syn niesie wizje swojego ojca. Mówi się, że nie odniosłeś sukcesu, jeżeli nie masz następcy. Mężczyźni również cierpią z powodu utraty ojca, ale mamy Ojca, który nas nie opuści. Myślę o Bogu. Zostaliśmy stworzeni na jego podobieństwo i nosimy go w swojej duszy. Po łacinie vir znaczy mężczyzna. Pochodzące od niego angielskie słowo virtue znaczy postępować właściwie. W tym kontekście właściwą rzeczą dla mężczyzny jest założenie zdrowej, szczęśliwej rodziny opartej na prawdziwych wartościach i prawidłowej wizji życia.
(Z angielskiego tłumaczył Stanley Sas)
Wojna Kultur

(zostaw komentarz)
W TYM SZALEŃSTWIE JEST METODA
William Norman Grigg
(The New American, Vol. 16, No. 22, pp.10-14)
Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, ze obecny atak na tradycyjna chrześcijańska kulturę Ameryki i Europy opiera się na teorii znanego ideologa, włoskiego komunisty, Antonio Gramsci’ego, który opracował strategie budowania państwa totalitarnego.
W każdym totalitarnym państwie uciskanych jest więcej niż uciskających. Jakkolwiek takie państwa tworzy się w oparciu o strach i terror, to niemożliwe jest stworzenie takich państwowych instytucji, które byłyby w stanie kontrolować wszystkich i wszystko w tym samym czasie Tak wiec, tyran, który chce zdominować cala populacje, musi zastosować takie środki, które zmusza ofiary, aby same zakuły się w niewole. Aldous Huxley, autor klasycznej antytotalitarnej książki Nowy Wspaniały Świat, wyjaśnia, ze w idealnym systemie totalitarnym wladcy nie musza stosowac przymusu, aby kontrolować populacje, gdyż sami poddani lubią swoje poddanstwo. W idealnym panstwie totalitarnym Huxley’a spoleczenstwo jest kontrolowane poprzez wykorzystanie seksu, narkotykow, niewyszukana rozrywke, slogany oraz zaspokajanie sztucznie tworzonych zachcianek.
Rosyjski antykomunista Aleksander Zinowiew, autor znany na calym swiecie, opisal w jaki sposob Zachod, a szczegolnie Stany Zjednoczone, staczaja sie w kierunku kultury totalitarnej, jaka przewidzial Huxley. “Wystarczy wlaczyc TV, pojsc do kina, przeczytac jakis bestseller, posluchac muzyki, wszedzie promowanie kultu seksu, przemocy i pieniadza. Szlachetne slogany o potrzebie tolerancji i respektu dla innych ukrywaja te trzy filary totalitarnej demokracji” (Le Figaro, 24.07.1999) .Zinowiew, dysydent przesladowany w czasach rezimu Brezniewa, doskonale rozumial w jaki sposob totalitarna wladza podwaza kulturalne instytucje wolnego spoleczenstwa. Czesto wladzy nie mozna przechwycic wprowadzajac od razu totalna dyktature. Nieraz niezbedne jest stopniowe, cierpliwe podporzadkowywanie waznych instytucji i konsolidowanie wladzy.
Podstawy teoretyczne dla tego rodzaju dzialan opracowal wloski komunista Antonio Gramsci, ktory wiedzial, ze tworzenie totalitarnego panstwa wymaga oslabienia instytucji, ktore izoluja poszczegolnych obywateli od wplywow wladzy, takich jak rodzina, zorganizowana religia, itd. oraz systematyczne przedefiniowanie kultury,w taki sposob, aby ustanowic nowy porzadek polityczny. Haslo Gramsciego brzmialo” “Przechwycic kulture!”
W swoim opracowaniu The two revolutions: Gramsci and the Dilemmas of Western Marxism, marksistowski teoretyk Carl Boggs podkresla, ze “transformacja ku socjalizmowi musi przebiegac na dwoch oddzielnych, ale zaleznych od siebie terenach: panstwa i gospodarki.. Ci, ktorzy chca zwyciestwa socjalistycznej rewolucji, nie moga wygrac poprzez proste obalenie istniejacej machiny panstwowej, albo zniszczenie starych instytucji lub nawet powolanie do wladzy liderow, ktorzy okreslaja siebie jako komunisci. Musi nastapic rowniez stopniowe opanowanie sil spolecznych wyrastajacych z serca spoleczenstwa kapitalistycznego.” Rudi Dutschke okreslil ten process jako “dlugi marsz poprzez instytucje.” – przejmowanie uniwersytetow, szkol, mediow, rozrywki, kosciolow i religijnych grup, fundacji i innych czolowych instytucji przez marksistow.
Sukces ataku kulturalnego w stylu Gramsciego na Ameryke potwierdzil Michael Walzer w pismie marksistowskim Dissent w 1996r. Jako przyklady zwyciestwa rewolucyjnej lewicy, Walzer wymienia: widoczne wplywy feminizmu, rezultaty akcji afirmacyjnej, pojawienie sie ruchu gejowskiego oraz naglasnianie tych spraw przez media. Nastepnie, akceptacje pluralizmu kulturowego, przemiana rodziny, wzrost rozwodow, zmiana rol plci, postepujaca sekularyzacja, usuwanie religii a szczegolnie chrzecijanstwa ze sfery publicznej (ze szkol, podrecznikow, swiat), abolicja kary smierci, legalizacja aborcji, ograniczenie prawa do posiadania broni, itp. Wszystkie te “dokonania” zostaly narzucone spoleczenstwu przez “liberalne elity”a nie sa rezultatem presji mas lub partii reprezentujacych wiekszosc. Postepujace zmiany odzwierciedlaja lewackie lub liberalne poglady prawnikow, biurokratow panstwowych, profesorow, nauczycieli, dziennikarzy, rezyserow a nie spoleczenstaw jako calosci.
Tworzenie kultury smierci
Jak ta strategia dziala w praktyce, mozemy latwo dostrzec w kazdym ataku na tradycyjna amerykanska kulture. Szczegolnie widoczne bylo to w kampaniii majacej na celu obalenie prawnej ochrony dzieci nienarodzonych i narzucenie spoleczenstwu “etyki smierci” jako naszego narodowego standardu. W swoim artykule n/t rewolucji aborcyjnej, jaki ukazal sie w Human Life Review z 1998r., Mary Meehan pisala: “wszyscy ci bojownicy o prawa obywatelskie, adwokaci praw kobiet, zacheceni liberalnymi pradami lat 1960-ych, osmielili sie poruszyc publicznie kwestie aborcji i rozpoczeli debate spoleczna na ten temat. Decyzja Sadu Najwyzszego w sprawie Roe v. Wade potwierdzila zwyciestwo tego ruchu. Jednakze, jak wynika z materialow archiwalnych, otrzymywal on olbrzymie poparcie ze strony amerykanskich wplywowych elit.
Zadne nazwisko nie jest bardziej zwiazane z tymi elitami niz Rockefeller, ktory od poczatku wspieral finansowo amerykanski ruch aborcyjny. John D. Rockefeller 3-ci oraz jego rodzina utworzyli fundacje, ktorej celem bylo wspieranie ruchu na rzecz eugeniki. Dziadek Rockefellera i jego syn John D.Jr rowniez byli czlonkami Amerykanskiego Stowarzyszenia Eugenicznego. Pieniadze Rockefellerow pomogly przetrwac Stowarzyszeniu czas kryzysu. Wsrod przedstawicieli amerykanskich elit finansowych, ktore wspieraly amerykanski ruch na rzezcz eugeniki mozna spotkac tak znane nazwiska jak Mary Harriman, wdowa po baronie kolejowym E.H. Harrimanie oraz George Eastman wlasciciela Eastman Kodak.
Socjalistka i agitatorka przeciwko chrzescijanstwu, Margaret Sanger, fundatorka Ligi Kontroli Urodzen (pozniej zmieniono nazwe na Planowanie Rodziny) rowniez nalezala do Amerykanskiego Stowarzyszenia Eugenicznego (ASE) i w znacznym stopniu korzystala ze wsparcia finansowego Rockefellerow. Sanger nie tylko byla ogniwem laczacym amerykanskie elity wladzy z agitatorami ulicznymi, ale rowniez posredniczyla w kontaktach ASE z jej odpowiednikami w nazistowskich Niemczech. W wydaniu Birth Control Review z kwietnia 1933r., pismie Sanger propagujacym idée sterylizacji eugenicznej, ukazal sie artykul na ten temat napisany przez nazistowskiego dygnitarza dr Ernsta Rudina . Wedlug Meehan, Hitler otwarcie podziwial program ASE.
W roku 1939 Fundacja Rockefellera finansowala tajne badania pod nazwaStudia nad amerykanskimi interesami w czasie wojny i pokoju. Badania te w imieniu Departamentu Stanu USA przeprowadzila Rada Stosunkow Zagranicznych, ktora opracowala projekt utworzenia przyszlego ONZ. Wsrod tematow tych studiow znalazlo sie rowniez opracowanie eugenisty Franka Notesteina Propaganda kontroli zajsc w ciaze jako integralna czesc programu zdrowia publicznego. Pierwszy dyrektor generalny UNESCO, Julian Huxley, zamiescil te zalecenia w publikacji z 1947r. pt. UNESCO: Its Purposes and Its Philosophy. J.Huxley pisal, ze “jakkolwiek zadna radykalna polityka eugeniczna w najblizszej przyszlosci nie bedzie mozliwa ze wzgledow psychologicznych i politycznych, to w ramach UNESCO nalezy ja studiowac i informowac o tych problemach spoleczenstwo, tak aby stopniowo to co jest dzisiaj nie do pomyslenia, stalo sie mozliwe w przyszlosci.” W 1952r. John D.Rockefeller 3-ci wraz z Fryderykiem Osbornem z ASE utworzyli Rade d/s Populacji. Wedlug Mary Meehan, celem tej Rady bylo przekonywac przywodcow politycznych ubogich panstw, ze maja oni powazne problemy ludnosciowe i doradzac im jak moga je rozwiazac poprzez kontrole populacji.
Oczywiscie, ten projekt “nie do pomyslenia” nie byl przeznaczony wylacznie na eksport do innych krajow. Michael S.Teitelbaum pisal w Foreign Affairs (zima 1992-93): “na poczatku lat 1960-ych opinia elit politycznych, zarowno demokratow jak i republikanow, konserwatystow i liberalow, zblizyla sie w sprawach ludnosciowych do pogladow Rockefellera. Czolowi politycy z administracji JFK Kennedy’ego wystapili z pierwsza inicjatywa w polityce zagranicznej dotyczaca poulacji, mimo protestow ze strony kosciola katolickiego.” Wdlug dziennikarza Beniamina Bradlee, zaufanego czlowieka JFK Kennedye’go, prezydent zwierzyl mu sie, ze prywatnie popiera ludzi, ktorzy chca rozwiazywac swoje problemy przy pomocy aborcji. W 1963r. prezydent Planowania Rodziny Alan Guttmacher wyjasnial swoim towarzyszom, ze prawo chroniace nienarodozone dzieci moze byc zmienione tylko “cal po calu, stopa po stopie, nigdy o mile. Ja jestem za aborcja na zadanie, ale z praktycnego punktu widzenia taka rewolucja spoleczna moze sie dokonac jedynie etapami.”
Obalenie prawa
Dla podwazenia prawa chroniacego nienarodzone dzieci, elity pod dowodztwem Rockefellera utworzyly Narodowe Stowarzyszenie d/s Reformy Prawa Aborcyjnego (obecna nazwa Liga Narodowa Aborcji i Akcji na rzecz Praw do Reprodukcji). Wspoltworca tego stowarzyszenia dr Bernard Nathanson, ktory pozniej zmienil poglady i stal sie adwokatem pro-life, nazwal wspomniana grupe “radykalnymi bolszewikami.”Postawili sobie za zadanie zmienic obowiazujace wowczas prawo i zastapic go przepisami dopuszczajacymi aborcje na zadanie. Jedna z najbardziej skutecznych taktyk NSRPA bylo “oskarzanie kosciola o kazda smierc kobiet, wynikla z nielegalnej aborcji.” W latach 1960 bylo okolo 300 przypadkow zgonow rocznie z powodu przeprowadzenia pokatnej aborcji w USA, ale NSRPA w swoich prasowych oswiadczeniach powiekszyla ta liczbe do 5 tysiecy. Wspoltworca NSRPA, Lawrence Lader, zagorzaly marksista, byl scislym wspolpracownikiem Rockefellerow w sprawach obalenia prawa do zycia.Wkrotce poglady te, reprezentujace etyke smierci, zaczely zwyciezac w miare jak kolejne stany (Nowy Jork, Kalifornia, Newada, itd.) zaczely liberalizowac prawo do aborcji. Ostatecznie w 1973r. decyzja sadu w/s Roe v. Wade zniosla ostatnie pozostajace przepisy, chroniace nienarodzone dzieci (jak rowniez czesto dzieci wlasnie przychodzace na swiat).Ta stalinowska, aborcyjna makabra, osiagajaca dzisiejsze przerazajace rozmiary, jest tylko jednym aspektem rewolucji spolecznej, sprowokowanej przez elity wladzy oraz ruch na rzecz eugeniki.
W 1967r. w swoim eseju opublikowanym w pismie Science, adwokat kontroli urodzen Kingsley Davis zanotowal, ze warunki, ktore powoduja uznanie ciazy za chciana lub niechciana znajduja sie poza kontrola rodziny. Dla osiagniecia znacznego ograniczenia urodzen, niezbedna jest zmiana struktury spolecznej i gospodarczej. Konieczne jest dokonanie zmian w strukturze rodzin, pozycji kobiet, zachowaniu seksualnym, aby zmienic motywacje do checi posiadania dzieci. Sugerowal, aby rzad manipulowal struktura podatkowa w taki sposob, aby zniechecac do zawierania malzenstw lub stwarzal warunki, w ktorych kobiety musialyby pracowac poza domem. W memo opublikowanym w 1970r. w Family Planning Perspectives, wiceprezydent Planowania Rodziny Frederick Jaffe idzie sladami eugenicznej rewolucji socjalnej wskazanymi przez Davisa. Memo grupuje kontrole urodzen w cztery kategorie: przymus spoleczny, bodzce ekonomiczne, kontrola spoleczna, polityka mieskaniowa. Kategoria “przymus spoleczny” obejmuje: obowiazkowe uswiadamianie dzieci, popieranie homoseksualizmu, zmiane obrazu tzw. idealnej rodziny, zachecanie kobiet do pracy poza domem, a jezeli to wszystko zawiedzie, rozpuszczanie srodkow ograniczajacych plodnosc w wodzie pitnej dostarczanej do domow. Jakkolwiek sterylizacja na masowa skale jeszcze dotychczas nie miala miejsca, to wszystko inne juz zastosowano.
Apostol perwersji
Podstawy amerykanskiej “rewolucji seksualnej,” prowadzace do zmian w zachowaniu seksualnym, zostaly opracowane przez seksuologa Alfreda Kinsey’a, ktory w 1948r. opublikowal prace Sexual Behavior in the Human Male.Wspierany przez Fundacje Rockefellera, Kinsey zaatakowal fundamenty moralne naszej kultury i otworzyl puszke Pandory spolecznych wynaturzen, takich jak: przelamanie oporow moralnych, rozwody, aborcje, homoseksualizm, pornografie, seksualne wykorzystywanie dzieci, itd. Dr Judith Reisman w swoich opracowaniach Kinsey, Sex and Fraud oraz Kinsey: Crimes and Consequencesujawnila “naukowe” metody jakimi poslugiwal sie Kinsey, ktory jako probke “typowych” przedstawicieli amerykanskiego spoleczenstwa przyjal wiezniow oskarzonych o molestowanie dzieci oraz innych dewiantow seksualnych. Na podstawie tych “badan” Kingsey wyciagnal wnioski, ze 95% doroslych amerykanskich mezczyzn angazuje sie w roznego rodzaju zboczona seksualna dzialanosc.
Fakt powszechnej akceptacji mitu, ze 10% populacji stanowia homoseksualisci jest najlepsza ilustracja wplywow Kinsey’a. Jednakze, jak twierdzi dr Reisman, wplywy kabaly Kinsey’a wybiegaja znacznie poza upowszechnienie homoseksualimu. Szkola Kinsey’a postawila sobie zadanie podkopania lub oslabienia prawa dotyczacego: gwaltow, uwiedzenia, prostytucji, sodomii, ekshibicjonizmu, kazirodztwa, bigamii, obscenicznosci, zdrady malzenskiej, wolnych zwiazkow, pederastii, pornografii, narkotykow, itp. Adwokat Kinsey’a, Morris Ernst (zwiazany z American Civil Liberties Union) stwierdzil, ze kazda strona raportu Kinsey’a w jakis sposob dotyka prawnego kodu. Przy pomocy innych zwolennikow zmian w stylu Gramsciego ze srodowisk akademickich i prawniczych, Kinsey ze swoimi kolegami byli w stanie zdziesiatkowac tradycyjne standardy prawne i spoleczne. Mowiac o wplywie Kinsey’a na prawo,dr Reisman podkresla, ze Kinsey jest najczesciej cytowanym seksuologiem w zachodnim swiecie.“Trudno przecenic olbrzymie spustoszenie, jakie wywolalo powszechne promowanie i akceptacja prac Kinsey’a,” komentuje dr Reisman. “Badania Kinsey’a zniszczyly fundamenty moralne Ameryki i zapoczatkowaly rewolucje seksualna lat 1960-ych. Straszliwe skutki tego sa widoczne dzisiaj golym okiem w skokowo rosnacych przypadkach takich patologii spolecznych jak: rozwody, aborcje, brak zahamowan seksualnych, rozpowszechnianie chorob droga plciowa, pozamalzenskie dzieci, pornografia, homoseksualizm, sadomasochizm, gwalty, molestowanie dzieci, przemoc, rozne przestepstwa na tle seksualmnym, rozbicie rodziny, itd.”
Atak feminizmu
Najbardziej widoczne sa rezultaty ataku ruchu feministycznego na tradycyjny dom rodzinny. Atak ten, nieustannie popiearany finasowo przez elity wladzy, ma wplyw na obydwie partie polityczne. Jakkolwiek wielu komentatorow wskazuje na absurdy tego ruchu, to niewielu zdaje sobie sprawe z tego, ze nowoczesny feminism mial swoje oparcie w ruchu komunistycznym. Leon Trocki pisal w 1917r. “Jakkolwiek tworzymy ruch jednoczacy kobiety przeciwko uciskowi, to naszym celem jest wykorzystanie najbardziej swiatlych jednostek tego ruchu do budowania partii rewolucyjnej, ktora jednoczylaby wszystkie uciskane warstwy spoleczne. Ruch wyzwolenia kobiet byl centralna czescia amerykanskiej rewolucji socjalistycznej.”Betty Friedan, matka amerykanskiego ruchu feministycznego, nalezala wlasnie do tych “najbardziej swiatlych kobiet,” o ktorych mowil Trocki. Mimo starannie opracowanego image jako typowej podmiejskiej gospodyni, ktora sfrustrowana zyciem domowym (ktore nazywala “wygodnym obozem koncentracyjnym”) zajela sie radykalna polityka, Friedan byla profesjonalna propagandystka kontrolowanej przez sowietow Amerykanskiej Partii Komunistycznej. David Horowitz, byly aktywista Nowej Lewicy, pisal, ze zanim zostala dzialaczka ruchu feministycznego, byla oddana, stalinowska dzialaczka, czlonkiem V komunistycznej kolumny w USA. O jej slepiej wierze w ideologie stalinowska najlepiej moze swiadczyc fakt, ze nalezala do tej grupy amerykanskich komunistow, ktorzy de facto poparli pakt pomiedzy Hitlerem a Stalinem 1939-41. Zdaniem Horowitza, jej zainteresowanie wyzwoleniem kobiet bylo w rzeczywistosci tylko pretekstem do prawdziwego pragnienia, jakim bylo utworzenie sowieckiej Ameryki. Dla stworzenia sowieckiej Ameryki niezbedne byloby wykreslenie tradycyjnej rodziny i zastapienie jej przez panstwo. Karol Marks w Manifescie Komunistycznym wzywal do porzucenia rodziny. Uczennica Friedan, Shulamith Firestone pisala w 1970r. w swoim traktacie The Dialectic of Sex, ze Marks przewidywal, iz wszystkie antagonizmy jakie kielkuja w rodzinie eksploduja kiedys w olbrzymiej skali w spoleczenstwie i panstwie.
“Dopoki rewolucja nie zniesie podstawowej organizacji jaka jest biologiczna rodzina, nie zlikwiduje sie tasiemca wyzysku.” Rewolucjonistka feminizmu, Ellen Willis, pisala w The Nation z 14 listopada 1981r., “Feminizm to nie tylko kwestia lub grupa kwestii, to krawedz rewolucji na polu wartosci moralnych i kulturalnych. Celem kazdej reformy feministycznej, od legalizacji aborcji do programow opieki nad dziecmi, jest podwazenie tradycyjnych rodzinnych wartosci.” Podwazenie tradycyjnych instytucji rodzinnych jest rowniez celem rewolucji homoseksualnej, ktora podobnie jak ruch feministyczny, ma swoje korzenie w marksistowskiej lewicy i jest wspomagana przez elity wladzy. Amerykanski ruch “praw gejowskich” zostal zainaugurowany przez Mattachine Society, zalozone w latach 1950-ych przez dwoch marksistow Harry’ego Hay’a i Rudiego Gernreich’a. Szokujace sukcesy kampanii na rzecz normalizacji homoseksualizmu sa produktem podstepnej strategii, stosowanej przez media, a szczegolnie przez przemysl rozrywkowy oraz inne instytucje kontrolowane przez wiadome elity, reedukujace spoleczenstwo w taki sposob, aby zaakceptowalo te mniejszosc. Strategia ta zostala przedstawiona z zaskakujaca szczeroscia przez aktywistow homoseksualizmu Marshalla Kirka i Huntera Madsena w pracy pt. After the Ball: How America Will Conquer Its Fear and Hatred of Gays in the ‘90’s. Czerpiac z Gramsci’ego (i Goebbelsa) autorzy argumentowali, ze “lawendowe lobby” montuje wojne propagandowa na wielka skale, aby doprowadzic do “konwersji” Ameryki poprzez “planowany atak psychologiczny.” Jak przewidywali obaj autorzy, Ameryka zostanie wkrotce “wyleczona” ze swojego oporu wobec homoseksualnej perwersji, czy jej sie to podoba, czy nie.
Mit nieuniknionego
Wiele problemow, dreczacych wspolczesna Ameryke, nie odzwierciedla wcale nieodwracalnego marszu “postepu spolecznego” lub nieuniknionego rozkladu spolecznego. W rzeczywistosci, odzwierciedla destrukcyjne dzialanie trwajacej od wielu lat konspiracji przeciwko spoleczenstwu amerykanskiemu. Gramsci mowil o ataku na wszystkie istotne instytucje, ktore stoja na przeszkodzie utworzenia panstwa totalitarnego. Gramsci mowil o “fortecah” i “okopach,” ktore nalezy zdobyc. Jednakze, ci ktorzy kochaja wolnosc, powinni pomyslec o odbudowaniu takich instytucji jak rodzina, tradycyjna religia, moralnosc jako “warstwy mocy,” ktore sa w stanie stawiac silny opor. Odbudowa ta nie bedzie jednak mozliwa, dopoki znaczaca liczba ludzi (ktorym na tym zalezy) nie zrozumie konspiracyjnych korzeni tej wojny kultur. Zrozumienie to pomoze pozbyc sie niebezpiecznej iluzji, jaka ogarnela wielu dobrych ludzi, ktorzy uwierzyli, ze upadek naszej kultury jest czyms nieuniknionym i nie da sie go powstrzymac. Zrozumienie ukrytych knowan naszych wrogow jest niezbedne, aby przewidziec ich nastepne kroki i zorganizowac skuteczna obrone. Tylko dzieki zorganizowanej, pryncypialnej obronie naszego dziedzictwa i wolnosci ta wojna kultur moze byc ostatecznie wygrana.
(Z angielskiego przetlumaczyl i opracowal: Longinus Felixus Smyrgala, Ph Dr.)
W TYM SZALEŃSTWIE JEST METODA
William Norman Grigg
(The New American, Vol. 16, No. 22, pp.10-14)
Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, ze obecny atak na tradycyjna chrześcijańska kulturę Ameryki i Europy opiera się na teorii znanego ideologa, włoskiego komunisty, Antonio Gramsci’ego, który opracował strategie budowania państwa totalitarnego.
W każdym totalitarnym państwie uciskanych jest więcej niż uciskających. Jakkolwiek takie państwa tworzy się w oparciu o strach i terror, to niemożliwe jest stworzenie takich państwowych instytucji, które byłyby w stanie kontrolować wszystkich i wszystko w tym samym czasie Tak wiec, tyran, który chce zdominować cala populacje, musi zastosować takie środki, które zmusza ofiary, aby same zakuły się w niewole. Aldous Huxley, autor klasycznej antytotalitarnej książki Nowy Wspaniały Świat, wyjaśnia, ze w idealnym systemie totalitarnym wladcy nie musza stosowac przymusu, aby kontrolować populacje, gdyż sami poddani lubią swoje poddanstwo. W idealnym panstwie totalitarnym Huxley’a spoleczenstwo jest kontrolowane poprzez wykorzystanie seksu, narkotykow, niewyszukana rozrywke, slogany oraz zaspokajanie sztucznie tworzonych zachcianek.
Rosyjski antykomunista Aleksander Zinowiew, autor znany na calym swiecie, opisal w jaki sposob Zachod, a szczegolnie Stany Zjednoczone, staczaja sie w kierunku kultury totalitarnej, jaka przewidzial Huxley. “Wystarczy wlaczyc TV, pojsc do kina, przeczytac jakis bestseller, posluchac muzyki, wszedzie promowanie kultu seksu, przemocy i pieniadza. Szlachetne slogany o potrzebie tolerancji i respektu dla innych ukrywaja te trzy filary totalitarnej demokracji” (Le Figaro, 24.07.1999) .Zinowiew, dysydent przesladowany w czasach rezimu Brezniewa, doskonale rozumial w jaki sposob totalitarna wladza podwaza kulturalne instytucje wolnego spoleczenstwa. Czesto wladzy nie mozna przechwycic wprowadzajac od razu totalna dyktature. Nieraz niezbedne jest stopniowe, cierpliwe podporzadkowywanie waznych instytucji i konsolidowanie wladzy.
Podstawy teoretyczne dla tego rodzaju dzialan opracowal wloski komunista Antonio Gramsci, ktory wiedzial, ze tworzenie totalitarnego panstwa wymaga oslabienia instytucji, ktore izoluja poszczegolnych obywateli od wplywow wladzy, takich jak rodzina, zorganizowana religia, itd. oraz systematyczne przedefiniowanie kultury,w taki sposob, aby ustanowic nowy porzadek polityczny. Haslo Gramsciego brzmialo” “Przechwycic kulture!”
W swoim opracowaniu The two revolutions: Gramsci and the Dilemmas of Western Marxism, marksistowski teoretyk Carl Boggs podkresla, ze “transformacja ku socjalizmowi musi przebiegac na dwoch oddzielnych, ale zaleznych od siebie terenach: panstwa i gospodarki.. Ci, ktorzy chca zwyciestwa socjalistycznej rewolucji, nie moga wygrac poprzez proste obalenie istniejacej machiny panstwowej, albo zniszczenie starych instytucji lub nawet powolanie do wladzy liderow, ktorzy okreslaja siebie jako komunisci. Musi nastapic rowniez stopniowe opanowanie sil spolecznych wyrastajacych z serca spoleczenstwa kapitalistycznego.” Rudi Dutschke okreslil ten process jako “dlugi marsz poprzez instytucje.” – przejmowanie uniwersytetow, szkol, mediow, rozrywki, kosciolow i religijnych grup, fundacji i innych czolowych instytucji przez marksistow.
Sukces ataku kulturalnego w stylu Gramsciego na Ameryke potwierdzil Michael Walzer w pismie marksistowskim Dissent w 1996r. Jako przyklady zwyciestwa rewolucyjnej lewicy, Walzer wymienia: widoczne wplywy feminizmu, rezultaty akcji afirmacyjnej, pojawienie sie ruchu gejowskiego oraz naglasnianie tych spraw przez media. Nastepnie, akceptacje pluralizmu kulturowego, przemiana rodziny, wzrost rozwodow, zmiana rol plci, postepujaca sekularyzacja, usuwanie religii a szczegolnie chrzecijanstwa ze sfery publicznej (ze szkol, podrecznikow, swiat), abolicja kary smierci, legalizacja aborcji, ograniczenie prawa do posiadania broni, itp. Wszystkie te “dokonania” zostaly narzucone spoleczenstwu przez “liberalne elity”a nie sa rezultatem presji mas lub partii reprezentujacych wiekszosc. Postepujace zmiany odzwierciedlaja lewackie lub liberalne poglady prawnikow, biurokratow panstwowych, profesorow, nauczycieli, dziennikarzy, rezyserow a nie spoleczenstaw jako calosci.
Tworzenie kultury smierci
Jak ta strategia dziala w praktyce, mozemy latwo dostrzec w kazdym ataku na tradycyjna amerykanska kulture. Szczegolnie widoczne bylo to w kampaniii majacej na celu obalenie prawnej ochrony dzieci nienarodzonych i narzucenie spoleczenstwu “etyki smierci” jako naszego narodowego standardu. W swoim artykule n/t rewolucji aborcyjnej, jaki ukazal sie w Human Life Review z 1998r., Mary Meehan pisala: “wszyscy ci bojownicy o prawa obywatelskie, adwokaci praw kobiet, zacheceni liberalnymi pradami lat 1960-ych, osmielili sie poruszyc publicznie kwestie aborcji i rozpoczeli debate spoleczna na ten temat. Decyzja Sadu Najwyzszego w sprawie Roe v. Wade potwierdzila zwyciestwo tego ruchu. Jednakze, jak wynika z materialow archiwalnych, otrzymywal on olbrzymie poparcie ze strony amerykanskich wplywowych elit.
Zadne nazwisko nie jest bardziej zwiazane z tymi elitami niz Rockefeller, ktory od poczatku wspieral finansowo amerykanski ruch aborcyjny. John D. Rockefeller 3-ci oraz jego rodzina utworzyli fundacje, ktorej celem bylo wspieranie ruchu na rzecz eugeniki. Dziadek Rockefellera i jego syn John D.Jr rowniez byli czlonkami Amerykanskiego Stowarzyszenia Eugenicznego. Pieniadze Rockefellerow pomogly przetrwac Stowarzyszeniu czas kryzysu. Wsrod przedstawicieli amerykanskich elit finansowych, ktore wspieraly amerykanski ruch na rzezcz eugeniki mozna spotkac tak znane nazwiska jak Mary Harriman, wdowa po baronie kolejowym E.H. Harrimanie oraz George Eastman wlasciciela Eastman Kodak.
Socjalistka i agitatorka przeciwko chrzescijanstwu, Margaret Sanger, fundatorka Ligi Kontroli Urodzen (pozniej zmieniono nazwe na Planowanie Rodziny) rowniez nalezala do Amerykanskiego Stowarzyszenia Eugenicznego (ASE) i w znacznym stopniu korzystala ze wsparcia finansowego Rockefellerow. Sanger nie tylko byla ogniwem laczacym amerykanskie elity wladzy z agitatorami ulicznymi, ale rowniez posredniczyla w kontaktach ASE z jej odpowiednikami w nazistowskich Niemczech. W wydaniu Birth Control Review z kwietnia 1933r., pismie Sanger propagujacym idée sterylizacji eugenicznej, ukazal sie artykul na ten temat napisany przez nazistowskiego dygnitarza dr Ernsta Rudina . Wedlug Meehan, Hitler otwarcie podziwial program ASE.
W roku 1939 Fundacja Rockefellera finansowala tajne badania pod nazwaStudia nad amerykanskimi interesami w czasie wojny i pokoju. Badania te w imieniu Departamentu Stanu USA przeprowadzila Rada Stosunkow Zagranicznych, ktora opracowala projekt utworzenia przyszlego ONZ. Wsrod tematow tych studiow znalazlo sie rowniez opracowanie eugenisty Franka Notesteina Propaganda kontroli zajsc w ciaze jako integralna czesc programu zdrowia publicznego. Pierwszy dyrektor generalny UNESCO, Julian Huxley, zamiescil te zalecenia w publikacji z 1947r. pt. UNESCO: Its Purposes and Its Philosophy. J.Huxley pisal, ze “jakkolwiek zadna radykalna polityka eugeniczna w najblizszej przyszlosci nie bedzie mozliwa ze wzgledow psychologicznych i politycznych, to w ramach UNESCO nalezy ja studiowac i informowac o tych problemach spoleczenstwo, tak aby stopniowo to co jest dzisiaj nie do pomyslenia, stalo sie mozliwe w przyszlosci.” W 1952r. John D.Rockefeller 3-ci wraz z Fryderykiem Osbornem z ASE utworzyli Rade d/s Populacji. Wedlug Mary Meehan, celem tej Rady bylo przekonywac przywodcow politycznych ubogich panstw, ze maja oni powazne problemy ludnosciowe i doradzac im jak moga je rozwiazac poprzez kontrole populacji.
Oczywiscie, ten projekt “nie do pomyslenia” nie byl przeznaczony wylacznie na eksport do innych krajow. Michael S.Teitelbaum pisal w Foreign Affairs (zima 1992-93): “na poczatku lat 1960-ych opinia elit politycznych, zarowno demokratow jak i republikanow, konserwatystow i liberalow, zblizyla sie w sprawach ludnosciowych do pogladow Rockefellera. Czolowi politycy z administracji JFK Kennedy’ego wystapili z pierwsza inicjatywa w polityce zagranicznej dotyczaca poulacji, mimo protestow ze strony kosciola katolickiego.” Wdlug dziennikarza Beniamina Bradlee, zaufanego czlowieka JFK Kennedye’go, prezydent zwierzyl mu sie, ze prywatnie popiera ludzi, ktorzy chca rozwiazywac swoje problemy przy pomocy aborcji. W 1963r. prezydent Planowania Rodziny Alan Guttmacher wyjasnial swoim towarzyszom, ze prawo chroniace nienarodozone dzieci moze byc zmienione tylko “cal po calu, stopa po stopie, nigdy o mile. Ja jestem za aborcja na zadanie, ale z praktycnego punktu widzenia taka rewolucja spoleczna moze sie dokonac jedynie etapami.”
Obalenie prawa
Dla podwazenia prawa chroniacego nienarodzone dzieci, elity pod dowodztwem Rockefellera utworzyly Narodowe Stowarzyszenie d/s Reformy Prawa Aborcyjnego (obecna nazwa Liga Narodowa Aborcji i Akcji na rzecz Praw do Reprodukcji). Wspoltworca tego stowarzyszenia dr Bernard Nathanson, ktory pozniej zmienil poglady i stal sie adwokatem pro-life, nazwal wspomniana grupe “radykalnymi bolszewikami.”Postawili sobie za zadanie zmienic obowiazujace wowczas prawo i zastapic go przepisami dopuszczajacymi aborcje na zadanie. Jedna z najbardziej skutecznych taktyk NSRPA bylo “oskarzanie kosciola o kazda smierc kobiet, wynikla z nielegalnej aborcji.” W latach 1960 bylo okolo 300 przypadkow zgonow rocznie z powodu przeprowadzenia pokatnej aborcji w USA, ale NSRPA w swoich prasowych oswiadczeniach powiekszyla ta liczbe do 5 tysiecy. Wspoltworca NSRPA, Lawrence Lader, zagorzaly marksista, byl scislym wspolpracownikiem Rockefellerow w sprawach obalenia prawa do zycia.Wkrotce poglady te, reprezentujace etyke smierci, zaczely zwyciezac w miare jak kolejne stany (Nowy Jork, Kalifornia, Newada, itd.) zaczely liberalizowac prawo do aborcji. Ostatecznie w 1973r. decyzja sadu w/s Roe v. Wade zniosla ostatnie pozostajace przepisy, chroniace nienarodzone dzieci (jak rowniez czesto dzieci wlasnie przychodzace na swiat).Ta stalinowska, aborcyjna makabra, osiagajaca dzisiejsze przerazajace rozmiary, jest tylko jednym aspektem rewolucji spolecznej, sprowokowanej przez elity wladzy oraz ruch na rzecz eugeniki.
W 1967r. w swoim eseju opublikowanym w pismie Science, adwokat kontroli urodzen Kingsley Davis zanotowal, ze warunki, ktore powoduja uznanie ciazy za chciana lub niechciana znajduja sie poza kontrola rodziny. Dla osiagniecia znacznego ograniczenia urodzen, niezbedna jest zmiana struktury spolecznej i gospodarczej. Konieczne jest dokonanie zmian w strukturze rodzin, pozycji kobiet, zachowaniu seksualnym, aby zmienic motywacje do checi posiadania dzieci. Sugerowal, aby rzad manipulowal struktura podatkowa w taki sposob, aby zniechecac do zawierania malzenstw lub stwarzal warunki, w ktorych kobiety musialyby pracowac poza domem. W memo opublikowanym w 1970r. w Family Planning Perspectives, wiceprezydent Planowania Rodziny Frederick Jaffe idzie sladami eugenicznej rewolucji socjalnej wskazanymi przez Davisa. Memo grupuje kontrole urodzen w cztery kategorie: przymus spoleczny, bodzce ekonomiczne, kontrola spoleczna, polityka mieskaniowa. Kategoria “przymus spoleczny” obejmuje: obowiazkowe uswiadamianie dzieci, popieranie homoseksualizmu, zmiane obrazu tzw. idealnej rodziny, zachecanie kobiet do pracy poza domem, a jezeli to wszystko zawiedzie, rozpuszczanie srodkow ograniczajacych plodnosc w wodzie pitnej dostarczanej do domow. Jakkolwiek sterylizacja na masowa skale jeszcze dotychczas nie miala miejsca, to wszystko inne juz zastosowano.
Apostol perwersji
Podstawy amerykanskiej “rewolucji seksualnej,” prowadzace do zmian w zachowaniu seksualnym, zostaly opracowane przez seksuologa Alfreda Kinsey’a, ktory w 1948r. opublikowal prace Sexual Behavior in the Human Male.Wspierany przez Fundacje Rockefellera, Kinsey zaatakowal fundamenty moralne naszej kultury i otworzyl puszke Pandory spolecznych wynaturzen, takich jak: przelamanie oporow moralnych, rozwody, aborcje, homoseksualizm, pornografie, seksualne wykorzystywanie dzieci, itd. Dr Judith Reisman w swoich opracowaniach Kinsey, Sex and Fraud oraz Kinsey: Crimes and Consequencesujawnila “naukowe” metody jakimi poslugiwal sie Kinsey, ktory jako probke “typowych” przedstawicieli amerykanskiego spoleczenstwa przyjal wiezniow oskarzonych o molestowanie dzieci oraz innych dewiantow seksualnych. Na podstawie tych “badan” Kingsey wyciagnal wnioski, ze 95% doroslych amerykanskich mezczyzn angazuje sie w roznego rodzaju zboczona seksualna dzialanosc.
Fakt powszechnej akceptacji mitu, ze 10% populacji stanowia homoseksualisci jest najlepsza ilustracja wplywow Kinsey’a. Jednakze, jak twierdzi dr Reisman, wplywy kabaly Kinsey’a wybiegaja znacznie poza upowszechnienie homoseksualimu. Szkola Kinsey’a postawila sobie zadanie podkopania lub oslabienia prawa dotyczacego: gwaltow, uwiedzenia, prostytucji, sodomii, ekshibicjonizmu, kazirodztwa, bigamii, obscenicznosci, zdrady malzenskiej, wolnych zwiazkow, pederastii, pornografii, narkotykow, itp. Adwokat Kinsey’a, Morris Ernst (zwiazany z American Civil Liberties Union) stwierdzil, ze kazda strona raportu Kinsey’a w jakis sposob dotyka prawnego kodu. Przy pomocy innych zwolennikow zmian w stylu Gramsciego ze srodowisk akademickich i prawniczych, Kinsey ze swoimi kolegami byli w stanie zdziesiatkowac tradycyjne standardy prawne i spoleczne. Mowiac o wplywie Kinsey’a na prawo,dr Reisman podkresla, ze Kinsey jest najczesciej cytowanym seksuologiem w zachodnim swiecie.“Trudno przecenic olbrzymie spustoszenie, jakie wywolalo powszechne promowanie i akceptacja prac Kinsey’a,” komentuje dr Reisman. “Badania Kinsey’a zniszczyly fundamenty moralne Ameryki i zapoczatkowaly rewolucje seksualna lat 1960-ych. Straszliwe skutki tego sa widoczne dzisiaj golym okiem w skokowo rosnacych przypadkach takich patologii spolecznych jak: rozwody, aborcje, brak zahamowan seksualnych, rozpowszechnianie chorob droga plciowa, pozamalzenskie dzieci, pornografia, homoseksualizm, sadomasochizm, gwalty, molestowanie dzieci, przemoc, rozne przestepstwa na tle seksualmnym, rozbicie rodziny, itd.”
Atak feminizmu
Najbardziej widoczne sa rezultaty ataku ruchu feministycznego na tradycyjny dom rodzinny. Atak ten, nieustannie popiearany finasowo przez elity wladzy, ma wplyw na obydwie partie polityczne. Jakkolwiek wielu komentatorow wskazuje na absurdy tego ruchu, to niewielu zdaje sobie sprawe z tego, ze nowoczesny feminism mial swoje oparcie w ruchu komunistycznym. Leon Trocki pisal w 1917r. “Jakkolwiek tworzymy ruch jednoczacy kobiety przeciwko uciskowi, to naszym celem jest wykorzystanie najbardziej swiatlych jednostek tego ruchu do budowania partii rewolucyjnej, ktora jednoczylaby wszystkie uciskane warstwy spoleczne. Ruch wyzwolenia kobiet byl centralna czescia amerykanskiej rewolucji socjalistycznej.”Betty Friedan, matka amerykanskiego ruchu feministycznego, nalezala wlasnie do tych “najbardziej swiatlych kobiet,” o ktorych mowil Trocki. Mimo starannie opracowanego image jako typowej podmiejskiej gospodyni, ktora sfrustrowana zyciem domowym (ktore nazywala “wygodnym obozem koncentracyjnym”) zajela sie radykalna polityka, Friedan byla profesjonalna propagandystka kontrolowanej przez sowietow Amerykanskiej Partii Komunistycznej. David Horowitz, byly aktywista Nowej Lewicy, pisal, ze zanim zostala dzialaczka ruchu feministycznego, byla oddana, stalinowska dzialaczka, czlonkiem V komunistycznej kolumny w USA. O jej slepiej wierze w ideologie stalinowska najlepiej moze swiadczyc fakt, ze nalezala do tej grupy amerykanskich komunistow, ktorzy de facto poparli pakt pomiedzy Hitlerem a Stalinem 1939-41. Zdaniem Horowitza, jej zainteresowanie wyzwoleniem kobiet bylo w rzeczywistosci tylko pretekstem do prawdziwego pragnienia, jakim bylo utworzenie sowieckiej Ameryki. Dla stworzenia sowieckiej Ameryki niezbedne byloby wykreslenie tradycyjnej rodziny i zastapienie jej przez panstwo. Karol Marks w Manifescie Komunistycznym wzywal do porzucenia rodziny. Uczennica Friedan, Shulamith Firestone pisala w 1970r. w swoim traktacie The Dialectic of Sex, ze Marks przewidywal, iz wszystkie antagonizmy jakie kielkuja w rodzinie eksploduja kiedys w olbrzymiej skali w spoleczenstwie i panstwie.
“Dopoki rewolucja nie zniesie podstawowej organizacji jaka jest biologiczna rodzina, nie zlikwiduje sie tasiemca wyzysku.” Rewolucjonistka feminizmu, Ellen Willis, pisala w The Nation z 14 listopada 1981r., “Feminizm to nie tylko kwestia lub grupa kwestii, to krawedz rewolucji na polu wartosci moralnych i kulturalnych. Celem kazdej reformy feministycznej, od legalizacji aborcji do programow opieki nad dziecmi, jest podwazenie tradycyjnych rodzinnych wartosci.” Podwazenie tradycyjnych instytucji rodzinnych jest rowniez celem rewolucji homoseksualnej, ktora podobnie jak ruch feministyczny, ma swoje korzenie w marksistowskiej lewicy i jest wspomagana przez elity wladzy. Amerykanski ruch “praw gejowskich” zostal zainaugurowany przez Mattachine Society, zalozone w latach 1950-ych przez dwoch marksistow Harry’ego Hay’a i Rudiego Gernreich’a. Szokujace sukcesy kampanii na rzecz normalizacji homoseksualizmu sa produktem podstepnej strategii, stosowanej przez media, a szczegolnie przez przemysl rozrywkowy oraz inne instytucje kontrolowane przez wiadome elity, reedukujace spoleczenstwo w taki sposob, aby zaakceptowalo te mniejszosc. Strategia ta zostala przedstawiona z zaskakujaca szczeroscia przez aktywistow homoseksualizmu Marshalla Kirka i Huntera Madsena w pracy pt. After the Ball: How America Will Conquer Its Fear and Hatred of Gays in the ‘90’s. Czerpiac z Gramsci’ego (i Goebbelsa) autorzy argumentowali, ze “lawendowe lobby” montuje wojne propagandowa na wielka skale, aby doprowadzic do “konwersji” Ameryki poprzez “planowany atak psychologiczny.” Jak przewidywali obaj autorzy, Ameryka zostanie wkrotce “wyleczona” ze swojego oporu wobec homoseksualnej perwersji, czy jej sie to podoba, czy nie.
Mit nieuniknionego
Wiele problemow, dreczacych wspolczesna Ameryke, nie odzwierciedla wcale nieodwracalnego marszu “postepu spolecznego” lub nieuniknionego rozkladu spolecznego. W rzeczywistosci, odzwierciedla destrukcyjne dzialanie trwajacej od wielu lat konspiracji przeciwko spoleczenstwu amerykanskiemu. Gramsci mowil o ataku na wszystkie istotne instytucje, ktore stoja na przeszkodzie utworzenia panstwa totalitarnego. Gramsci mowil o “fortecah” i “okopach,” ktore nalezy zdobyc. Jednakze, ci ktorzy kochaja wolnosc, powinni pomyslec o odbudowaniu takich instytucji jak rodzina, tradycyjna religia, moralnosc jako “warstwy mocy,” ktore sa w stanie stawiac silny opor. Odbudowa ta nie bedzie jednak mozliwa, dopoki znaczaca liczba ludzi (ktorym na tym zalezy) nie zrozumie konspiracyjnych korzeni tej wojny kultur. Zrozumienie to pomoze pozbyc sie niebezpiecznej iluzji, jaka ogarnela wielu dobrych ludzi, ktorzy uwierzyli, ze upadek naszej kultury jest czyms nieuniknionym i nie da sie go powstrzymac. Zrozumienie ukrytych knowan naszych wrogow jest niezbedne, aby przewidziec ich nastepne kroki i zorganizowac skuteczna obrone. Tylko dzieki zorganizowanej, pryncypialnej obronie naszego dziedzictwa i wolnosci ta wojna kultur moze byc ostatecznie wygrana.
(Z angielskiego przetlumaczyl i opracowal: Longinus Felixus Smyrgala, Ph Dr.)
"Newsy" zrujnują Ci zdrowie

photo - topnews
poczta zdrowia
(dodaj komentarz)
Rolph Dobelli przedstawił interesującą tezę, zgodnie z którą informacje medialne o bieżących wydarzeniach, a mówiąc krócej – newsy, są szkodliwe dla zdrowia. Dlaczego? Otóż wywołują one poczucie strachu, budzą agresję, wpływają hamująco na kreatywność i zdolność myślenia. I są na to dowody. Bylibyśmy zatem szczęśliwsi, gdybyśmy... w ogóle ich nie poznawali...
Newsy są dla Twojego mózgu tym, czym słodkości dla ciała. Łatwo je „przełknąć”, przynoszą odrobinę przyjemności, nie wymagają wysiłku, ale w ostatecznym rozrachunku sprawiają, że gnuśniejesz. Zamiast dostarczać informacji, tylko przepełniają Ci głowę faktami, które nie znajdują żadnego praktycznego ani teoretycznego zastosowania w życiu. Nie masz na nie żadnego wpływu ani w żaden sposób Cię nie dotyczą.
W przeciwieństwie do książek, możesz wchłonąć wiele takich bieżących doniesień wpływających na Twoje samopoczucie podobnie jak kolorowe cukierki.
Newsy są toksyczne Wyobraź sobie taką informację: samochód przejeżdża po moście, który nagle łamie się wpół. Jak przekaże Ci to prasa? Jeżeli kierowca nadal żyje, z pewnością będziesz słyszał o tym wypadku jeszcze przez najbliższe kilkanaście godzin. Dlaczego? Ponieważ czytelnicy ekscytują się przeżywaniem takich emocji, chcą poznać jak najwięcej szczegółów od świadków zdarzenia (na przykład dokąd jechał kierowca, o czym myślał, co czuł), a także dlatego, że jest to prosta, krótka wiadomość, którą dziennikarzowi łatwo przygotować. Dotarcie do informacji, które mogłyby być w takim przypadku dla Ciebie przydatne (takie jak konstrukcja mostu i jego wytrzymałość oraz wskazanie wszystkich miejsc, w których istnieje ryzyko podobnego zdarzenia), byłoby zbyt skomplikowane i kłopotliwe.
Takie podejście do informacji wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem utraty lub zafałszowania naszej zdolności do oceny ryzyka. Bardzo boimy się ataku terrorystycznego, ale nie doceniamy ryzyka zgonu spowodowanego przewlekłym stresem. Przeceniamy szczęście wynikające z bycia bogatym. W zamian za to nie doceniamy tego, jak bardzo można zniszczyć sobie życie, wybierając nieodpowiednią osobę jako małżonka.
Nadmiar newsów jest więc toksyczny dla Twojego mózgu, a jedynym sposobem na ochronę przed nim jest całkowite zaprzestanie czytania, oglądania i słuchania newsów.
Poza tym ciągły kontakt z mediami sprawia, że przestajesz myśleć racjonalnie. Kiedy widzisz drastyczne zdjęcia katastrofy lotniczej, zaczynasz uporczywie myśleć tylko o tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że takie nieszczęście może przydarzyć się Tobie.
Nawet ludzie, którzy inwestują duże pieniądze, nie są w stanie oprzeć się takiemu wpływowi newsów. Często reagują na różne informacje zbyt emocjonalnie, podejmując decyzje, które mają wpływ na ich życie.
Newsy są bezużyteczne „Spróbuj wymienić jeden z 10 000 newsów, które przeczytałeś w ciągu ostatniego roku, który – tylko dlatego, że go przeczytałeś – pozwolił Ci podjąć lepszą decyzję dotyczącą jakiejś ważnej kwestii związanej z Twoim życiem, karierą zawodową czy firmą” – prowokuje do przemyśleń Rolph Dobelli.
Wniosek jest taki, że konsumowanie informacji nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Twój mózg musi dokonać ogromnego wysiłku, aby przyswoić sobie to, co może okazać się przydatne. A samo pochłanianie newsów nie wymaga wysiłku.
Wydaje Ci się, że gromadzenie tysięcy informacji pozwala Ci lepiej zrozumieć otaczający Cię świat. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. To nie newsy są ważne, lecz głębokie przemyślenia i mądrość, która z nich wynika. Odnosi się to zarówno do Twojego życia osobistego, jak i zawodowego. Gdyby bycie na bieżąco było kluczowe dla kariery, dziennikarze znajdowaliby się na samym szczycie piramidy zawodowej. Jednak wcale tak nie jest.
Wynika to stąd, że dziennikarskie newsy nie pozwalają na refleksję, a tylko wzmagają obawy. Myślenie wymaga bowiem nieprzerwanej koncentracji. Tymczasem newsy przygotowane są dokładnie w taki sposób, aby Ci przeszkadzać.
A jeśli coś Ci ciągle przeszkadza w rozmyślaniach, to przedmiot tych rozważań pozostaje jedynie w Twojej pamięci krótkotrwałej. Oznacza to, że nie ma on najmniejszych szans na przedostanie się do pamięci długotrwałej, zarezerwowanej dla przemyśleń.
Co ciekawe, przeszkadzać w przemyśleniach mogą nawet… hiperłącza, czyli linki.
Artykuły publikowane w Internecie pełne są linków, więc za każdym razem, kiedy je otwierasz, odrywasz się od głównego wątku. Naukowcy kanadyjscy stwierdzili, że już sama ich obecność w tekście obniża zdolność do zrozumienia go, ponieważ mózg ciągle koncentruje się na tym, czy kliknąć którykolwiek z nich, co odwraca uwagę od treści artykułu3.
Wyjaśnia to wrażenie utraty zdolności koncentracji i zapamiętywania, którego doświadcza wielu młodych ludzi.
Newsy są trucizną dla ciała Newsy wpływają na układ limbiczny Twojego mózgu. Pełne dramatycznych doniesień nagłówki gazet, przekazy radiowe i telewizyjne powodują gwałtowne uwalnianie glikokortykosterydów (czyli kortyzolu). Zaburza to działanie układu odpornościowego i hamuje wydzielanie hormonu wzrostu – hormonu pozwalającego na regenerację organizmu. Newsy są w stanie doprowadzić osobę wiodącą spokojne życie do stanu przewlekłego stresu. Wysokie stężenie glikokortykosterydów zaburza procesy trawienia, hamuje wzrost komórek skóry, włosów i kości oraz sprawia, że osoba taka jest podenerwowana i bardziej podatna na infekcje. Może również odczuwać strach, agresję, a także zaburzenia pola widzenia.
Newsy działają jak narkotyk. Śledzisz (świadomie lub nie) niezliczoną liczbę spraw, poczynając od skandali z życia celebrytów, a kończąc na problemach komunistycznej Korei. Media nieustannie zachęcają Cię do bycia „na bieżąco”.
Naukowcy uważali kiedyś, że w mózgu dorosłej osoby znajduje się 100 miliardów neuronów połączonych w trwały sposób. Obecnie wiemy, że to nieprawda. Komórki nerwowe nieustannie zrywają stare połączenia, zastępując je nowymi. Czym więcej newsów czytasz, tym więcej połączeń tworzy się na potrzeby banalnych informacji, a tym mniej wykorzystujesz na sprawy naprawdę potrzebne, na przemyślenia i skupienie podczas czytania.
Większość konsumentów newsów, w tym również tych, którzy wydają się czytać najwięcej, utraciła zdolność do czytania ze zrozumieniem książek i długich artykułów. Po pierwszych czterech czy pięciu stronach nie potrafią się dalej skupić, mają ochotę gdzieś wyjść albo... zasypiają. I nie wynika to z tego, że się zestarzeli lub że mają ważniejsze rzeczy do roboty. Wynika to ze zmian, które zaszły w strukturze ich mózgu.
Szczególnie bolesny jest fakt, że zalewają Cię informacje o tragicznych zdarzeniach, na które nie masz żadnego wpływu. Robisz się więc pasywny, odczuwasz negatywne emocje, nabierasz pesymistycznego podejścia do życia, stajesz się fatalistą. Może Cię to nawet doprowadzić do całkowitego zaniku: emocji czy współczucia dla bliźnich, jak również entuzjazmu i optymizmu w myśleniu o przyszłości. A pierwszą niezamierzoną ofiarą newsów stanie się... Twoja kreatywność.
„Nie znam ani jednej kreatywnej osoby, która namiętnie czyta newsy. Nie ma wśród nich pisarzy, kompozytorów, matematyków, fizyków, naukowców, muzyków, projektantów, architektów czy malarzy. Z drugiej strony, znam mnóstwo ludzi wyzbytych kreatywności, którzy konsumują newsy na ogromną skalę” – zauważył Rolph Dobelli.
Oczywiście to wszystko nie oznacza, że nie potrzebujemy dziennikarzy. Wręcz przeciwnie. Są nam potrzebni, aby informować nas o ważnych wydarzeniach, które dotyczą naszej wspólnej przyszłości na poziomie lokalnym czy światowym. Jednakże lepszym sposobem na zrozumienie otaczającego świata byłaby zamiast newsów lektura artykułów lub książek pisanych przez dziennikarzy śledczych.
***
(dodaj komentarz)
Źródła:
(1), (2), (3) „News is bad for you – and giving up reading it will make you happier”, The Guardian, vendredi 12 avril, 2013; www.guardian.co.uk/media/2013/apr/12/news-is-bad-rolf-dobelli
This is an edited extract from an essay first published at dobelli.com. The Art of Thinking Clearly: Better Thinking, Better Decisions by Rolf Dobelli is published by Sceptre, £9.99. Buy it for £7.99 at guardianbookshop.co.uk
(dodaj komentarz)
Rolph Dobelli przedstawił interesującą tezę, zgodnie z którą informacje medialne o bieżących wydarzeniach, a mówiąc krócej – newsy, są szkodliwe dla zdrowia. Dlaczego? Otóż wywołują one poczucie strachu, budzą agresję, wpływają hamująco na kreatywność i zdolność myślenia. I są na to dowody. Bylibyśmy zatem szczęśliwsi, gdybyśmy... w ogóle ich nie poznawali...
Newsy są dla Twojego mózgu tym, czym słodkości dla ciała. Łatwo je „przełknąć”, przynoszą odrobinę przyjemności, nie wymagają wysiłku, ale w ostatecznym rozrachunku sprawiają, że gnuśniejesz. Zamiast dostarczać informacji, tylko przepełniają Ci głowę faktami, które nie znajdują żadnego praktycznego ani teoretycznego zastosowania w życiu. Nie masz na nie żadnego wpływu ani w żaden sposób Cię nie dotyczą.
W przeciwieństwie do książek, możesz wchłonąć wiele takich bieżących doniesień wpływających na Twoje samopoczucie podobnie jak kolorowe cukierki.
Newsy są toksyczne Wyobraź sobie taką informację: samochód przejeżdża po moście, który nagle łamie się wpół. Jak przekaże Ci to prasa? Jeżeli kierowca nadal żyje, z pewnością będziesz słyszał o tym wypadku jeszcze przez najbliższe kilkanaście godzin. Dlaczego? Ponieważ czytelnicy ekscytują się przeżywaniem takich emocji, chcą poznać jak najwięcej szczegółów od świadków zdarzenia (na przykład dokąd jechał kierowca, o czym myślał, co czuł), a także dlatego, że jest to prosta, krótka wiadomość, którą dziennikarzowi łatwo przygotować. Dotarcie do informacji, które mogłyby być w takim przypadku dla Ciebie przydatne (takie jak konstrukcja mostu i jego wytrzymałość oraz wskazanie wszystkich miejsc, w których istnieje ryzyko podobnego zdarzenia), byłoby zbyt skomplikowane i kłopotliwe.
Takie podejście do informacji wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem utraty lub zafałszowania naszej zdolności do oceny ryzyka. Bardzo boimy się ataku terrorystycznego, ale nie doceniamy ryzyka zgonu spowodowanego przewlekłym stresem. Przeceniamy szczęście wynikające z bycia bogatym. W zamian za to nie doceniamy tego, jak bardzo można zniszczyć sobie życie, wybierając nieodpowiednią osobę jako małżonka.
Nadmiar newsów jest więc toksyczny dla Twojego mózgu, a jedynym sposobem na ochronę przed nim jest całkowite zaprzestanie czytania, oglądania i słuchania newsów.
Poza tym ciągły kontakt z mediami sprawia, że przestajesz myśleć racjonalnie. Kiedy widzisz drastyczne zdjęcia katastrofy lotniczej, zaczynasz uporczywie myśleć tylko o tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że takie nieszczęście może przydarzyć się Tobie.
Nawet ludzie, którzy inwestują duże pieniądze, nie są w stanie oprzeć się takiemu wpływowi newsów. Często reagują na różne informacje zbyt emocjonalnie, podejmując decyzje, które mają wpływ na ich życie.
Newsy są bezużyteczne „Spróbuj wymienić jeden z 10 000 newsów, które przeczytałeś w ciągu ostatniego roku, który – tylko dlatego, że go przeczytałeś – pozwolił Ci podjąć lepszą decyzję dotyczącą jakiejś ważnej kwestii związanej z Twoim życiem, karierą zawodową czy firmą” – prowokuje do przemyśleń Rolph Dobelli.
Wniosek jest taki, że konsumowanie informacji nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Twój mózg musi dokonać ogromnego wysiłku, aby przyswoić sobie to, co może okazać się przydatne. A samo pochłanianie newsów nie wymaga wysiłku.
Wydaje Ci się, że gromadzenie tysięcy informacji pozwala Ci lepiej zrozumieć otaczający Cię świat. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. To nie newsy są ważne, lecz głębokie przemyślenia i mądrość, która z nich wynika. Odnosi się to zarówno do Twojego życia osobistego, jak i zawodowego. Gdyby bycie na bieżąco było kluczowe dla kariery, dziennikarze znajdowaliby się na samym szczycie piramidy zawodowej. Jednak wcale tak nie jest.
Wynika to stąd, że dziennikarskie newsy nie pozwalają na refleksję, a tylko wzmagają obawy. Myślenie wymaga bowiem nieprzerwanej koncentracji. Tymczasem newsy przygotowane są dokładnie w taki sposób, aby Ci przeszkadzać.
A jeśli coś Ci ciągle przeszkadza w rozmyślaniach, to przedmiot tych rozważań pozostaje jedynie w Twojej pamięci krótkotrwałej. Oznacza to, że nie ma on najmniejszych szans na przedostanie się do pamięci długotrwałej, zarezerwowanej dla przemyśleń.
Co ciekawe, przeszkadzać w przemyśleniach mogą nawet… hiperłącza, czyli linki.
Artykuły publikowane w Internecie pełne są linków, więc za każdym razem, kiedy je otwierasz, odrywasz się od głównego wątku. Naukowcy kanadyjscy stwierdzili, że już sama ich obecność w tekście obniża zdolność do zrozumienia go, ponieważ mózg ciągle koncentruje się na tym, czy kliknąć którykolwiek z nich, co odwraca uwagę od treści artykułu3.
Wyjaśnia to wrażenie utraty zdolności koncentracji i zapamiętywania, którego doświadcza wielu młodych ludzi.
Newsy są trucizną dla ciała Newsy wpływają na układ limbiczny Twojego mózgu. Pełne dramatycznych doniesień nagłówki gazet, przekazy radiowe i telewizyjne powodują gwałtowne uwalnianie glikokortykosterydów (czyli kortyzolu). Zaburza to działanie układu odpornościowego i hamuje wydzielanie hormonu wzrostu – hormonu pozwalającego na regenerację organizmu. Newsy są w stanie doprowadzić osobę wiodącą spokojne życie do stanu przewlekłego stresu. Wysokie stężenie glikokortykosterydów zaburza procesy trawienia, hamuje wzrost komórek skóry, włosów i kości oraz sprawia, że osoba taka jest podenerwowana i bardziej podatna na infekcje. Może również odczuwać strach, agresję, a także zaburzenia pola widzenia.
Newsy działają jak narkotyk. Śledzisz (świadomie lub nie) niezliczoną liczbę spraw, poczynając od skandali z życia celebrytów, a kończąc na problemach komunistycznej Korei. Media nieustannie zachęcają Cię do bycia „na bieżąco”.
Naukowcy uważali kiedyś, że w mózgu dorosłej osoby znajduje się 100 miliardów neuronów połączonych w trwały sposób. Obecnie wiemy, że to nieprawda. Komórki nerwowe nieustannie zrywają stare połączenia, zastępując je nowymi. Czym więcej newsów czytasz, tym więcej połączeń tworzy się na potrzeby banalnych informacji, a tym mniej wykorzystujesz na sprawy naprawdę potrzebne, na przemyślenia i skupienie podczas czytania.
Większość konsumentów newsów, w tym również tych, którzy wydają się czytać najwięcej, utraciła zdolność do czytania ze zrozumieniem książek i długich artykułów. Po pierwszych czterech czy pięciu stronach nie potrafią się dalej skupić, mają ochotę gdzieś wyjść albo... zasypiają. I nie wynika to z tego, że się zestarzeli lub że mają ważniejsze rzeczy do roboty. Wynika to ze zmian, które zaszły w strukturze ich mózgu.
Szczególnie bolesny jest fakt, że zalewają Cię informacje o tragicznych zdarzeniach, na które nie masz żadnego wpływu. Robisz się więc pasywny, odczuwasz negatywne emocje, nabierasz pesymistycznego podejścia do życia, stajesz się fatalistą. Może Cię to nawet doprowadzić do całkowitego zaniku: emocji czy współczucia dla bliźnich, jak również entuzjazmu i optymizmu w myśleniu o przyszłości. A pierwszą niezamierzoną ofiarą newsów stanie się... Twoja kreatywność.
„Nie znam ani jednej kreatywnej osoby, która namiętnie czyta newsy. Nie ma wśród nich pisarzy, kompozytorów, matematyków, fizyków, naukowców, muzyków, projektantów, architektów czy malarzy. Z drugiej strony, znam mnóstwo ludzi wyzbytych kreatywności, którzy konsumują newsy na ogromną skalę” – zauważył Rolph Dobelli.
Oczywiście to wszystko nie oznacza, że nie potrzebujemy dziennikarzy. Wręcz przeciwnie. Są nam potrzebni, aby informować nas o ważnych wydarzeniach, które dotyczą naszej wspólnej przyszłości na poziomie lokalnym czy światowym. Jednakże lepszym sposobem na zrozumienie otaczającego świata byłaby zamiast newsów lektura artykułów lub książek pisanych przez dziennikarzy śledczych.
***
(dodaj komentarz)
Źródła:
(1), (2), (3) „News is bad for you – and giving up reading it will make you happier”, The Guardian, vendredi 12 avril, 2013; www.guardian.co.uk/media/2013/apr/12/news-is-bad-rolf-dobelli
This is an edited extract from an essay first published at dobelli.com. The Art of Thinking Clearly: Better Thinking, Better Decisions by Rolf Dobelli is published by Sceptre, £9.99. Buy it for £7.99 at guardianbookshop.co.uk
Interesy Narodowe - Przeciw oligarchii

Antyrosyjskość PiS-u jest nielogiczna,przynajmniej z powodu przejęcia z języka Władimira Putina przez obóz Jarosława Kaczyńskiego, hasła walki z oligarchią finansową. Różnica polega na tym, że prezydent Rosji rozgniótł dosłownie i w przenośni antynarodową klikę oligarchów, prawie zawsze żydowskiego pochodzenia, niszcząc ich potęgę materialną oraz zmuszając do emigracji( np. Borysa Abramowicza Bierezowskiego i Władimira Gusińskiego) lub umieszczając w obozach pracy - przykład Michaiła Chodorkowskiego. Niedawno zbiegł do Londynu kolejny potentat naftowy, były właściciel koncernu RussNeft Michaił Gucerijew(też Żyd), szukając wsparcia pod wystrzępionymi skrzydłami Bierezowskiego. W stolicy Wielkiej Brytanii zadomowił się znany właściciel klubu piłkarskiego Chelsea Roman Abramowicz, nie podskakujący Kremlowi i traktowany niegdyś w środowisku Putina jak chłopak na posyłki. Póki będzie grzeczny, póty będzie mógł obracać miliardami, ale pewnie skończy wreszcie podobnie do kolegów.
POLSKO-ROSYJSKIE ODMIENNOŚCI
Sytuacja w Polsce jest zasadniczo różna. Przede wszystkim nie posiadamy ogromnych ilości złóż ropy i gazu, na czym wyrósł rak oligarchizmu w Rosji. Nasi(?) tzw. oligarchowie, to według rosyjskich standardów drobni detaliści, w wypadku których konfiskata szemranych fortun nie wzmocni o krztynę budżetu i nie rozbije państwa w państwie, jak to miało miejsce na rosyjskiej ziemi. Poza tym problem tkwi w kwestii, iż prezydent Putin miał do czynienia z wrogiem „wewnętrznym”, działającym u jego boku i na oczach jego służb, operującym kapitałem w granicach Rosji. Silna władza realizująca wolę narodu puściła oligarchów w skarpetkach stosunkowo łatwo, szczególnie pod przywództwem tak wybitnej i bezkompromisowej jednostki jak Władimir Putin. U nas po 1989 r. majątek narodowy przejęły zagraniczne(zewnętrzne) siły kapitałowe, budując na tym fundamencie swoją potęgę i prowadząc inwestycje nie dla interesu narodu polskiego, lecz swych zachodnich imperiów bankowo-gospodarczych.
Dlatego w naszym kraju trzeba uwięzić tych, których wynajął do kolonizacji Polski obcy kapitał i libertyńsko-trockistowski globalizm – np. Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsę,Adama Michnika, Leszka Balcerowicza, Hannę Gronkiewicz-Waltz, Janusza Lewandowskiego,Leszka Millera, Jana Krzysztofa Bieleckiego – ogólnie całą tę klikę byłych prominentów Unii Demokratycznej/Wolności, Kongresu Liberalno-Demokratycznego(teraźniejsza Platforma Obywatelska), Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej(SdRP – później SLD) i Pałacu Prezydenckiego(Miecio Wachowski itp.). Powiedzmy sobie jasno, że zagranicznej ręki nie utniemy tak łatwo - renacjonalizacja zrabowanych(„sprywatyzowanych”) dóbr narodowych w strukturach prawa UE, może doprowadzić Polskę do skrajnej izolacji międzynarodowej i znacznego pogłębienia biedy, a na przeformatowanie sojuszy potrzeba czasu. Skoro ręka jest póki co poza zasięgiem, należy rozliczyć miecz – czyli wymienionych i niewymienionych najemników obcego kapitału. I proszę, oto pole do popisu dla Jarosława Kaczyńskiego z PiS-em. Ukarajcie wspólników wielkiego Układu, a nie geszefciarzy tworzących małe układziki, często zresztą z waszym udziałem. To będzie miało polityczny i realny, a nie propagandowy sens.
Ważnym elementem unicestwienia oligarchii w Rosji, było uderzenie przez Putina w antyrosyjskie media Bierezowskiego i Gusińskiego. Kiedy obaj przekonali się, iż nowy prezydent nie zatańczy na ich linie wzorem pijaczyny Borii Jelcyna i zacznie odbudowywać kraj kosztem ich wpływów, zaczęli go opluwać medialnie jako dyktatora i niszczyciela opozycji demokratycznej. Jelcyn ostrzeliwał z dział czołgowych Parlament i uczynił z Dumy teatr marionetek, lecz pozwalał kraść i rządzić sobą Bierezowskiemu, Gusińskiemu i reszcie oligarchii, ci więc nie widzieli w jego gestach satrapy nic zdrożnego. Władimir Putin znakomicie pojął, że z wrogimi mediami nie dokona planu podniesienia Rosji z kolan. Tak jakoś zawsze dziwnie się składa, że tzw. niezależne media najlepiej prosperują w państwie słabym, rozbitym społecznie, moralnie i narodowo zdegenerowanym, bez szacunku do własnej historii i politycznie podzielonym na pożarte ze sobą frakcje partyjne. Znakomicie żerował na owym ścierwie Gusiński ze swym imperium medialnym Media Most, puszczając w telewizji NTV wyśmiewające chrześcijaństwo i patriotyzm programy i filmy. Z Gusińskim walczyła Cerkiew Prawosławna i ugrupowania narodowe. Aresztowany za przekręty, został wyrzucony z jedną walizką z Rosji i po krótkiej tułaczce po Europie wylądował w poniekąd rodzinnym Izraelu(praktycznie każdy skazany na banicję rosyjskojęzyczny oligarcha, ma izraelskie obywatelstwo).
W III/IV RP „wolne” media państwowe i prywatne, były i są ośrodkami najobrzydliwszej antypolskiej propagandy, napuszczania grup społecznych na siebie, etyczno-moralnego rozkładu narodu i modelowymi przykładami dziennikarskiej, socliberalnej stronniczości. Taki Polsat byłego cinkciarza, posiadacza kilku paszportów Zygmunta Solorza-Żaka – wulgarny, płaski i pod względem informacji reprezentujący dno libertyńskiego ścieku - występuje jako medium jak najbardziej „polskie”. Jest to coś w rodzaju NTV Gusińskiego i tak samo nieprzyjazne każdej władzy, choćby nieco zalatującej patriotyzmem. PiS występuje na antenie Polsatu w roli politycznego stracha dla dużych dzieci i dlatego uchodzi on za „niezależny”(o narodowcach nie wspomnę – lepszą opinią obdarza się w Polsacie seryjnych morderców). Solorz ewidentnie zdobył swoje miliardy dolarów na wzór oligarchów rosyjskojęzycznych, a polska(?) władza jest tak słaba, że nic mu nie potrafi udowodnić i puścić go w objazd świata ze szczoteczką do zębów jako jedynym majątkiem. Wprost przeciwnie. W gości do Tomasza Lisa(„Co z tą Polską?”- obecnie przeniesione do TVP) chodzą korowodami wdzięczyć się do pana redaktora dostojnicy PiS-u i innych, niedawno rządzących, partii. I nikt nie piśnie słówkiem, że siedzi w telewizji, gdzie kłamstwo i plugastwo są na porządku dziennym. Molochy medialne w typie ITI-TVN, Axel Spinger, Agory S.A.(„Gazeta Wyborcza”), Polsatu, imperium Ruperta Murdocha zleciały się do nas albo wylęgły samoistnie w Polsce z jednego, zasadniczego powodu. Nigdzie na świecie media elektroniczne i pisane-wielonakładowe o przekroju liberalnym, nie kreują na podobnie ogromną skalę życia politycznego, co łączy się oczywiście z olbrzymimi dochodami. U nas politykę robi byle dziennikarzyna z TVN, „Gazety”, „Faktu” czy Polsatu, do którego przylatuje w ukłonach prezydent, premier, minister lub poseł. Kto spodoba się Monisi Olejnik(a wiadomo, kto się jej podoba...), ten dostanie więcej głosów w wyborach. Chora sytuacja, ale żadna siła polityczna ,z PiS-em włącznie, nie ma zamiaru tego zmienić. Wyhodowano prawdziwą oligarchię medialną w rozumieniu rządzenia i dzielenia na scenie politycznej. Polityk zależy nie od elektoratu, lecz ilości i jakości występów w migającym pudle na obcym kablu – wybierającym swoich faworytów i wrogów. To jest najgorsza polskojęzyczna oligarchia, ją powinien wykończyć Jarosław Kaczyński, jeżeli cichcem pragnie naśladować Władimira Putina(marzenia ściętej głowy). Jednak premier nie pojmuje istoty patologii oligarchizmu w jej polskim wydaniu. Mówi o „Gazecie Wyborczej” pod kontrolą tajemniczej oligarchii, gdy dowcip polega na tym, iż ona(i ogólnie spółka Agora) sama w sobie jest oligarchią, jak i inne polskojęzyczne media. Na tym polega nasza specyfika medialnej oligarchii i w nią trzeba uderzyć w pierwszym rzędzie, do czego PiS wcale się nie pali. Przecież nawet publiczna TVP jest tubą liberalizmu w stylu Platformy Obywatelskiej, wpływy PiS-u są tam słabo widoczne. Trochę prorządowej propagandy w głównym wydaniu „Wiadomości”, nie czyni z TVP PiS-owskiego imperium.
BIEREZOWSKI ROBI „REWOLUCJĘ”
Były oligarcha cieszący się brytyjskim azylem politycznym, nie rozumie swojej sytuacji wyklętego przez porządnych ludzi aferzysty. Ciągle próbuje knuć przeciwko Putinowi i narodowi rosyjskiemu. W swych groźbach Bierezowski posuwa się do nawoływania do siłowego obalenia legalnych władz rosyjskich, nawet poprzez krwawą rewolucję ze swoimi wspólnikami na Kremlu, co zapowiedział w niedawnym wywiadzie dla opiniotwórczego „Guardiana”. Moskwa bezskutecznie domaga się od Londynu ekstradycji tego złodzieja miliardów i politycznego awanturnika, który najprawdopodobniej finansuje czeczeńskich terrorystów. Że nie są to oskarżenia gołosłowne, świadczy postawa Szwajcarii, Francji, Holandii i Brazylii, gdzie Bierezowski jest osobą niepożądaną za przekręty bankowe(wyprowadził m.in. z francuskiego banku SBS-Agro 85 mln franków i władze skonfiskowały jego tamtejsze nieruchomości) i gdy tylko się pojawi w tych państwach, zostanie aresztowany i prawdopodobnie deportowany do Rosji. Liczba krajów uważających Bierezowskiego za persona non grata rośnie i niedługo będzie on miał trudności z wystawieniem nosa poza gościnne wyspy mgieł i mżawek.
Odpowiedź Bierezowskiego pozostaje ta sama: „ Zlecają je[kroki prawne – R.L.] rosyjskie władze w obawie przed moim powrotem do polityki”. Zdecydowanie się przecenia, ponieważ dawno minęły czasy, kiedy trząsł zachodnią opinią publiczną, przekupując wpływowych dziennikarzy i drukując w wysokonakładowej prasie ogromne, antyputinowskie ogłoszenia. Majątek Bierezowskiego znacznie stopniał(miliard dolców zamelinował gdzieś ze strachu na czarną godzinę), nie organizuje już w Rosji konkursów młodych, nierzadko nieletnich dziewcząt, wśród których ten stary satyr wybierał dla siebie lub nie żony(co ładniejsze „testował”). Zresztą obecnie nie mógłby sobie na to pozwolić z powodu czujności organów ścigania i wzrostu poczucia narodowej moralności, która leżała pod psem za panowania Jelcyna. Jak każdy zdegenerowany oligarcha, Bierezowski ma seksualne zachcianki godne Ławrientija Berii. Niczym ostatniej deski ratunku splajtowany politycznie oligarcha czepił się tajemniczego zabójstwa podwójnego agenta i byłego funkcjonariusza rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa(FSB) Aleksandra Litwinienki, także korzystającego z angielskiego azylu – ziejącego patologiczną nienawiścią do Putina. Litwinienkę otruto radioaktywnym polonem. Bierezowski użył resztek wpływów i napuścił rząd oraz media Zjednoczonego Królestwa na Rosję i Władimira Putina. O zlikwidowanie Litwinienki oskarżono oficera rosyjskiego wywiadu Andrieja Ługowoja, który wielokrotnie temu zaprzeczał, twierdząc iż morderstwo jest dziełem Borysa Bierezowskiego(nie bez udziału brytyjskiego wywiadu), z którym Litwinienko prowadził wspólne interesy i akcje polityczne. Co więcej, Ługowoj zarzucił Bierezowskiemu współudział w zabójstwie znanej rosyjskojęzycznej dziennikarki o ukraińsko-żydowskim pochodzeniu Anny Politkowskiej, opozycjonistki piszącej dla nieprzychylnej Putinowi „Nowej Gaziety”. Była to osoba odważna, lecz ze skłonnościami do wyolbrzymiania faktów i histerii, szczególnie w tematach dotyczących wojny z czeczeńskimi rebeliantami. W Rosji ujęto najbardziej prawdopodobnych sprawców mordu, trzech czeczeńskich braci Mahmudowów, co przyjęła jako wiarygodną wersję proklemlowska i opozycyjna prasa. Według ich zeznań, dokonali zbrodni na zlecenie zagranicznego szefa o szerokich koneksjach międzynarodowych. Rosyjski prokurator generalny zabrał w tej sprawie głos: „ Celem tej osoby było spowodowanie w Rosji kryzysu politycznego i przywrócenie epoki oligarchów”. Chodzi na 99 proc. o Bierezowskiego, który przecież sam przechwalał się, że będzie dążył do rewolucji i obalenia siłą konstytucyjnego porządku w państwie rosyjskim. Wiadomo również, iż rebelianci czeczeńscy są często zwykłymi bandytami i porywaczami, a mafia czeczeńska należy do najpotężniejszych w Europie i Azji. Związki Bierezowskiego z tym środowiskiem nie stanowią tajemnicy, mógł poświęcić dla wywołania fermentu Politkowską i Litwinienkę. Z drugiej strony być może ta dwójka padła ofiarą rozgrywek między klanami czy też gangami czeczeńskimi. W każdym bądź razie śmierć tych osób nie przyniosła żadnych korzyści Moskwie, a Bierezowskiemu i separatystom czeczeńskim owszem. Doszło do kryzysu brytyjsko-rosyjskiego, wzajemnego odwoływania dyplomatów, żądania ekstradycji Ługowoja przez Londyn i Bierezowskiego przez Kreml – i w ostateczności - pogorszenia wizerunku Rosji na świecie. Obserwatorzy nie wróżą jednakże Bierezowskiemu świetlanej przyszłości. Jego przestępstwa finansowe w postaci nielegalnych prywatyzacji i niepłacenia podatków(wierzchołek góry lodowej), są tak oczywiste, że rosyjscy prokuratorzy stosunkowo szybko sprezentują mu proces z niepodważalnymi dowodami. Z eks-oligarchy opadną szatki opozycjonisty tudzież demokraty i stanie w goliźnie swych złodziejstw, machlojek, a być może inspirowania mordów politycznych. Jak wtedy wyglądać będzie dumny Albion, chroniący azylem pospolitego rzezimieszka i protektora terrorystów?
Dość trafnie ocenia postać Bierezowskiego Witalij Portnikow, publicysta władający językiem rosyjskim i ukraińskim, niezależny analityk polityczny: „ Nie doszukiwałbym się w sprawie wokół Bierezowskiego jakiejś spiskowej teorii. Wszyscy rosyjscy oligarchowie, którzy dzisiaj są za granicą i krytykują Kreml, stali się rewolucjonistami mimo woli. Dopóki Bierezowski był w Rosji i pracował na Kremlu, łamał prawo tak jak wszyscy inni biznesmeni i bynajmniej nie był motorem demokracji. Co więcej, to on był architektem dzisiejszego reżimu totalnej kontroli władzy nad mediami. Dopiero gdy zbyt wysoko podniósł głowę i został wygnany z Kremla, został bojownikiem o wolność i demokrację. Prowadząc interesy i w Rosji, i za granicą Bierezowski nigdy nie szanował prawa i to, że teraz prawo się o niego upomina, jest rzeczą zupełnie naturalną. A jeśli ktoś na Kremlu chce ten proces ułatwić czy przyśpieszyć, to rzeczywiście nie ma nic prostszego, bo haków na Borysa Abramowicza jest z pewnością na pęczki. W momencie, gdy przestał być przyjacielem, został wrogiem i przestępcą - przyszedł czas, by wyciągnąć materiały kompromitujące z kremlowskich archiwów”. Komentarz w zasadzie słuszny, ale trudno przyznać, że Bierezowski stworzył totalny nadzór władzy państwowej nad mediami. „Władzy” tak – lecz nie państwowej, a oligarchów kręcących medialną karuzelą z pochwałami nad kompletnie niewydolnym Jelcynem. Bierezowski próbował oligarchicznego buntu, gdy Władimir Putin zaczął na poważnie realizować program odbudowy Rosji i złamania karku żyjącej z jej słabości oligarchicznej szarańczy. O ile prezydent Putin wprowadził coś na kształt zdecydowanie pozytywnego, pronarodowego, propaństwowego i oświeconego absolutyzmu, to Bierezowski ze wspólnikami trzymali Rosję za twarz z jednego powodu – żeby im się lepiej kradło. Władimir Putin jest wielkim mężem stanu, a Bierezowski-Abramowicz to mały handlarz śledziami, któremu przez chwilę zamarzyło się, iż zostanie carem. Tymczasem skończy razem z Chodorkowskim albo od kuli jakiegoś czeczeńskiego wspólnika, z którym nie wyjdą mu interesy.
ROBERT LARKOWSKI
23 marca 2013 roku Boris Bierezowski został znaleziony martwy w swoim domu nieopodal Londynu. Według oficjalnych informacji popełnił samobójstwo.
Współpracownica Lecha Kaczyńskiego wyprasza profesora Chodakiewicza z konferencji naukowej w USA

photo - dialog.org
(dodaj komentarz)
Jak poinformował na stronie Najwyższego Czasu Sebastian Bojemski, autor książki o udziale NSZ w Powstaniu Warszawskim, współpracownica Lecha Kaczyńskiego, konsul w Nowym Jorku, Ewa Juńczyk-Ziomecka, i autor książki o antypolonizmie Hollywood podczas II wojny światowej Mieczysław Biskupski z Central Connecticut State University, wymogli na organizatorach konferencji „Quo Vadis” wycofanie zaproszenia dla profesora Chodakiewicza.
Wycofanie zaproszenia zostało wymuszone przez współpracownice Lecha Kaczyńskiego na przedstawicielach młodej amerykańskiej Polonii. Tym samym profesor Chodakiewicz nie wygłosi referatu o świadomości narodowej Polaków. Ewa Juńczyk-Ziomecka stwierdziła że jej stanowisko jest formą protestu przeciw ustawie o uboju rytualnym – co znamienne pani Ziomecka jako utrzymywany przez polskich podatników pracownik dyplomacji publicznie kontestuje decyzje polskiego parlamentu.
Według informacji z Wikipedii pani Ewa Juńczyk-Ziomecka „19 stycznia 2006 została podsekretarzem stanu, a 23 kwietnia 2008 sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Nadzorowała Biuro Inicjatyw Społecznych oraz Biuro Listów i Opinii Obywatelskich Kancelarii Prezydenta RP. W dniu 24 lutego 2010 została odwołana. 1 marca 2010 objęła stanowisko konsula generalnego w Nowym Jorku” .
Chodakiewicz jest znanym w Polsce amerykańskim historykiem. Wykładowcą akademickim. Posiadaczem doktoratu z uniwersytetu Columbia. Autorem kilkunastu książek i kilkuset artykułów naukowych. Publicystą z dorobkiem kilku tysięcy artykułów.
Warto przy tym przypomnieć że na stronach Muzeum Historii Żydów zasługi Lecha Kaczyńskiego dla Muzeum i społeczności żydowskiej wspominała Ewa Juńczyk-Ziomecka, w latach 2006 – 2010 podsekretarz i sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego. W 2001 roku Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości, a pani Juńczyk-Ziomecka była dyrektorem do spraw rozwoju Muzeum Historii Żydów Polskich. Po jej telefonie Lech Kaczyński przybył na wielogodzinne rozmowy do Muzeum, po których zdecydował o zablokowaniu ekshumacji w Jedwabnym – która niewątpliwie ostatecznie przekreśliła ostateczne obalenie promowanej przez Grossa wersji wydarzeń.
Podczas swojej ostatniej wizyty w Polsce profesor Chodakiewicz stwierdził, że nie rozliczono w Polsce komunizmu bo USA tego sobie nie życzyły. Zdaniem Chodakiewicza ekipa Busha seniora rozbiła wszystko by ZSRR przetrwał w niezmienionym kształcie. Amerykanie wymogli na Janie Pawle II by skłonił w 1988 roku Litwinów do czasowego ograniczenia dążeń niepodległościowych. W USA republikanie niszczyli wszystkich, którzy krytykowali wsparcie USA dla ZSRR. Establishment USA był zdemoralizowani rewolucją kulturalną lat sześćdziesiątych. Nie było więc amerykańskiego wsparcia dla upadku komunizmu, osamotnione narody będące ofiarami komunizmu nie wiedziały co zrobić by się w pełni wyzwolić. Wsparcie dla postkomunistycznych bezpiek monitorowała CIA w 80% opanowana przez lewaków i cyników.
Chodakiewicz uznał też, że polski system polityczny to kontynuacja władzy katów i kolaborantów, władza dzieci zbrodniarzy i konfidentów. Działalność środowiska KOR wśród Polaków, Chodakiewicz, nazwał otumanianiem dzieci ofiar przez dzieci katów. Chodakiewicz zarzucił komunistom, że połamali kręgosłupy moralne Polaków, wychowali Polaków na konformistów, podczas gdy Polska potrzebuje ludzi aktywnych. PRL promował miernych ale wiernych, dla ludzi zdolnych nie było miejsca w komunistycznej rzeczywistości. Polacy zdaniem Chodakiewicza mają niewolnicze przyzwyczajenia z okresu PRL i boją się bronić swoich praw.
Jan Bodakowski
(dodaj komentarz)
45 zasad zniewolenia

Tomasz Jan Czarnik
(dodaj komentarz)
Jest to tłumaczenie z języka rosyjskiego instrukcji, znalezionej w kancelarii Bolesława Bieruta, pierwszego powojennego prezydenta PRL - Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Z tekstu jasno wynika, że jest to instrukcja przeznaczona dla placówki KGB w ambasadzie sowieckiej w Warszawie, która jakimiś drogami dotarła do ówczesnych władz komunistycznych PRL. Być może zresztą, że drogi nie były zbyt kręte, przecież Bierut to przedwojenny agent NKWD.
Nie to zresztą jest najważniejsze. Najważniejsza jest treść tej instrukcji pochodzącej z 1947 roku.
Lektura 45 punktów nakazujących totalne podporządkowanie kraju interesom ościennego mocarstwa, zniszczenie gospodarki, samodzielności społeczeństwa i wszelkiej inicjatywy jednostek, budzi grozę.
Tak jak grozę budzą dziś u wielu obserwatorów Polski skutki komunistycznych rządów po 45 latach.
Publikowany tekst ukazuje ważną przyczynę tego stanu rzeczy.
Ściśle tajne Moskwa, 2.VI.1947r. K.AA/OC 113
INSTRUKCJA NK/003/47
1. W gmachu ambasady nie należy przyjmować żadnych informatorów terenowych rekrutujących się z krajowców. Spotkanie z tymi ludźmi organizują nasze służby specjalne w miejscach publicznych. Informacje przyjmuje ambasada za pośrednictwem naszych służb specjalnych.
2. Należy szczególnie zadbać o to, aby nie było żadnych kontaktów pomiędzy naszym wojskiem a ludnością cywilną kraju. Niedopuszczalne jest składanie wizyt w domach krajowców przez naszą kadrę oficerską, ani nawiązywanie kontaktów przez naszych żołnierzy szeregowych z miejscowymi kobietami, ludnością lub żołnierzami krajowców.
3. Przyspieszyć likwidację krajowców związanych z KPP, PPS, Walterowców, KZMP, AK i BCh i innych ugrupowań, które powstały bez naszej inspiracji. Wykorzystać w tym celu fakt istnienia zbrojnej opozycji.
4. Dopilnować, aby do wszystkich akcji bojowych w pierwszej kolejności kierować żołnierzy, którzy przed wstąpieniem do Armii Kościuszkowskiej przebywali na naszym terytorium. Doprowadzić do ich całkowitej likwidacji.
5. Przyśpieszyć zjednoczenie wszystkich partii w jedną organizację i dopilnować, aby wszystkie kluczowe stanowiska obsadzone były przez ludzi zatwierdzonych przez nasze służby specjalne.
6. Doprowadzić do połączenia całego ruchu młodzieżowego w jedną organizację, a stanowiska od szczebla powiatowego wzwyż obsadzić przez ludzi zatwierdzonych przez nasze służby specjalne. Do czasu zjednoczenia zlikwidować znanych przywódców harcerstwa.
7. Spowodować i dopilnować, aby delegaci wyznaczeni na zjazdy partyjne nie zachowali mandatów na okres kadencji wybranych przez siebie władz partyjnych. W żadnym wypadku delegaci nie mogą zwoływać posiedzeń międzyzakładowych. W razie konieczności zwołania takiego posiedzenia należy wyeliminować ludzi, którzy wykazali się aktywnością w wysuwaniu koncepcji postulatów. Na każdy następny zjazd wybierać nowych kandydatów (ruchowo), tylko wytypowanych przez nasze służby specjalne.
8. Należy zwrócić baczną uwagę na ludzi wyróżniających się zmysłem organizacyjnym, umiejących sobie jednać popularność. Ludzi takich należy pozyskać, a w razie odmowy nie dopuszczać do wyższych stanowisk.
9. Doprowadzić do tego, aby pracownicy na stanowiskach państwowych (z wyjątkiem służb ścigania i pracowników przemysłu wydobywczego) otrzymywali niskie pobory. Dotyczy to w szczególności służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości, oświaty i kierowników różnych szczebli.
10. Do wszystkich organów władzy i większości zakładów pracy wprowadzić ludzi współpracujących z naszymi służbami specjalnymi (bez wiedzy władz krajowych).
11. Należy zwrócić szczególną uwagę, aby prasa krajowców nie podawała sumarycznych ilości rodzajów towarów wysyłanych do naszego kraju. Nie można też również nazwać to handlem. Należy dopilnować, aby prasa krajowa podkreślała ilość towarów wysyłanych przez nas do krajowców, ale wspominała, że to w ramach wymiany handlowej.
12. Wpłynąć na władze krajowców, aby nabywcy ziemi, parceli i gruntów nie otrzymywali aktów własności, a jedynie akty nadania.
13. Ukierunkować politykę w stosunku do rolnictwa indywidualnego tak, aby prowadzenie gospodarstw stało się nieopłacalne, a wydajność jak najmniejsza. W następnej kolejności przystąpić do kolektywizacji wsi. W razie wystąpienia silniejszej opozycji należy zmniejszyć dostawy środków produkcji dla wsi i zwiększyć powinność wobec państwa. Jeżeli to nie pomoże, spowodować, aby rolnictwo nie dawało pełnego pokrycia potrzeb żywnościowych kraju i oprzeć wyżywienie na imporcie.
14. Spowodować, aby wszystkie zarządzenia i akty prawne, gospodarcze, organizacyjne (z wyjątkiem wojskowych) nie były precyzyjne.
15. Spowodować, aby dla każdej sprawy powoływano kilka komisji, urzędów, instytucji społecznych, ale żadna z nich nie powinna mieć prawa podejmowania ostatecznej decyzji bez konsultacji z pozostałymi (nie dotyczy przemysłu wydobywczego).
16. Samorządy w zakładach pracy nie mogą mieć żadnego wpływu na kierunek działania przedsiębiorstw. Mogą się zajmować jedynie sposobem wykonywania zleconych zadań.
17. Związki zawodowe nie mogą mieć możliwości sprzeciwu wobec poleceń dyrekcji. Obciążyć związki inną pracą, jak organizowanie wczasów, zaopatrzenia, działalności rozrywkowej i oświatowej, wycieczki oraz rozprowadzanie atrakcyjnych towarów, potwierdzanie opinii i decyzji władz politycznych.
18. Należy spowodować, aby awansowano tylko tych pracowników i kierowników, którzy wzorowo wykonują przydzielone im zadania i nie wykazują skłonności do analizowania spraw wychodzących poza te działania.
19. Krajowcom na stanowiskach partyjnych, państwowych i gospodarczych należy stworzyć warunki do działań, które będą kompromitować ich w oczach podwładnych i zamykać im powrót do środowisk, z których pochodzą.
20. Kadrze oficerskiej rekrutującej się z krajowców można powierzać odpowiednie stanowiska pod warunkiem, że są tam już nasze służby specjalne.
21. Otoczyć szczególnym nadzorem ilości amunicji do wszystkich rodzajów broni, z każdego arsenału akcyjnego i ćwiczeń w ostrym strzelaniu prowadzić swoiste rozliczenia.
22. Objąć szczególnym nadzorem wszelkie laboratoria i instytucje naukowo-badawcze.
23. Należy zwrócić szczególną uwagę na ruch racjonalizatorski i wynalazczy, rozwijać go i popierać, ale wszystkie odkrycia dokładnie rejestrować i zapisem przekazywać do centrali. Dopuszczać do realizacji tylko te wynalazki, które przydatne są w przemyśle wydobywczym, wstępnej obróbki i określone w specjalnej instrukcji. Nie mogą być realizowane te odkrycia, które mogłyby doprowadzić do wzrostu produkcji kosztem ograniczenia wydobycia surowców lub zaniechania zalecanych działań. W wypadku głośnych odkryć spowodować ich sprzedanie za granicę. Nie dopuszczać do publikacji zawierających wartości i opisy wynalazków.
24. Spowodować zakłócenia w punktualności transportów (z wyjątkiem transportu określonego w instrukcji NK 552-46).
25. Inspirować zwoływanie narad środowiskowych i problemowych, zbierać stawiane tam wnioski i propozycje, rejestrować wnioskodawców, a realizować linię określoną w instrukcjach.
26. Spopularyzować wywiady z ludźmi pracy na aktualne tematy produkcyjne, w których zawarta jest krytyka przeszłości lub lokalnego bałaganu, ale nie doprowadzać do likwidacji przyczyn krytykowanych zjawisk.
27. Wystąpienia publiczne władz krajowców mogą zawierać akcenty narodowe i historyczne, ale nie mogą prowadzić do zjednoczenia ducha narodu.
28. Zwrócić baczną uwagę, czy w odbudowywanych i nowych większych miastach i osiedlach nie budowano ujęć wodnych niezależnych od głównej sieci wodociągowej. Stare ujęcia wodne i studnie uliczne systematycznie likwidować.
29. Przy odbudowie i rozbudowie przemysłu dopilnować, aby ścieki przemysłowe spływały do rzek mogących stanowić rezerwaty wody pitnej.
30. Mieszkania w nowych osiedlach i odbudowywanych miastach nie mogą zawierać dodatkowych pomieszczeń pozwalających na hodowlę inwentarza lub gromadzenie żywności na dłużej i w większych ilościach.
31. Spowodować, aby prywatne przedsiębiorstwa i rzemieślnicy otrzymywali surowce i urządzenia niepozwalające na produkcję artykułów dobrej jakości, a ceny tych produktów powinny być wyższe od podobnych wytwarzanych przez państwo.
32. Doprowadzić do maksymalnej rozbudowy administracji biurowej wszystkich stopni. Można dopuszczać krytykę działalności administracyjnej, ale nie wolno pozwolić na jej zmniejszenie ani sprawną pracę.
33. Należy dopilnować wszystkich planów produkcyjnych w przemysłach wydobywczych i w działach określonych odpowiednimi instrukcjami i nie wolno dopuścić do wykonania zaopatrzenia rynku krajowego.
34. Szczególnej obserwacji poddać Kościół i tak ukierunkować działalność oświatowo-wychowawczą, aby wzbudzić powszechny wstręt do tej instytucji. Objąć baczną uwagą i kontrolą kościelne drukarnie, biblioteki, archiwa, kazania, kolędowania, treści nauk religijnych oraz obrzędy pogrzebowe.
35. W szkolnictwie podstawowym, zawodowym, a w szczególności w szkołach średnich i wyższych doprowadzić do usunięcia nauczycieli cieszących się powszechnym autorytetem i uznaniem. Na ich miejsce wprowadzić ludzi mianowanych. Doprowadzić do zerwania korelacji między przedmiotami, do ograniczenia wydawania materiałów źródłowych, do usunięcia ze szkół średnich łaciny, greki, filozofii ogólnej, logiki i genetyki. W historii nie można podawać, co który władca chciał zrobić lub zrobił dla kraju, trzeba natomiast ukazywać tyranię królów oraz walki uciemiężonego ludu. W szkolnictwie zawodowym doprowadzić do wąskich specjalizacji.
36. Inspirować organizowanie imprez państwowych związanych z walką krajowców z zaborcami (z wyjątkiem zaboru rosyjskiego), szczególnie z Niemcami i walki o socjalizm.
37. W publikacjach krajowych nie dopuszczać opracowań traktujących o krajowcach przebywających w naszym państwie do rewolucji i w czasie II wojny światowej.
38. W razie powstania organizacji popierającej sojusz z naszym państwem, ale zmierzającej do kontroli działalności gospodarczej oficjalnych władz kraju, należy natychmiast podjąć działalność (niezależnie od władz kraju) obciążając te organizacje tendencjami nacjonalistycznymi i szowinistycznymi. Formy działalności: burzenie naszych pomników i cmentarzy, publikowanie ulotek wyszydzających nasz naród, naszą kulturę, sens zawartych układów. Do prac propagandowych angażować krajowców i wykorzystywać istniejącą nienawiść do nas.
39. Zadbać o budowę i rozbudowę mostów, dróg i licznych połączeń, aby w razie konieczności interwencji wojskowej można było szybko i z każdej strony dotrzeć do punktu oporu lub koncentracji sił opozycji.
40. Pilnować, aby aresztowano przeciwników politycznych. Rozpracować przeciwników z autorytetem wśród krajowców. Likwidować w drodze tzw. zajść sytuacyjnych przypadkowych, zanim staną się głośnymi lub aresztować ich wcześniej za wykroczenia kryminalne.
41. Nie dopuszczać do rehabilitacji osób skazanych w procesach politycznych. W razie konieczności rehabilitacji można ją przeprowadzić tylko pod warunkiem, że sprawa będzie uznana za pomyłkę sądową, bez wszczynania dochodzenia i stawiania przed sądem winnych pomyłki (sędziów, świadków, oskarżycieli, informatorów).
42. Nie wolno stawiać przed sądem ludzi na stanowiskach kierowniczych obsadzonych przez partię, którzy swą działalnością spowodowali straty lub wywołali niezadowolenie podwładnych. W sytuacjach drastycznych należy ich odwołać ze stanowiska i przenieść do innych miejscowości na stanowiska równorzędne lub wyższe. W skrajnych sytuacjach ulokować na stanowiskach niekierowniczych i traktować jako rezerwę kadrową do późniejszej wymiany.
43. Ogłaszać publicznie procesy ludzi ze stanowisk kierowniczych (wojsko, ministerstwa, główne zarządy, szkolnictwo) oskarżonych o działalność przeciwko ludowi, przeciwko socjalizmowi, przeciwko industrializacji. Będzie to mobilizować czujność mas pracujących.
44. Dbać o wymianę ludzi na stanowiskach roboczych przez dopuszczenie do tych funkcji ludzi z awansów, mających najniższe kwalifikacje.
45. Spowodować napływ do szkół wyższych ludzi pochodzących z najniższych grup społecznych, którzy nie wykazują zainteresowań zawodowych, a tylko chęć zdobycia dyplomu.
(dodaj komentarz)
(dodaj komentarz)
Jest to tłumaczenie z języka rosyjskiego instrukcji, znalezionej w kancelarii Bolesława Bieruta, pierwszego powojennego prezydenta PRL - Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Z tekstu jasno wynika, że jest to instrukcja przeznaczona dla placówki KGB w ambasadzie sowieckiej w Warszawie, która jakimiś drogami dotarła do ówczesnych władz komunistycznych PRL. Być może zresztą, że drogi nie były zbyt kręte, przecież Bierut to przedwojenny agent NKWD.
Nie to zresztą jest najważniejsze. Najważniejsza jest treść tej instrukcji pochodzącej z 1947 roku.
Lektura 45 punktów nakazujących totalne podporządkowanie kraju interesom ościennego mocarstwa, zniszczenie gospodarki, samodzielności społeczeństwa i wszelkiej inicjatywy jednostek, budzi grozę.
Tak jak grozę budzą dziś u wielu obserwatorów Polski skutki komunistycznych rządów po 45 latach.
Publikowany tekst ukazuje ważną przyczynę tego stanu rzeczy.
Ściśle tajne Moskwa, 2.VI.1947r. K.AA/OC 113
INSTRUKCJA NK/003/47
1. W gmachu ambasady nie należy przyjmować żadnych informatorów terenowych rekrutujących się z krajowców. Spotkanie z tymi ludźmi organizują nasze służby specjalne w miejscach publicznych. Informacje przyjmuje ambasada za pośrednictwem naszych służb specjalnych.
2. Należy szczególnie zadbać o to, aby nie było żadnych kontaktów pomiędzy naszym wojskiem a ludnością cywilną kraju. Niedopuszczalne jest składanie wizyt w domach krajowców przez naszą kadrę oficerską, ani nawiązywanie kontaktów przez naszych żołnierzy szeregowych z miejscowymi kobietami, ludnością lub żołnierzami krajowców.
3. Przyspieszyć likwidację krajowców związanych z KPP, PPS, Walterowców, KZMP, AK i BCh i innych ugrupowań, które powstały bez naszej inspiracji. Wykorzystać w tym celu fakt istnienia zbrojnej opozycji.
4. Dopilnować, aby do wszystkich akcji bojowych w pierwszej kolejności kierować żołnierzy, którzy przed wstąpieniem do Armii Kościuszkowskiej przebywali na naszym terytorium. Doprowadzić do ich całkowitej likwidacji.
5. Przyśpieszyć zjednoczenie wszystkich partii w jedną organizację i dopilnować, aby wszystkie kluczowe stanowiska obsadzone były przez ludzi zatwierdzonych przez nasze służby specjalne.
6. Doprowadzić do połączenia całego ruchu młodzieżowego w jedną organizację, a stanowiska od szczebla powiatowego wzwyż obsadzić przez ludzi zatwierdzonych przez nasze służby specjalne. Do czasu zjednoczenia zlikwidować znanych przywódców harcerstwa.
7. Spowodować i dopilnować, aby delegaci wyznaczeni na zjazdy partyjne nie zachowali mandatów na okres kadencji wybranych przez siebie władz partyjnych. W żadnym wypadku delegaci nie mogą zwoływać posiedzeń międzyzakładowych. W razie konieczności zwołania takiego posiedzenia należy wyeliminować ludzi, którzy wykazali się aktywnością w wysuwaniu koncepcji postulatów. Na każdy następny zjazd wybierać nowych kandydatów (ruchowo), tylko wytypowanych przez nasze służby specjalne.
8. Należy zwrócić baczną uwagę na ludzi wyróżniających się zmysłem organizacyjnym, umiejących sobie jednać popularność. Ludzi takich należy pozyskać, a w razie odmowy nie dopuszczać do wyższych stanowisk.
9. Doprowadzić do tego, aby pracownicy na stanowiskach państwowych (z wyjątkiem służb ścigania i pracowników przemysłu wydobywczego) otrzymywali niskie pobory. Dotyczy to w szczególności służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości, oświaty i kierowników różnych szczebli.
10. Do wszystkich organów władzy i większości zakładów pracy wprowadzić ludzi współpracujących z naszymi służbami specjalnymi (bez wiedzy władz krajowych).
11. Należy zwrócić szczególną uwagę, aby prasa krajowców nie podawała sumarycznych ilości rodzajów towarów wysyłanych do naszego kraju. Nie można też również nazwać to handlem. Należy dopilnować, aby prasa krajowa podkreślała ilość towarów wysyłanych przez nas do krajowców, ale wspominała, że to w ramach wymiany handlowej.
12. Wpłynąć na władze krajowców, aby nabywcy ziemi, parceli i gruntów nie otrzymywali aktów własności, a jedynie akty nadania.
13. Ukierunkować politykę w stosunku do rolnictwa indywidualnego tak, aby prowadzenie gospodarstw stało się nieopłacalne, a wydajność jak najmniejsza. W następnej kolejności przystąpić do kolektywizacji wsi. W razie wystąpienia silniejszej opozycji należy zmniejszyć dostawy środków produkcji dla wsi i zwiększyć powinność wobec państwa. Jeżeli to nie pomoże, spowodować, aby rolnictwo nie dawało pełnego pokrycia potrzeb żywnościowych kraju i oprzeć wyżywienie na imporcie.
14. Spowodować, aby wszystkie zarządzenia i akty prawne, gospodarcze, organizacyjne (z wyjątkiem wojskowych) nie były precyzyjne.
15. Spowodować, aby dla każdej sprawy powoływano kilka komisji, urzędów, instytucji społecznych, ale żadna z nich nie powinna mieć prawa podejmowania ostatecznej decyzji bez konsultacji z pozostałymi (nie dotyczy przemysłu wydobywczego).
16. Samorządy w zakładach pracy nie mogą mieć żadnego wpływu na kierunek działania przedsiębiorstw. Mogą się zajmować jedynie sposobem wykonywania zleconych zadań.
17. Związki zawodowe nie mogą mieć możliwości sprzeciwu wobec poleceń dyrekcji. Obciążyć związki inną pracą, jak organizowanie wczasów, zaopatrzenia, działalności rozrywkowej i oświatowej, wycieczki oraz rozprowadzanie atrakcyjnych towarów, potwierdzanie opinii i decyzji władz politycznych.
18. Należy spowodować, aby awansowano tylko tych pracowników i kierowników, którzy wzorowo wykonują przydzielone im zadania i nie wykazują skłonności do analizowania spraw wychodzących poza te działania.
19. Krajowcom na stanowiskach partyjnych, państwowych i gospodarczych należy stworzyć warunki do działań, które będą kompromitować ich w oczach podwładnych i zamykać im powrót do środowisk, z których pochodzą.
20. Kadrze oficerskiej rekrutującej się z krajowców można powierzać odpowiednie stanowiska pod warunkiem, że są tam już nasze służby specjalne.
21. Otoczyć szczególnym nadzorem ilości amunicji do wszystkich rodzajów broni, z każdego arsenału akcyjnego i ćwiczeń w ostrym strzelaniu prowadzić swoiste rozliczenia.
22. Objąć szczególnym nadzorem wszelkie laboratoria i instytucje naukowo-badawcze.
23. Należy zwrócić szczególną uwagę na ruch racjonalizatorski i wynalazczy, rozwijać go i popierać, ale wszystkie odkrycia dokładnie rejestrować i zapisem przekazywać do centrali. Dopuszczać do realizacji tylko te wynalazki, które przydatne są w przemyśle wydobywczym, wstępnej obróbki i określone w specjalnej instrukcji. Nie mogą być realizowane te odkrycia, które mogłyby doprowadzić do wzrostu produkcji kosztem ograniczenia wydobycia surowców lub zaniechania zalecanych działań. W wypadku głośnych odkryć spowodować ich sprzedanie za granicę. Nie dopuszczać do publikacji zawierających wartości i opisy wynalazków.
24. Spowodować zakłócenia w punktualności transportów (z wyjątkiem transportu określonego w instrukcji NK 552-46).
25. Inspirować zwoływanie narad środowiskowych i problemowych, zbierać stawiane tam wnioski i propozycje, rejestrować wnioskodawców, a realizować linię określoną w instrukcjach.
26. Spopularyzować wywiady z ludźmi pracy na aktualne tematy produkcyjne, w których zawarta jest krytyka przeszłości lub lokalnego bałaganu, ale nie doprowadzać do likwidacji przyczyn krytykowanych zjawisk.
27. Wystąpienia publiczne władz krajowców mogą zawierać akcenty narodowe i historyczne, ale nie mogą prowadzić do zjednoczenia ducha narodu.
28. Zwrócić baczną uwagę, czy w odbudowywanych i nowych większych miastach i osiedlach nie budowano ujęć wodnych niezależnych od głównej sieci wodociągowej. Stare ujęcia wodne i studnie uliczne systematycznie likwidować.
29. Przy odbudowie i rozbudowie przemysłu dopilnować, aby ścieki przemysłowe spływały do rzek mogących stanowić rezerwaty wody pitnej.
30. Mieszkania w nowych osiedlach i odbudowywanych miastach nie mogą zawierać dodatkowych pomieszczeń pozwalających na hodowlę inwentarza lub gromadzenie żywności na dłużej i w większych ilościach.
31. Spowodować, aby prywatne przedsiębiorstwa i rzemieślnicy otrzymywali surowce i urządzenia niepozwalające na produkcję artykułów dobrej jakości, a ceny tych produktów powinny być wyższe od podobnych wytwarzanych przez państwo.
32. Doprowadzić do maksymalnej rozbudowy administracji biurowej wszystkich stopni. Można dopuszczać krytykę działalności administracyjnej, ale nie wolno pozwolić na jej zmniejszenie ani sprawną pracę.
33. Należy dopilnować wszystkich planów produkcyjnych w przemysłach wydobywczych i w działach określonych odpowiednimi instrukcjami i nie wolno dopuścić do wykonania zaopatrzenia rynku krajowego.
34. Szczególnej obserwacji poddać Kościół i tak ukierunkować działalność oświatowo-wychowawczą, aby wzbudzić powszechny wstręt do tej instytucji. Objąć baczną uwagą i kontrolą kościelne drukarnie, biblioteki, archiwa, kazania, kolędowania, treści nauk religijnych oraz obrzędy pogrzebowe.
35. W szkolnictwie podstawowym, zawodowym, a w szczególności w szkołach średnich i wyższych doprowadzić do usunięcia nauczycieli cieszących się powszechnym autorytetem i uznaniem. Na ich miejsce wprowadzić ludzi mianowanych. Doprowadzić do zerwania korelacji między przedmiotami, do ograniczenia wydawania materiałów źródłowych, do usunięcia ze szkół średnich łaciny, greki, filozofii ogólnej, logiki i genetyki. W historii nie można podawać, co który władca chciał zrobić lub zrobił dla kraju, trzeba natomiast ukazywać tyranię królów oraz walki uciemiężonego ludu. W szkolnictwie zawodowym doprowadzić do wąskich specjalizacji.
36. Inspirować organizowanie imprez państwowych związanych z walką krajowców z zaborcami (z wyjątkiem zaboru rosyjskiego), szczególnie z Niemcami i walki o socjalizm.
37. W publikacjach krajowych nie dopuszczać opracowań traktujących o krajowcach przebywających w naszym państwie do rewolucji i w czasie II wojny światowej.
38. W razie powstania organizacji popierającej sojusz z naszym państwem, ale zmierzającej do kontroli działalności gospodarczej oficjalnych władz kraju, należy natychmiast podjąć działalność (niezależnie od władz kraju) obciążając te organizacje tendencjami nacjonalistycznymi i szowinistycznymi. Formy działalności: burzenie naszych pomników i cmentarzy, publikowanie ulotek wyszydzających nasz naród, naszą kulturę, sens zawartych układów. Do prac propagandowych angażować krajowców i wykorzystywać istniejącą nienawiść do nas.
39. Zadbać o budowę i rozbudowę mostów, dróg i licznych połączeń, aby w razie konieczności interwencji wojskowej można było szybko i z każdej strony dotrzeć do punktu oporu lub koncentracji sił opozycji.
40. Pilnować, aby aresztowano przeciwników politycznych. Rozpracować przeciwników z autorytetem wśród krajowców. Likwidować w drodze tzw. zajść sytuacyjnych przypadkowych, zanim staną się głośnymi lub aresztować ich wcześniej za wykroczenia kryminalne.
41. Nie dopuszczać do rehabilitacji osób skazanych w procesach politycznych. W razie konieczności rehabilitacji można ją przeprowadzić tylko pod warunkiem, że sprawa będzie uznana za pomyłkę sądową, bez wszczynania dochodzenia i stawiania przed sądem winnych pomyłki (sędziów, świadków, oskarżycieli, informatorów).
42. Nie wolno stawiać przed sądem ludzi na stanowiskach kierowniczych obsadzonych przez partię, którzy swą działalnością spowodowali straty lub wywołali niezadowolenie podwładnych. W sytuacjach drastycznych należy ich odwołać ze stanowiska i przenieść do innych miejscowości na stanowiska równorzędne lub wyższe. W skrajnych sytuacjach ulokować na stanowiskach niekierowniczych i traktować jako rezerwę kadrową do późniejszej wymiany.
43. Ogłaszać publicznie procesy ludzi ze stanowisk kierowniczych (wojsko, ministerstwa, główne zarządy, szkolnictwo) oskarżonych o działalność przeciwko ludowi, przeciwko socjalizmowi, przeciwko industrializacji. Będzie to mobilizować czujność mas pracujących.
44. Dbać o wymianę ludzi na stanowiskach roboczych przez dopuszczenie do tych funkcji ludzi z awansów, mających najniższe kwalifikacje.
45. Spowodować napływ do szkół wyższych ludzi pochodzących z najniższych grup społecznych, którzy nie wykazują zainteresowań zawodowych, a tylko chęć zdobycia dyplomu.
(dodaj komentarz)
Kryzys gospodarczy w Europie: polityka niszczenia sąsiada

(dodaj komentarz)
Europejska integracja gospodarcza nigdy nie była projektem, w którym każdy zwycięża. W czasie przedkryzysowej hossy niewielu potrafiło to dostrzec. Przekonują się o tym dopiero teraz.
Przez wiele lat najtęższe głowy powtarzały, że integracja europejska czy globalizacja to takie gry, w których wszyscy wygrywają. Trwający od pięciu lat kryzys zmusza do zrewidowania tamtych idealistycznych założeń. Okazało się, że zyski z otwierania rynków rozkładają się w praktyce bardzo nierówno. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. Czy powinno nas to do Unii zniechęcać? Niekoniecznie. Są jeszcze tacy, którzy wierzą, że możliwy jest powrót do przedkryzysowej opowieści o Europie, która wszystkim opłaca się tak samo.
Utrzymują oni, że unijny mechanizm jest w najlepszym porządku. Tylko ci Grecy albo Portugalczycy to tacy lenie! Robić im się nie chce, ciągle by tylko popijali kawę i wsłuchiwali się w szum fal. Więc teraz niech się nie dziwią, że mają za swoje. To jakże spójne objaśnienie przyczyn kryzysu nie do końca pasuje do faktów. Jeśli przyjrzymy się statystkom OECD (za 2012 r.), wychodzi, że Grek przepracował 2034 godziny, a Holender 1381. Portugalczyk 1691, a Niemiec 1397 godzin. To opowieści o leniwym Południu i mrówczo pracowitej Północy mamy chyba z głowy, prawda? Inny argument głosi, że kraje balansujące od kilku lat na granicy bankructwa (a niektóre, jak Grecja, już się w tę przepaść osunęły) żyły ponad stan. I teraz płacą srogą karę za to, że nie potrafi ły zrównoważyć na czas swojego budżetu. Znów pudło.
Bo na przykład Hiszpania w latach 2010–2011 miała dług publiczny na poziomie 50–60 proc. Mogła też pochwalić się tym, że tuż przed wybuchem kryzysu trzykrotnie zanotowała nadwyżkę budżetową. W tym samym czasie Wielka Brytania zmagała się z długiem rzędu 70–80 proc. i brakiem zrównoważonego budżetu od przeszło dekady. I co się wydarzyło? Rynki postawiły na upadek Hiszpanii. I rząd w Madrycie musiał płacić za swoje dziesięcioletnie obligacje nawet ponad 7 proc. W tym samym czasie Londyn pożyczał pieniądze na 3–4 proc. Nic dziwnego, że Hiszpanie wpadli w jeszcze większą pułapkę zadłużeniową i dziś mają dużo gorsze perspektywy wyjścia na prostą niż Brytyjczycy.
Choć bynajmniej bardziej nie żyli ponad stan. Albo jeszcze inny slogan. Głoszący, że kraje takie jak, powiedzmy, Włochy mają dzisiejsze kłopoty, bo tamtejsi obywatele to kanciarze oszukujący fiskusa na każdym kroku. Może to i prawda. Tylko czy Południe naprawdę tak szczególnie odstaje pod tym względem od reszty kontynentu? Nie jestem tego taki pewien, czytając w niemieckiej prasie kolejne doniesienie o pochwyceniu jakiegoś prominenta na uciekaniu przed fiskusem do nieodległej Szwajcarii albo Liechtensteinu.
Nie każdy wygrywa Proszę mnie źle nie zrozumieć. Oczywiście nie twierdzę, że Grecy są mistrzami pracowitości, Hiszpanie nie mieli wcale długu publicznego, a Włosi powinni być wzorem współpracy ze służbami podatkowymi. I pewnie każdy z tych elementów składa się na ogólny (nie najlepszy) stan tamtejszych gospodarek. Chodzi mi tylko o to, że ci wszyscy obserwatorzy, którzy całą winę za obecny kryzys składają na przewiny gospodarcze krajów PIGS, popełniają niebezpieczny błąd. Zapominają o tym, że europejska integracja gospodarcza nie jest, i nigdy nie była, sytuacją, w której każdy z uczestników gry zwycięża (win-win). Tylko że w czasie przedkryzysowej hossy niewielu potrafiło to dostrzec.
Wyobraźmy sobie grupę biesiadników spędzających miłe popołudnie pod parasolem ogrodowym. Dopóki pogoda jest przyzwoita, nie ma większego znaczenia, kto gdzie siedzi. Wszyscy bawią się świetnie. Gdy jednak nadchodzi ulewa, zajmujący miejsca na skraju stołu czują, że na plecy leją im się strugi wody. Podnoszą więc krzyk. A na to ci siedzący bardziej centralnie rozkładają ręce. „Trzeba było nie siadać z boku. Albo przyjść wcześniej i zająć sobie lepsze miejsca” – odpowiadają.
Najważniejszym przejawem zero-jedynkowości (a więc sytuacji, w której mamy stronę wygraną i stronę przegraną), której Europa nie dostrzegała przed kryzysem, są bez wątpienia duże nierównowagi w bilansach handlowych. W warunkach daleko posuniętej integracji gospodarczej trochę bezwiednie przeistoczyły się one w nowoczesną politykę zubożania sąsiada. Jak to działa? Weźmy ostatnie w pełni dostępne dane OECD (za 2009 r.). Niemcy zanotowali w tym (już kryzysowym) roku 164 mld euro nadwyżki handlowej, Holandia 53 mld, a Austria 18 mld. To nic szczególnie nowego. Tamtejsze gospodarki zawsze były mocne w eksporcie drogich i technologicznie zaawansowanych produktów cieszących się wzięciem na całym świecie. Odkąd istnieje Unia Europejska (a zwłaszcza strefa euro), sytuacja wygląda jednak nieco inaczej.
Pojawił się pewien dodatkowy i jak się okazuje, kluczowy atut. – Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy nie mieli wspólnego europejskiego pieniądza, a zamiast tego zwyczajny system płynnych walut, których cenę regulują żelazne prawa podaży i popytu. Waluta kraju uzyskującego tak olbrzymie nadwyżki handlowe jak Niemcy natychmiast poszłaby w górę. W efekcie towary z innych krajów UE stałyby się dla niemieckich konsumentów bardziej atrakcyjne. Opłacałoby się kupić włoski ekspres do kawy czy hiszpańską elektronikę. A niemieckim eksporterom byłoby trudniej przebijać się na obcych rynkach. Wszyscy chętnie oburzamy się na Chińczyków sztucznie zaniżających kurs swojej waluty, by ich eksport zyskał przewagę konkurencyjną. My robimy tak samo, posługując się euro – uważa Jens Berger, niemiecki ekonomista i autor książki „Stresstest Deutschland” (Strestest dla Niemiec). Istnienie Unii Europejskiej ma jeszcze jeden skutek.
Dużo większa niż niegdyś część eksportu krajów Unii pozostaje na europejskim rynku. To logiczne. Integracja europejska zniosła przecież cła i większość barier pozataryfowych. Również wspólna waluta sprawia, że hiszpańskiemu importerowi łatwiej sprowadzić maszyny z Holandii albo Niemiec, niż szukać ich gdzieś na innych kontynentach, martwiąc się przy tym wahaniami kursów. Ale to równanie ma drugą stronę. W tym wypadku (pozostajemy przy danych OECD za 2009 r.) były to deficyty handlowe takich krajów jak Grecja (minus 36 mld euro), Hiszpania (minus 31 mld) albo Portugalia (minus 17 mld). I to one są największym przegranym mechanizmu nowej polityki zubożania sąsiada. Argument o nierównowagach płatniczych, które są przyczyną obecnego europejskiego kryzysu, nie jest nowy. W poważnej debacie pojawił się już mniej więcej w 2010 r. Jako pierwsza podnosiła go publicznie Christine Lagarde. Najpierw jako minister finansów Francji, potem szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kraje nadwyżkowe długo wzruszały tylko ramionami. I odpowiadały zazwyczaj na dwa sposoby.
Albo argumentując, że Francja zgłasza takie postulaty, bo sama ma potężny (ok. 50 mld euro) deficyt handlowy. Druga linia dawania odporu przez stolice takie jak Berlin była trochę bardziej wyrafinowana. – Nie można karać niemieckich producentów za to, że ich towary są takie świetne, że zabija się o nie cały świat. Po prostu róbcie sami takie produkty – odpowiadał niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Tłumaczenie Berlina brzmi sensownie. Ale tylko na pierwszy rzut oka. – Bo znów powraca pytanie, jak w warunkach istnienia wspólnej waluty i zliberalizowanych rynków miałoby się to dokonać – uważa Paul De Grauwe z London School of Economics.
Belgijski ekonomista jest jednym z pierwszych, którzy zwrócili uwagę na fenomen złotej klatki, w jakiej znalazły się Grecja, Hiszpania czy Włochy. Pisał właśnie o paradoksalnym działaniu euro. Projektu, który z jednej strony pomógł biednemu Południu w szybkim tempie nadgonić wiele cywilizacyjnych zaległości (na przykład poprzez realizację projektów infrastrukturalnych). Z drugiej jednak strony doprowadził do zabójczego obniżenia konkurencyjności ich gospodarek. A rządy w Atenach, Madrycie czy Rzymie niewiele mogły z tym fantem zrobić. Wprowadzenie euro odebrało im możliwości manipulowania kursem swojej waluty (tak, by poprzez jego obniżenie stymulować eksport).
Z kolei napływ taniego kapitału spekulacyjnego z bogatej Północy (Niemcy i Holendrzy musieli przecież gdzieś zainwestować zarobione na eksporcie pieniądze) stworzył olbrzymią pokusę konsumpcyjną. A także presję na zwiększanie zarobków. Ganienie Południa za to, że się tej pokusie nie oparło, jest, delikatnie mówiąc, nieuczciwe. To było tak, jakby ktoś postawił przed chronicznie niedojadającym talerze pełne jedzenia. Ściągnął z jego karty kredytowej zapłatę i spokojnie obserwował, jak biedak rzuca się na górę smakołyków, co na pewno doprowadzi do niestrawności. A gdy okazało się, że nie ma z czego oddać, chwyta go za szyję, krzycząc: „Zaciskaj pasa!”.
Niepisany układ Ten zestaw argumentów to jednak tylko jeden ze sposobów opowiedzenia o tym, co stało się w Europie w ostatnich kilku latach. Ale kto wie, czy nie więcej przyniesie nam spojrzenie na sytuację pod zupełnie innym kątem. Ciągłe powtarzanie, że Niemcy się na Unii dorobili, a Grecy przegrali, to tylko część prawdy. – Czy Niemcy się na Unii dorobili? To zależy, którzy Niemcy! – gorączkuje się Jens Berger. I dodaje, że owszem, zyski trzydziestu największych niemieckich spółek giełdowych, działających przecież głównie w branży eksportowej, skoczyły między 2001 a 2007 r. ze 170 do 600 mld euro. Większość Niemców zastanawia się jednak, co się właściwie stało z tymi pieniędzmi.
Bo w tym samym czasie, gdy eksport i zyski wypracowujących go firm biły rekordy, pensje stały w miejscu. A uwzględniając inflację, wręcz się kurczyły. „Rozwiązanie tej zagadki brzmi: zyski trafiły do kieszeni bardzo wąskiej grupy najlepiej sytuowanych, a 99 proc. niemieckiego społeczeństwa mogło o ożywieniu gospodarczym co najwyżej poczytać w gazetach. Istnieją wręcz wyliczenia, z których wynika, że po uwzględnieniu inflacji obroty niemieckiego handlu detalicznego znajdują się na tym samym poziomie co na początku lat 90. Oznacza to, że gospodarka kręci się tylko pozornie. Znakomita większość Niemców ma zaś w kieszeni tyle samo albo mniej pieniędzy niż 15–20 lat temu.
Jedyne, co rośnie, to dochody najzamożniejszych. Czy to jest ustrój, w którym chcemy żyć? Pozwolę sobie powiedzieć, że niekoniecznie – uważa niemiecki ekonomista. Jeśli się lepiej wsłuchać, to podobne spory znajdziemy w większości krajów zachodniej Europy. Im głębsza jest w nich recesja, tym bardziej są one dosadne. Wszędzie podobny zestaw argumentów: ostatnie lata przyniosły kurczenie się szeregów stabilnej klasy średniej, coraz więcej tzw. pracującej biedoty (czyli ludzi, którzy mimo że zarabiają, to nie są w stanie utrzymać się z tego na poziomie wyższym niż wegetowanie z dnia na dzień). Sytuacja byłaby jeszcze do przyjęcia, gdyby po drodze wydarzyło się coś szczególnie dramatycznego. Na przykład wojna albo wielki kataklizm. Ale nic takiego nie miało miejsca. Dzisiejsi Europejczycy mają przekonanie, że nie są gorsi, mniej pracowici czy gorzej wykształceni albo mniej mobilni od poprzedniego, cieszącego się dobrobytem pokolenia.
Tylko nagle rzeczywistość wokół nich skręciła w zadziwiającym kierunku. Oczywiście z naszej perspektywy kraju wychodzącego z powszechnego ubóstwa te narzekania mogą irytować. Większość mieszkańców Europy Zachodniej wciąż żyje jednak na poziomie wyższym od nas. Ale nie zmienia to faktu, że problem istnieje. I nawet osoby nastawione entuzjastycznie do europejskiego projektu nie mogą nie dostrzec, że te kłopoty mają związek z eurointegracją. Nie wiemy, jak Europa wyglądałaby bez Unii i bez euro. Jedyne, co możemy (i powinniśmy) zrobić, to porównać obietnice składane przy stawianiu kolejnych kroków w kierunku wspólnoty (Maastricht, Amsterdam, Nicea, Lizbona) z obecną pokryzysową rzeczywistością. Na każdym etapie politycy, eksperci i media powtarzali, że więcej Europy oznacza lepszą sytuację dla wszystkich.
I dla biednych, i dla średniozamożnych, i dla bogatych. Tymczasem się okazało, że są tacy, którzy się na pogłębianiu Europy dorobili, ale wielu straciło. Media głównego nurtu (również w Polsce) długo nie potrafiły tego zaakceptować. Nie rozumiano na przykład, skąd się brał eurosceptycyzm francuskiej lewicy, która doprowadziła do utrącenia w 2005 r. projektu eurokonstytucji. Mówiono, że to powrót do anachronicznych nacjonalizmów albo po prostu populizm (cokolwiek by miało to słowo oznaczać). Tymczasem odpowiedź była dużo prostsza. Zyski z europejskiej integracji i globalizacji zgarnęły bogate koncerny, które mogły dzięki niej przenieść swoje zakłady w tańsze rejony świata lub kontynentu.
Ale już nie robotnik z tejże likwidowanej fabryki. Według pierwotnego założenia, które przyświecało np. traktatowi z Maastricht, ta sprzeczność interesów miała zostać osłonięta niepisanym układem: wielki biznes dostanie dzięki pogłębianiu eurointegracji nowe rynki, ale podzieli się zyskami z resztą społeczeństwa. W ramach krajowych mechanizmów redystrybucji (czyli państwa dobrobytu), ale też na poziomie unijnym (np. poprzez fundusze spójności). Ten kruchy kompromis legł jednak w gruzach po wybuchu obecnego kryzysu. Dlaczego? Bo w ramach filozofii oszczędności pod nóż jako pierwsze idą wydatki związane z funkcjonowaniem państwa socjalnego. Jest też presja na ograniczanie wydatków na budżet Wspólnoty (vide perspektywa budżetowa na kolejne 7 lat). To wszystko nie wróży dobrze całemu europejskiemu projektowi.
Cywilizacyjna pępowina Odkrywanie ciemnych stron i wzajemnych sprzeczności takich tworów gospodarczych jak Unia Europejska nie jest nowym zjawiskiem. To przecież nic innego jak nieco już dziś zapomniany anty(lub alter-) globalizm rodzący się w latach 90. – Tylko że tamtej lekcji prawie nikt nie traktował w Europie poważnie. Nic dziwnego. Dotyczyła przecież nie samego Zachodu, lecz innych części świata – twierdzi Ha Joon Chang, ekonomista z Uniwersytetu w Cambridge. Akurat ten pracujący na Wyspach Brytyjskich Koreańczyk ostrzegał przed ciemnymi stronami globalizacji już od dawna. Zasłynął wydaną w 2003 r. książką „Kicking Away the Ladder” („Odrzucanie drabiny”), w której pisał wprost: otwieranie rynków zawsze najbardziej opłaca się bogatszym.
Ale pamiętajmy, że Zachód najpierw sam się dorobił, zazdrośnie strzegąc interesów swojego przemysłu. A gdy gospodarki wschodzące chciały zrobić to samo, próbował pokrzyżować im plany, narzucając bezpardonowo ideologię wolnego handlu poprzez takie organizacje jak WTO (Światowa Organizacja Handlu), Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Kilka lat później Ha Joon Chang jeszcze bardziej wzmocnił swoje tezy w książce „Bad Samaritans: The Myth of Free Trade and the Secret History of Capitalism” (Źli samarytanie: Mit o wolnym handlu i sekretna historia kapitalizmu). Pisał tam, że właściwie nie ma na świecie kraju, który potrafiłby tworzyć swoje bogactwo, stosując w pełni politykę otwarcia na wolny handel. Jego zdaniem gdyby na przykład Japonia musiała odbudować swoją gospodarkę z wojennej katastrofy nie w latach 50., lecz powiedzmy w 80. (czyli w czasach dominacji myślenia liberalnego), to cały tamtejszy sektor samochodowy w ogóle nie miałby szans na wyjście z powijaków. Rozumowanie Ha Joon Changa jest bliskie nowej teorii handlu międzynarodowego.
Szkole, która rozwijała się na amerykańskich uniwersytetach już w latach 70. Jej przedstawiciele (tacy jak choćby późniejszy noblista Paul Krugman) zwracali uwagę na to, jak pełna pułapek może być wiara w moc wolnego handlu. Cudowną receptę, według której na jego intensyfikacji dobrze wychodzą obie strony. Zarówno specjalizująca się w produkcji wina biedna Portugalia, jak i produkująca sukno Anglia – by posłużyć się słynnym przykładem ze sztandarowej pracy XVIII/XIX–wiecznego klasyka ekonomii Davida Ricardo.
I że służące przez kilka dekad za główne uzasadnienie filozofii liberalizacji rynków międzynarodowych twierdzenie Heckshera-Ohlina może i działa, ale co najwyżej w sali wykładowej. A nie w realnym świecie. Wyliczanie słabości takich projektów jak Unia Europejska czy globalizacja jest stąpaniem po dość cienkim lodzie. Łatwo bowiem można zostać uznanym za eurosceptyka. Kogoś twierdzącego, że kraj tak jak Polska zaliczający się raczej do tych biedniejszych powinien trzymać się od takich eksperymentów z daleka.
Uważny czytelnik nie będzie miał jednak problemów z dostrzeżeniem, że nie o to w tej opowieści chodzi. Bo po pierwsze z samego przyznania, że integracja europejska to nie tylko same plusy, nie wynika jeszcze, że tych plusów Unia w ogóle nie ma. Przeciwnie. Zjednoczona Europa to projekt zdecydowanie pozytywny, którego znaczenie sięga daleko poza gospodarkę. Wzmacnia pokój (w tym sensie niedawna Nagroda Nobla dla brukselskiej organizacji jest jak najbardziej zasłużona) i promuje stabilność polityczną na kontynencie. Przyniosła rewolucyjne ułatwienia dla swoich obywateli (podróże, możliwość podejmowania pracy). Jest wreszcie życiodajną pępowiną spinającą nas cywilizacyjnie z Zachodem. Rzecz tylko w tym, by nie zapominając o niewątpliwych zaletach, zdawać sobie sprawę z jej słabości i niedoskonałości. I umieć wśród nich nawigować. I jak to w świecie zero-jedynkowym. Czasem zaliczyć jakąś stratę, by potem znów odkuć się gdzie indziej. Niemal dekadę po wejściu do Unii powinniśmy umieć już rozmawiać również na takie tematy.
(dodaj komentarz)
Autor: Rafał Woś
Artykuły z: Dziennik Gazeta Prawna
photo - depositphotos (inverted MW)
Europejska integracja gospodarcza nigdy nie była projektem, w którym każdy zwycięża. W czasie przedkryzysowej hossy niewielu potrafiło to dostrzec. Przekonują się o tym dopiero teraz.
Przez wiele lat najtęższe głowy powtarzały, że integracja europejska czy globalizacja to takie gry, w których wszyscy wygrywają. Trwający od pięciu lat kryzys zmusza do zrewidowania tamtych idealistycznych założeń. Okazało się, że zyski z otwierania rynków rozkładają się w praktyce bardzo nierówno. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. Czy powinno nas to do Unii zniechęcać? Niekoniecznie. Są jeszcze tacy, którzy wierzą, że możliwy jest powrót do przedkryzysowej opowieści o Europie, która wszystkim opłaca się tak samo.
Utrzymują oni, że unijny mechanizm jest w najlepszym porządku. Tylko ci Grecy albo Portugalczycy to tacy lenie! Robić im się nie chce, ciągle by tylko popijali kawę i wsłuchiwali się w szum fal. Więc teraz niech się nie dziwią, że mają za swoje. To jakże spójne objaśnienie przyczyn kryzysu nie do końca pasuje do faktów. Jeśli przyjrzymy się statystkom OECD (za 2012 r.), wychodzi, że Grek przepracował 2034 godziny, a Holender 1381. Portugalczyk 1691, a Niemiec 1397 godzin. To opowieści o leniwym Południu i mrówczo pracowitej Północy mamy chyba z głowy, prawda? Inny argument głosi, że kraje balansujące od kilku lat na granicy bankructwa (a niektóre, jak Grecja, już się w tę przepaść osunęły) żyły ponad stan. I teraz płacą srogą karę za to, że nie potrafi ły zrównoważyć na czas swojego budżetu. Znów pudło.
Bo na przykład Hiszpania w latach 2010–2011 miała dług publiczny na poziomie 50–60 proc. Mogła też pochwalić się tym, że tuż przed wybuchem kryzysu trzykrotnie zanotowała nadwyżkę budżetową. W tym samym czasie Wielka Brytania zmagała się z długiem rzędu 70–80 proc. i brakiem zrównoważonego budżetu od przeszło dekady. I co się wydarzyło? Rynki postawiły na upadek Hiszpanii. I rząd w Madrycie musiał płacić za swoje dziesięcioletnie obligacje nawet ponad 7 proc. W tym samym czasie Londyn pożyczał pieniądze na 3–4 proc. Nic dziwnego, że Hiszpanie wpadli w jeszcze większą pułapkę zadłużeniową i dziś mają dużo gorsze perspektywy wyjścia na prostą niż Brytyjczycy.
Choć bynajmniej bardziej nie żyli ponad stan. Albo jeszcze inny slogan. Głoszący, że kraje takie jak, powiedzmy, Włochy mają dzisiejsze kłopoty, bo tamtejsi obywatele to kanciarze oszukujący fiskusa na każdym kroku. Może to i prawda. Tylko czy Południe naprawdę tak szczególnie odstaje pod tym względem od reszty kontynentu? Nie jestem tego taki pewien, czytając w niemieckiej prasie kolejne doniesienie o pochwyceniu jakiegoś prominenta na uciekaniu przed fiskusem do nieodległej Szwajcarii albo Liechtensteinu.
Nie każdy wygrywa Proszę mnie źle nie zrozumieć. Oczywiście nie twierdzę, że Grecy są mistrzami pracowitości, Hiszpanie nie mieli wcale długu publicznego, a Włosi powinni być wzorem współpracy ze służbami podatkowymi. I pewnie każdy z tych elementów składa się na ogólny (nie najlepszy) stan tamtejszych gospodarek. Chodzi mi tylko o to, że ci wszyscy obserwatorzy, którzy całą winę za obecny kryzys składają na przewiny gospodarcze krajów PIGS, popełniają niebezpieczny błąd. Zapominają o tym, że europejska integracja gospodarcza nie jest, i nigdy nie była, sytuacją, w której każdy z uczestników gry zwycięża (win-win). Tylko że w czasie przedkryzysowej hossy niewielu potrafiło to dostrzec.
Wyobraźmy sobie grupę biesiadników spędzających miłe popołudnie pod parasolem ogrodowym. Dopóki pogoda jest przyzwoita, nie ma większego znaczenia, kto gdzie siedzi. Wszyscy bawią się świetnie. Gdy jednak nadchodzi ulewa, zajmujący miejsca na skraju stołu czują, że na plecy leją im się strugi wody. Podnoszą więc krzyk. A na to ci siedzący bardziej centralnie rozkładają ręce. „Trzeba było nie siadać z boku. Albo przyjść wcześniej i zająć sobie lepsze miejsca” – odpowiadają.
Najważniejszym przejawem zero-jedynkowości (a więc sytuacji, w której mamy stronę wygraną i stronę przegraną), której Europa nie dostrzegała przed kryzysem, są bez wątpienia duże nierównowagi w bilansach handlowych. W warunkach daleko posuniętej integracji gospodarczej trochę bezwiednie przeistoczyły się one w nowoczesną politykę zubożania sąsiada. Jak to działa? Weźmy ostatnie w pełni dostępne dane OECD (za 2009 r.). Niemcy zanotowali w tym (już kryzysowym) roku 164 mld euro nadwyżki handlowej, Holandia 53 mld, a Austria 18 mld. To nic szczególnie nowego. Tamtejsze gospodarki zawsze były mocne w eksporcie drogich i technologicznie zaawansowanych produktów cieszących się wzięciem na całym świecie. Odkąd istnieje Unia Europejska (a zwłaszcza strefa euro), sytuacja wygląda jednak nieco inaczej.
Pojawił się pewien dodatkowy i jak się okazuje, kluczowy atut. – Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy nie mieli wspólnego europejskiego pieniądza, a zamiast tego zwyczajny system płynnych walut, których cenę regulują żelazne prawa podaży i popytu. Waluta kraju uzyskującego tak olbrzymie nadwyżki handlowe jak Niemcy natychmiast poszłaby w górę. W efekcie towary z innych krajów UE stałyby się dla niemieckich konsumentów bardziej atrakcyjne. Opłacałoby się kupić włoski ekspres do kawy czy hiszpańską elektronikę. A niemieckim eksporterom byłoby trudniej przebijać się na obcych rynkach. Wszyscy chętnie oburzamy się na Chińczyków sztucznie zaniżających kurs swojej waluty, by ich eksport zyskał przewagę konkurencyjną. My robimy tak samo, posługując się euro – uważa Jens Berger, niemiecki ekonomista i autor książki „Stresstest Deutschland” (Strestest dla Niemiec). Istnienie Unii Europejskiej ma jeszcze jeden skutek.
Dużo większa niż niegdyś część eksportu krajów Unii pozostaje na europejskim rynku. To logiczne. Integracja europejska zniosła przecież cła i większość barier pozataryfowych. Również wspólna waluta sprawia, że hiszpańskiemu importerowi łatwiej sprowadzić maszyny z Holandii albo Niemiec, niż szukać ich gdzieś na innych kontynentach, martwiąc się przy tym wahaniami kursów. Ale to równanie ma drugą stronę. W tym wypadku (pozostajemy przy danych OECD za 2009 r.) były to deficyty handlowe takich krajów jak Grecja (minus 36 mld euro), Hiszpania (minus 31 mld) albo Portugalia (minus 17 mld). I to one są największym przegranym mechanizmu nowej polityki zubożania sąsiada. Argument o nierównowagach płatniczych, które są przyczyną obecnego europejskiego kryzysu, nie jest nowy. W poważnej debacie pojawił się już mniej więcej w 2010 r. Jako pierwsza podnosiła go publicznie Christine Lagarde. Najpierw jako minister finansów Francji, potem szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kraje nadwyżkowe długo wzruszały tylko ramionami. I odpowiadały zazwyczaj na dwa sposoby.
Albo argumentując, że Francja zgłasza takie postulaty, bo sama ma potężny (ok. 50 mld euro) deficyt handlowy. Druga linia dawania odporu przez stolice takie jak Berlin była trochę bardziej wyrafinowana. – Nie można karać niemieckich producentów za to, że ich towary są takie świetne, że zabija się o nie cały świat. Po prostu róbcie sami takie produkty – odpowiadał niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Tłumaczenie Berlina brzmi sensownie. Ale tylko na pierwszy rzut oka. – Bo znów powraca pytanie, jak w warunkach istnienia wspólnej waluty i zliberalizowanych rynków miałoby się to dokonać – uważa Paul De Grauwe z London School of Economics.
Belgijski ekonomista jest jednym z pierwszych, którzy zwrócili uwagę na fenomen złotej klatki, w jakiej znalazły się Grecja, Hiszpania czy Włochy. Pisał właśnie o paradoksalnym działaniu euro. Projektu, który z jednej strony pomógł biednemu Południu w szybkim tempie nadgonić wiele cywilizacyjnych zaległości (na przykład poprzez realizację projektów infrastrukturalnych). Z drugiej jednak strony doprowadził do zabójczego obniżenia konkurencyjności ich gospodarek. A rządy w Atenach, Madrycie czy Rzymie niewiele mogły z tym fantem zrobić. Wprowadzenie euro odebrało im możliwości manipulowania kursem swojej waluty (tak, by poprzez jego obniżenie stymulować eksport).
Z kolei napływ taniego kapitału spekulacyjnego z bogatej Północy (Niemcy i Holendrzy musieli przecież gdzieś zainwestować zarobione na eksporcie pieniądze) stworzył olbrzymią pokusę konsumpcyjną. A także presję na zwiększanie zarobków. Ganienie Południa za to, że się tej pokusie nie oparło, jest, delikatnie mówiąc, nieuczciwe. To było tak, jakby ktoś postawił przed chronicznie niedojadającym talerze pełne jedzenia. Ściągnął z jego karty kredytowej zapłatę i spokojnie obserwował, jak biedak rzuca się na górę smakołyków, co na pewno doprowadzi do niestrawności. A gdy okazało się, że nie ma z czego oddać, chwyta go za szyję, krzycząc: „Zaciskaj pasa!”.
Niepisany układ Ten zestaw argumentów to jednak tylko jeden ze sposobów opowiedzenia o tym, co stało się w Europie w ostatnich kilku latach. Ale kto wie, czy nie więcej przyniesie nam spojrzenie na sytuację pod zupełnie innym kątem. Ciągłe powtarzanie, że Niemcy się na Unii dorobili, a Grecy przegrali, to tylko część prawdy. – Czy Niemcy się na Unii dorobili? To zależy, którzy Niemcy! – gorączkuje się Jens Berger. I dodaje, że owszem, zyski trzydziestu największych niemieckich spółek giełdowych, działających przecież głównie w branży eksportowej, skoczyły między 2001 a 2007 r. ze 170 do 600 mld euro. Większość Niemców zastanawia się jednak, co się właściwie stało z tymi pieniędzmi.
Bo w tym samym czasie, gdy eksport i zyski wypracowujących go firm biły rekordy, pensje stały w miejscu. A uwzględniając inflację, wręcz się kurczyły. „Rozwiązanie tej zagadki brzmi: zyski trafiły do kieszeni bardzo wąskiej grupy najlepiej sytuowanych, a 99 proc. niemieckiego społeczeństwa mogło o ożywieniu gospodarczym co najwyżej poczytać w gazetach. Istnieją wręcz wyliczenia, z których wynika, że po uwzględnieniu inflacji obroty niemieckiego handlu detalicznego znajdują się na tym samym poziomie co na początku lat 90. Oznacza to, że gospodarka kręci się tylko pozornie. Znakomita większość Niemców ma zaś w kieszeni tyle samo albo mniej pieniędzy niż 15–20 lat temu.
Jedyne, co rośnie, to dochody najzamożniejszych. Czy to jest ustrój, w którym chcemy żyć? Pozwolę sobie powiedzieć, że niekoniecznie – uważa niemiecki ekonomista. Jeśli się lepiej wsłuchać, to podobne spory znajdziemy w większości krajów zachodniej Europy. Im głębsza jest w nich recesja, tym bardziej są one dosadne. Wszędzie podobny zestaw argumentów: ostatnie lata przyniosły kurczenie się szeregów stabilnej klasy średniej, coraz więcej tzw. pracującej biedoty (czyli ludzi, którzy mimo że zarabiają, to nie są w stanie utrzymać się z tego na poziomie wyższym niż wegetowanie z dnia na dzień). Sytuacja byłaby jeszcze do przyjęcia, gdyby po drodze wydarzyło się coś szczególnie dramatycznego. Na przykład wojna albo wielki kataklizm. Ale nic takiego nie miało miejsca. Dzisiejsi Europejczycy mają przekonanie, że nie są gorsi, mniej pracowici czy gorzej wykształceni albo mniej mobilni od poprzedniego, cieszącego się dobrobytem pokolenia.
Tylko nagle rzeczywistość wokół nich skręciła w zadziwiającym kierunku. Oczywiście z naszej perspektywy kraju wychodzącego z powszechnego ubóstwa te narzekania mogą irytować. Większość mieszkańców Europy Zachodniej wciąż żyje jednak na poziomie wyższym od nas. Ale nie zmienia to faktu, że problem istnieje. I nawet osoby nastawione entuzjastycznie do europejskiego projektu nie mogą nie dostrzec, że te kłopoty mają związek z eurointegracją. Nie wiemy, jak Europa wyglądałaby bez Unii i bez euro. Jedyne, co możemy (i powinniśmy) zrobić, to porównać obietnice składane przy stawianiu kolejnych kroków w kierunku wspólnoty (Maastricht, Amsterdam, Nicea, Lizbona) z obecną pokryzysową rzeczywistością. Na każdym etapie politycy, eksperci i media powtarzali, że więcej Europy oznacza lepszą sytuację dla wszystkich.
I dla biednych, i dla średniozamożnych, i dla bogatych. Tymczasem się okazało, że są tacy, którzy się na pogłębianiu Europy dorobili, ale wielu straciło. Media głównego nurtu (również w Polsce) długo nie potrafiły tego zaakceptować. Nie rozumiano na przykład, skąd się brał eurosceptycyzm francuskiej lewicy, która doprowadziła do utrącenia w 2005 r. projektu eurokonstytucji. Mówiono, że to powrót do anachronicznych nacjonalizmów albo po prostu populizm (cokolwiek by miało to słowo oznaczać). Tymczasem odpowiedź była dużo prostsza. Zyski z europejskiej integracji i globalizacji zgarnęły bogate koncerny, które mogły dzięki niej przenieść swoje zakłady w tańsze rejony świata lub kontynentu.
Ale już nie robotnik z tejże likwidowanej fabryki. Według pierwotnego założenia, które przyświecało np. traktatowi z Maastricht, ta sprzeczność interesów miała zostać osłonięta niepisanym układem: wielki biznes dostanie dzięki pogłębianiu eurointegracji nowe rynki, ale podzieli się zyskami z resztą społeczeństwa. W ramach krajowych mechanizmów redystrybucji (czyli państwa dobrobytu), ale też na poziomie unijnym (np. poprzez fundusze spójności). Ten kruchy kompromis legł jednak w gruzach po wybuchu obecnego kryzysu. Dlaczego? Bo w ramach filozofii oszczędności pod nóż jako pierwsze idą wydatki związane z funkcjonowaniem państwa socjalnego. Jest też presja na ograniczanie wydatków na budżet Wspólnoty (vide perspektywa budżetowa na kolejne 7 lat). To wszystko nie wróży dobrze całemu europejskiemu projektowi.
Cywilizacyjna pępowina Odkrywanie ciemnych stron i wzajemnych sprzeczności takich tworów gospodarczych jak Unia Europejska nie jest nowym zjawiskiem. To przecież nic innego jak nieco już dziś zapomniany anty(lub alter-) globalizm rodzący się w latach 90. – Tylko że tamtej lekcji prawie nikt nie traktował w Europie poważnie. Nic dziwnego. Dotyczyła przecież nie samego Zachodu, lecz innych części świata – twierdzi Ha Joon Chang, ekonomista z Uniwersytetu w Cambridge. Akurat ten pracujący na Wyspach Brytyjskich Koreańczyk ostrzegał przed ciemnymi stronami globalizacji już od dawna. Zasłynął wydaną w 2003 r. książką „Kicking Away the Ladder” („Odrzucanie drabiny”), w której pisał wprost: otwieranie rynków zawsze najbardziej opłaca się bogatszym.
Ale pamiętajmy, że Zachód najpierw sam się dorobił, zazdrośnie strzegąc interesów swojego przemysłu. A gdy gospodarki wschodzące chciały zrobić to samo, próbował pokrzyżować im plany, narzucając bezpardonowo ideologię wolnego handlu poprzez takie organizacje jak WTO (Światowa Organizacja Handlu), Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Kilka lat później Ha Joon Chang jeszcze bardziej wzmocnił swoje tezy w książce „Bad Samaritans: The Myth of Free Trade and the Secret History of Capitalism” (Źli samarytanie: Mit o wolnym handlu i sekretna historia kapitalizmu). Pisał tam, że właściwie nie ma na świecie kraju, który potrafiłby tworzyć swoje bogactwo, stosując w pełni politykę otwarcia na wolny handel. Jego zdaniem gdyby na przykład Japonia musiała odbudować swoją gospodarkę z wojennej katastrofy nie w latach 50., lecz powiedzmy w 80. (czyli w czasach dominacji myślenia liberalnego), to cały tamtejszy sektor samochodowy w ogóle nie miałby szans na wyjście z powijaków. Rozumowanie Ha Joon Changa jest bliskie nowej teorii handlu międzynarodowego.
Szkole, która rozwijała się na amerykańskich uniwersytetach już w latach 70. Jej przedstawiciele (tacy jak choćby późniejszy noblista Paul Krugman) zwracali uwagę na to, jak pełna pułapek może być wiara w moc wolnego handlu. Cudowną receptę, według której na jego intensyfikacji dobrze wychodzą obie strony. Zarówno specjalizująca się w produkcji wina biedna Portugalia, jak i produkująca sukno Anglia – by posłużyć się słynnym przykładem ze sztandarowej pracy XVIII/XIX–wiecznego klasyka ekonomii Davida Ricardo.
I że służące przez kilka dekad za główne uzasadnienie filozofii liberalizacji rynków międzynarodowych twierdzenie Heckshera-Ohlina może i działa, ale co najwyżej w sali wykładowej. A nie w realnym świecie. Wyliczanie słabości takich projektów jak Unia Europejska czy globalizacja jest stąpaniem po dość cienkim lodzie. Łatwo bowiem można zostać uznanym za eurosceptyka. Kogoś twierdzącego, że kraj tak jak Polska zaliczający się raczej do tych biedniejszych powinien trzymać się od takich eksperymentów z daleka.
Uważny czytelnik nie będzie miał jednak problemów z dostrzeżeniem, że nie o to w tej opowieści chodzi. Bo po pierwsze z samego przyznania, że integracja europejska to nie tylko same plusy, nie wynika jeszcze, że tych plusów Unia w ogóle nie ma. Przeciwnie. Zjednoczona Europa to projekt zdecydowanie pozytywny, którego znaczenie sięga daleko poza gospodarkę. Wzmacnia pokój (w tym sensie niedawna Nagroda Nobla dla brukselskiej organizacji jest jak najbardziej zasłużona) i promuje stabilność polityczną na kontynencie. Przyniosła rewolucyjne ułatwienia dla swoich obywateli (podróże, możliwość podejmowania pracy). Jest wreszcie życiodajną pępowiną spinającą nas cywilizacyjnie z Zachodem. Rzecz tylko w tym, by nie zapominając o niewątpliwych zaletach, zdawać sobie sprawę z jej słabości i niedoskonałości. I umieć wśród nich nawigować. I jak to w świecie zero-jedynkowym. Czasem zaliczyć jakąś stratę, by potem znów odkuć się gdzie indziej. Niemal dekadę po wejściu do Unii powinniśmy umieć już rozmawiać również na takie tematy.
(dodaj komentarz)
Autor: Rafał Woś
Artykuły z: Dziennik Gazeta Prawna
photo - depositphotos (inverted MW)